Stanisław Brzozowski – Pamiętnik [6 lutego 1911]

Gdy spotkam *** będzie mi on znowu deklamował o niepospolitości umysłu Irzykowskiego. Mój Boże, jak mam już was dosyć, was wszystkich niepospolitych, ciekawych, wybitnych, prawdziwie oryginalnych. Jak kurz to przesłania słońce, dusi i nie daje oddychać. Niema niepospolitego umysłu bez woli prawdy – a Irzykowski, a ***, a wszyscy dzisiejsi z młodo-polskiej kultury – nie wiedzą nawet, jak to wygląda.

Nie rozumieją oni, że prawda poznania daje spokój i stanowczość i że tylko fałszywy umysł ma tu coś do powiedzenia. Naturalnie związek ten tak się właściwie przedstawia, że myśl, która daje woli naszej, charakterowi naszemu spokojną pewność, zaufanie – jest prawdą i to jest jedyne ludzkie jej określenie. Ale właśnie musi być ten charakter, ta wola – inaczej myśl Tersytowska, która nigdy nie znajduje spokoju i sądzi, że ta jej ruchliwość to właśnie niezaspokojoność, bezwzględność, nieustraszoność dążenia do prawdy.

Trzeba ignorować – ignorować jakby nigdy nie istniał ów brzuchomówczy, świegotliwy element Tersytowski. Trzeba coraz pogłębiać fundamenty i coraz wyżej wznosić wały, mury, palisady i strażnice.

Być samym. Bez chęci nawet i żalu, by było inaczej. Nie polemizować. Pisać w stylu konstatowania i kształtowania rzeczywistości, zupełnie nie dostrzegając Biegeleiseniady, Irzykowszczyzny, Zofii Nałkowskiej i tutti quanti.

Naturalnie, *** nie wytrzymał i sprowadził sobie Weiningera. Po co, naprawdę, tym wszystkim dyletantom życia – filozofia. I te frazesy, te niepowstrzymane potoki frazesów.

Boże, daj mi wzmacniać dnia każdego moją biedną wolę.

Nie daj się zahypnotyzować, że prace twoje są bezużyteczne, że nikogo nie obchodzą, nie trać z oczu, że tylko wielka systematyczność, tylko nagromadzenie wielkiego materyału konkretnego i opracowywanie go zawsze z punktu widzenia, z jakiego jest on dla ciebie ważnym i interesującym, może zapewnić znaczenie i zdolność trwania, oraz rozwoju twoim studyom. Cóż stąd, że taki Macaulay pozornie uniemożliwia samym tonem, stylem swej osoby stosowanie do niego miary, dajmy na to, religijnej. Wiesz, że religia odsłania ostateczne tajemnice człowieka – nie lękaj się paradoksalności, lecz bądź stanowczy i charakteryzuj nie drżącą ręką. Nie zapominaj, nie zapominaj nigdy, że pomimo wszystko istotnie w każdej chwili wolnej usiłowałeś wznieść głowę ponad piaskowiska porywające ci duszę i myśli – i badać, poznawać. To jest duma, to jest godność twoja. Urodziłeś się myślicielem i nie zastałeś miejsca dla tego typu ludzi w społeczeństwie. Od wczesnych dni dzieciństwa pojono cię automatycznie, uporczywie przeświadczeniem o >>nierealności<< twoich instynktów. Odebrano ci dobre sumienie w tem, w czem mieć je mogłeś. Miałeś i umiesz jeszcze mieć upartą niezłomną prawie wolę i nie masz przeświadczenia, dobrego samopoczucia tej woli. Tak żyłeś przez długie lata. Przez długie lata dojrzewał w tobie charakter, któremu byłeś wierny, ale jako występkowi, jako brakowi charakteru. W ten sposób wypaczona dusza nie wyprostowuje się już nigdy. Jesteś garbaty moralnie i fizycznie.

Teraz przynajmniej nie daj się zatrwożyć. Dzień po dniu zbieraj fakty, ucz się tworzyć je z własnego wnętrza, rozszerzaj łączność swą i pokrewieństwo z całym pracowitym i mężnym gatunkiem. Nie dbaj, gdy cię będą posądzać, że czynisz to przez próżność, chęć popisania się nowenn nazwiskami. Miałeś tę wadę, masz ją w stopniu mniejszym. Nie jest to wada nazbyt trująca, lepiej byłoby, żeby nie była ona osłabła, jeżeli wraz z nią osłabnąć miał naiwny pociąg do zdobywania nowej wiedzy. Wola musi dźwignąć wszystko, czego już instynkt, pociąg i namiętność nie dźwigają. Nie pomoże, gdy będziesz mówił o wielkości umysłu europejskiego, musisz nakreślić jego dramat, nakreślić w stu, w ilu zdołasz, patetycznych, ale myślowo tylko – rozdziałach. Musisz ukazać całą dramatyczną nieprzewidzianość, cały poli-morfizm prawdy, rozkochać w niej umysły, jak w poszukiwaniu przygód.

Mój Boże! Gdybym młodość spędził poznając ten dramat – dramat istnienia Michała Anioła, Lionarda, Galileusza, Kartezyusza, Bacona. Ojciec przecież widział, jak kurczowo zaciskały się palce na każdej książce, na literaturze Scherra, na XVIII wieku Schlossera, na Juljanie Schmidcie, na Brandesie, na każdym tomie, który przynosił mi wieści. Dlaczego mnie tak zostawiono, dlaczego skazano na ugorowanie, na bezpłodną fermentacyę – całe warstwy, całe zakresy mej duszy.

T u r g e n i e w – na zawsze powinno to być święte dla mnie imię. Ojciec dał mi Spasowicza (miałem 14 lat) – to nie był najgorszy podarunek – nie skorzystałem tak, jakbym mógł, ale skorzystałem z studyów o Hamlecie, Byronie. Te zaś o Syrokomli, Polu niewątpliwie głęboko wryły się w duszę i zrobiły dużo – dużo dobrego myślę. – Ale pamiętam tę noc w zajeździe. Przyjechaliśmy wtedy do Niemirowa po raz pierwszy, podać prośbę o przyjęcie do gimnazyum i papiery, znaleźć mieszkanie. W nocy przed odjazdem pisałem głupi, błazeński list do W. Rostworowskiego z refleksyami o Kalince, którego ledwie parę stronic przeczytałem. Tylko jeden tom leżał wśród kurzu u Romualdów w salonie: II-a część bodaj drugiego tomu. I wtedy też ojciec zaczął mówić o Kremerze, myślę, że go nie czytał nigdy, a jednak mówił tym swoim zwykłym, nawpół drwiącym, nawpół skrępowanym przez coś tonem, gdy mówił o filozofii. Było niemożliwie już dużo cantu w jego biednej głowie, a takiemi rzeczami, takim tonem robił mi on dużo krzywdy. Jest to nasza specyalność ten polski ton – szacunku, który nie szanuje – nie ma czem.

Biegun przeciwległy życiu, bez sugiestyi a la Tołstoj. Turgieniew i Bazarów – tu wnieśli życie z sobą. Jest to wielka rzecz ten Bazarów.

Jakeśmy rozprawiali o nim, jakeśmy rzucali sobie wzajemnie w twarz „……” – ja – Stanisław Dybczyński – co się z nim stało? – …… Mój Boże, pamiętam, gdy Dybczyński pytał się mnie z głęboką zasępioną miną, czy właściwie, mojem zdaniem, Anna Karenina należała do d e m i-m o n d u. Zadecydowałem, że nie, choć Kareninej jeszcze nie czytałem, a o demimondzie jakież miałem pojęcia!

Przeklęta rzecz niektóre wspomnienia. Podłość i jeszcze raz podłość pewnych scen. A przecież było to rozprzężenie konieczne, pamiętam fakty, ale nie zdołam ocenić krzywdy, jaką wyrządziłem sobie w tym ostatnim roku. A przecież, gdym się wtoczył z Nikołajewym, K…, M…, po szynkach i tych strasznych norach, które dziś przerażają w wspomnieniu, właściwie jak maniak rozmawiałem o Buckle’ach i Draperach – jak szydził biedny Zieńkowski. Nie wielką ma wartość czystość fizyczna. Zachowałem ją faktycznie. Byłem z pół setki razy dla towarzystwa, po pijanemu z zwierzęcej ciekawości w domach rozpusty i odgrywałem tam rolę Pierrota – obserwatora, śmieszną i ohydną. Ale najstraszniejsza była ta noc, gdy 13 letni Adaś wyszedł za nami ze stancyi i wślizgnął się do tej jaskini. Nas było przytem czterech ośmnastoletnich młodzieńców i patrzyliśmy z filozoficznym spokojem na dowody dojrzałości obiecującego pupila. To nie powinno być przebaczone. Jeżeli żyje ten człowiek, ma prawo żądać od nas satysfakcyi, najwyższej, niepodobnej satysfakcyi. T. zginął na delirium tremens, K. pewnie poszedł za nim. N. jest pewno gdzieś urzędnikiem.

A ja? Zrobiliśmy sobie obaj wówczas ciężkie krzywdy. Analiza, skąd to zjawisko? Ten fakt Adasia, jego coup d’etat. Mój Boże, tego się biedny pan Jan pewno i nie domyślał. Biedne, biedne stare dzieci, ci dzierżawcy W*** – owi szatani kusiciele w opinii mej matki. Ach Mamo! Jak to wszystko dzisiaj przedstawia się matem, bezbronnem, śmiesznem. To byli ojcowie rodzin, ojcowie, którzy mieli wychować pod ciężarem niebywałego ucisku pokolenie mężów. Biedne, zahukane Prometeusze! A przecież. Pamiętam jak to czytało Sienkiewicza, pamiętam rozmowy o Wilhelmie III, tym właśnie Maryuszu, o jego „napoleońskiej a roli co do Polaków, pamiętam deklamacye, płacz ojca. Te same łzy, które i ja mam już na poczekaniu – nawet bez kieliszka, jak mój staruszek. A strach Białowskiego!

A przedewszystkiem zwłaszcza matka sama. Płacz i śmiech – ani odrobiny żelaza w tem wszystkiem. Grzegorz Winogrodzki pewno widzi to inaczej-ale on był zawsze idylikiem. Publicysta – czy jest to Skarga lub Savonarola, czy Burkę, albo Blanqui, lub Mochnacki zawsze stara się (i w znacznej mierze automatycznie to osiąga) przedstawić samą rzeczywistość tak, aby pewna forma działania wydawała się nietylko jedynie zbawienną, wartościową, ale wręcz jedynie rzeczywistą. Wola tu urabia apercepcyę przedewszystkiem w samym publicyście, – a następnie już działając przez słowo żłobi dla siebie kanały i drogi w duszach i umysłach współczesnych. Przedewszystkiem, gdy idzie nam o krytykę, dbać musimy o to, w jaki sposób powstała i utrzymuje się ta wola.

Zdanie Martineau (zapewne Jamesa, nie Henryety) cytowane przez R. Inge’a w jego książce o angielskiej mistyce, dostarcza nam tu metodologicznego klucza. W gruncie klucz to jest przez Newmana z przedziwną czarującą subtelnością raz na zawsze przysposobiony. Mickiewicz u nas (a całe chrześcijaństwo zawsze i wszędzie) był tej metody w krytyce i filozofii, w całem królestwie ducha – a więc myśli i czynu –zwiastunem i głosicielem. Qui facit veritatem. I on – tylko. Ale Martineau dołącza pytanie: jak ją pełni, jak często, w jaki sposób, co znaczy pełnić, słowem postępuje według najrdzenniejszych i istotnie drogocennych praw umysłu angielskiego. Freeman pisał Growth of English Constitution, ale dla filozofa pokusą jest inne zadanie: growth of English mind i może, jako podtytuł: lekcya logiki poglądowej, lub też: jak zbudowana jest dusza ludzkości. O potędze – i to właśnie filozoficznej, metafizycznej obrazu, jaki roztoczyłoby rozpatrywanie tego rodzaju – Polacy i nietylko Polacy nie mają wyobrażenia, a nie mnie widać danem będzie wnijść do tego królestwa. Znów choroba nieoczekiwana i paraliżująca. Co się stanie z nami, z biedną myślą i biedniejszą jeszcze rodziną moją. To także należy do mojego facit. Ale trzeba mieć odwagę, a wtedy wrośnie i ta choroba, jako władza w jakość umysłu i dzieła. Tylko że odwagi nie staje i żal myśli niedosnutych. Dość o tem. Milcz i służ. Ale myśli moje daleko… jak daleko odbiegły.

Pierwotnie myślałem o Courierze i teraz ze zdumieniem widzę, że pozornie tylko był to ekskurs. Tacy publicyści jak Courier są straszni, bo wola działa w nich jako artyzm, jako rozpławiony w artystycznem, nie wzbudzającem podejrzenia wadzeniu, temperament. Ale tu dopiero Qui facit i Martineauwskie kategorye i punkty widzenia. Pedantyzm? Tak w ręku pedanta. W ręku filozofa, poety, wejrzenie w głąb dziejów, duszy francuskiej.

z



Kategorie:Dzienniki, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: