Franciszek Gawełek – Wielkanoc (zarys zwyczajów) – Kraków 1911

Do tego domu wstępujemy,
Zdrowia, szczęścia winszujemy,
Wszystkiego dobrego
Od Boga miłego – Alleluja!
(Z Mazowsza).

Nagłe przejście od umartwień wielkotygodniowych, postów, posępnej żałoby Kościoła, obrzędów, tak żywo przypominających chrześcijanom wielkie dzieło odkupienia, do radości Zmartwychwstania, do życzeń wesołego Alleluja, tyle w sobie mieści uroku, że dziwić się potrzeba naszym poetom, którzy tak czarownie kreślili życie domowe ojców, iż obrazu uroczystości tej nie wpletli w swoje utwory. Ktokolwiek wspomnieniem sięgnie lat dawnych, już dziś spostrzeże różnicę i uczuje chłód, wdzierający sie we wszystkie nasze obchody i stare zwyczaje. Weźmy np. „Święcone”. Wszak to pamiątka czysto słowiańska, bo jej nigdzie nie obchodzą tak, jak u nas, a jednak często usłyszeć można, że to barbarzyński zwyczaj, ten zbytek zastawy. Nie będę się tu sprzeczał, ani rozwodził nad starożytnością święconego, powiem tylko, że zwyczaj urządzania święconego jest bardzo stary, a niektóre potrawy jak jajko, mają symboliczne znaczenie, z czem w zeszłym roku miałem sposobność zaznajomić szanownych Czytelników.

Cały Wielki Tydzień upływa na przygotowaniach i oczekiwaniu Wielkiej Niedzieli. Pani domu nocy nie dosypia, czuwajac nad ciastami, doglądając gorącości pieca, siląc głowę nad najgustowniejszem ubraniem bab i ulukrowaniem placków, w które sypie różne kordyały i słodycze. Wreszcie nadchodzi Wielka sobota, święta się właściwie już zaczęły. Przygotowania prawie ukończone, jeszcze tu i ówdzie należy coś poprawić, zmienić. Zwłaszcza na wsi starają się w Wielką Sobotę dopiero zamieść ostatecznie dziedziniec, aby na same święta był zupełnie czysty.

Przed kościołem odbywa się w dniu tym święcenie ognia. Co za uroczysta chwila. Wystarczy choć raz być obecnym na tej uroczystości, aby się o tem przekonać. Około dużego stosu najrozmaitszego rodzaju drzewa, jak: starych krzyżów, gałęzi tarniny itd. zgromadzają się wierni, w skupieniu oczekując przybycia księdza. Młodzież staje najbliżej ogniska. W końcu zjawia się kapłan. Ogień rozniecono, ceremonia poświęcenia dokonana. Zaledwie ksiądz zdołał się oddalić, a już ta sama gromada, która przed chwilą była w takim skupieniu, rzuca się na ognisko, nie czekając, aż ono się wypali, aby zdobyć choć jeden ogarek, choć jedną gałązkę poświęconą, którą z radością zaniesie do domu, jako ochronę przed burzami i gradami. Lud bowiem wierzy, że gałązka taka, zatknięta na końcu stajania, w polu – ochroni urodzaje przed szkodliwością nawałnicy, a dom, w którym znajduje się taki talizman, będzie szczęśliwy przez cały rok. Wodą poświęconą w kościele skrapia gospodarz całe obejście i wszystkich domowników, resztę zaś przechowuje aż do przyszłej Wielkiej Soboty, używając jej do pokrapiania zboża przed zasiewem, w wypadkach choroby itp. Zwyczaj ten istnieje od bardzo dawna, bo już Rej wspomina o nim w „Postylii”: „W sobotę Wielką ognia i wody naświęcić, bydło tym kropić i wszystkie kąty w domu, to też rzecz pilna”.

We wsiach, gdzie kościół jest w miejscu, już przed południem odbywa się święcenie potraw. Przed kościołem zgromadzają się przeważnie dzieci, lub rzadziej starsi, niosąc w koszyczkach „święconkę”. Święconka bywa zwyczajnie skromna: bułka chleba pszennego, kawałek wędzonki, kiełbaska, kilka jajek, chrzan, ocet i miód: oto wszystko, na co sobie może pozwolić wieśniak. Po poświęceniu wracają do domu. Myliłby się, ktoby sądził, że się ze święconką wstępuje wprost do chaty. Święcone posiada niezwykłą siłę i siłę tę należy odpowiednio wykorzystać. Kto, wróciwszy do domu, obejdzie go trzy razy dokoła, ten pozbędzie się szczurów i myszy i zabezpieczy domowi powodzenie. W niektórych miejscowościach bierze gospodarz z święconego, nim je wniosą do domu, chleb i obchodzi z nim dom naokoło, lub też dziewczęta czynią to samo około stodoły, aby przez cały rok była pełna chleba. Gospodyni w celu zabezpiecznia bydła przed czarownicami, zanosi święcone przed próg obory, gdzie odmówiwszy pewną modlitwę, stawia koszyk na chwilę na ziemi, a następnie odnosi go do komory. Gdzie nie ma kościoła w miejscu, tam gromadzi się lud na jednem z większych podwórzy oczekując przyjazdu księdza.

Wieczorem gromadzą się wierni na rezurekcyę. Jakżeż to wówczas uważają na to, czy się kto nie zdradzi z jaką tajemnicą, pozostającą w związku z „nieczystą siłą”. W Wielką Sobotę bowiem najłatwiej poznać, która kobieta jest czarownicą, która jeździ na Łysą Górę, odbiera krowom mleko itd. Lud wierzy, że czarownica nie może w procesyi resurekcyjnej brać udziału, a gdyby nawet znalazła się w pochodzie procesyjnym, to jej nie wolno więcej obejść dokoła kościół, jak tylko raz. Gdyby, jak inni, obeszła trzy razy, straci natychmiast swą siłę czarodziejską i stanie się własnością djabła, który ją natychmiast może zabrać z sobą. Stąd to zwykle, według wiary ludu, czarownice pozostają w tyle za pochodem; są jednak tacy, którzy uważają na to i zmuszają wszystkie kobiety, by obeszły kościoł trzy razy dokoła. Po resurrekcyi ojciec rodziny, wszedłszy do domu, odzywa się: „Chrystus zmartwychwstał” – „Alleluja” – odpowiadają domownicy. Wieczór spędzają zwykle na wesołych rozmowach; święconego nie wolno jeszcze jeść.

Nazajutrz, każdy z domowników, chcący się zabezpieczyć przed zgagą, winien zjeść na czczo święconego chrzanu i chuchnąć trzy razy do komina. Życzenia składają sobie dopiero po powrocie gospodarza z prymaryi. Przedtem nie wolno nic jeść.

Jakżeż inaczej przedstawia się święcone u inteligencyi, zwłaszcza zaś w dawnych dworach, gdzie dostatek występował w parze ze sztuką. Stąd też powiada poeta:

„Dwie rzeczy, których hojny pan do uczty szuka
Łączą się w Soplicowie: dostatek i sztuka”.

Na ogromnym stole, nakrytym śnieżnej białości obrusem, stał w środku baranek z chorągiewką, misternie wyrabiany z masłą, z wełną lekką jak puch, z oczyma z drogich kamieni. Wokoło zastawiano, wedle zamożności domu, to dziki, to wieprze i jelenie upieczone w całości i wypchane drobną zwierzyną, to szynki, zwoje kiełbas, to rożne wędzonki, ozory, półgęski i stosy jaj, malowanych na czerwono. Dalej placki różnego rodzaju, baby potwornej wielkości, kołacze i jajeczniki, przekładańce i mazurki. Wódki, wino i miód służyły do dekoracyi. Wszystko zaś poprzeplatane było kitami bukszpanu i innej zieleni, niby to laur, wieńczący bohaterów dnia tego. Układano zaś specyało w sposób, aby wyobrażały jedną myśl, alegorycznie lub symbolicznie reprezentowaną. – Dziś wydać się może dziwnem, kto był w stanie spożyć tyle jadła? Owoż wiedzieć potrzeba, że wówczas na stole dworskim utrzymywano połowę służby i czeladzi, a mianowicie wszystkich bezżennych i niezamężnie, a każdy otrzymywał świecone oddzielnie, składające się z wielkiego pszennego pieroga i głębokiej misy, naładowanej mięsiwem rozmaitem. Pamiętano o święconem dla sierót we wsi i starych sług, dla ludzi bez ogniska domowego, kalek i podróżnych. Dostawała święcone służba, przybyła z goścmi, bo przez dwa dni świąteczne prawie nie gotowano obiadu, zwykłego śniadania i wieczerzy. Odwiedzano się wzajemnie i spędzano czas wesoło, zajadając i popijając „co Bóg dał”.

Istniał dawniej zwyczaj, że poddani składali życzenia swemu panu w pierwsze święto, za co ten częstował ich święconem. Z tej okazyi utrzymało się kilka dykteryjek, z których tu jednę pozwolę sobie przytoczyć. Wpierw jeszcze dodam, że gromada obierała sobie zazwyczaj oratora, który w jej imieniu przemawiał, a wszyscy chórem dodawali: „I jejmości waszecinej i dziatkom waszecinym”. Orator tedy, przyszedłszy do dworu i stanąwszy z koszałką jaj na czele gromady, odzywał sie:

Orator: My, boskie i waszecine sługi, przyszliśmy świąt wielkanocnych waszeci powinszować…

Gromada: I jejmości waszecinej i dziatkom waszecinym.

Orator: Życzymy waszeci zdrowia i najdłuższych lat życia.

Gromada: I jejmości waszecinej i dziatkom waszecinym.

Orator: Niech Bóg błogosławi waszeci w polu i w gumnach, w oborze i komorze…

Gromada: I jejmości waszecinej i dziatkom waszecinym.

Tu orator posunął się ku panu, chcąc mu wsunąć koszałkę z jajkami, a gromada ruszyła za nim, nie widząc, że odwiązała się u jego nogi tzw. obora, czyli długi rzemyk, którym nad łapciem goleń się okręca. Gdy tedy ktoś z gromady nastąpił mu na ten rzemień, orator jak długi padł na ziemię z koszałką, wysypując i tłukąc wszystkie jajka. Więc zaklnie, podnosząc sie z podłogi:

– A bogdajże cię wszyscy djabli wzięli!

A gromada posłuszna jego nauce, zawołała chórem:

– I jejmość waszeciną i dziatki waszecine!

O ile pierwszy dzień świąt upływa przeważnie w kółku rodzinnem, w cichości i spokoju, o tyle drugie święte pełne jest rozmaitości i zabaw. Parobcy od rana gromadzą się około chałup, czekając na dziewki, idące czerpać wodę; wówczas to nie darują żadnej, każdą muszą oblać wodą i to tem silniej, im silniejszy czują do niej afekt. Dziś zwyczaj ten już coraz bardziej ginie, ale dawniej bardzo szeroko był rozpowszechniony, a praktykowali go nie tylko parobcy wiejscy, ale i szlachta, zlewając obficie wodą przechodzące panny. Kitowicz powiada, że kiedy się rozweseliła kompania, panowie i dworzanie, panie i panny, to lali jedni drugich wszelkimi statkami, jakich dopaść mogli, hajducy i lokaje donosili cebrami wody, a kompania dystyngowana, czerpiąc od nich, goniła się i oblewała od stóp do głowy, tak, aż wszyscy zmoczeni byli, jakby wyszli z jakiego potopu. Porównać ten sumienny dyngus z delikatnym flakonikiem wody kolońskiej!

Po południu przebierają się chłopcy w niektórych okolicach za cyganów i obchodząc wieś zbierają datki zwane „śmigustem”. Po skończeniu tego obchodu udają się na wieś, gdzie w rowie topią „małego cyganka”, tj. zawiniątko ze słomy, które obnosili z sobą. Zwyczaj ten przypomina nam starodawny, pogański zwyczaj topienia w stawie Marzanny, tj. bogini martwoty, której panowanie kończyło się z chwilą zawitania wiosny.

W niektórych okolicach, jak np. w Osieczanach, Podobinie itd. już rano biedni chłopcy chodzą po śmiguście. Biorą z sobą wiązkę gałązek, bądź wierzbowych z baziami, bądź laskowych, lub brzozowych, z których w każdym domu zostawiają po jednym pręcie. Pręty te śmigusami zowią. Gdybyśmy się bliżej zastanowili nad tym zwyczajem, przyszlibyśmy do przekonania, że jest to bardzo stary zwyczaj, że oznacza on przyjście nowej pory roku, że jest symbolem wiosny, że pochodzi z tych czasów, kiedy czczono naturę, jako coś uosobionego. Podobnie śmigus należy uważać za pozostałość dawnego kultu wody. Jak przyroda po przebyciu długiego snu zimowego z porą wiosenną odmładza się i odświeża, tak człowiek, chcąc byc podobnym do niej, starał sie oczyścić przez wodę. Zwyczaj oblewania się wodą w porze wiosennej znany jest u wielu ludów wschodnich, jako jedna z ceremonij oczyszczających.

We wtorek po swiętach wielkanocnych święcą Krakowianie tzw. Rękawkę, w czem główną rolę odgrywają jaja gotowane, jabłka, pierniki i bułki. Uroczystość ta przypada w tym czasie, kiedy ludy starożytne, a wiele ludów zwłaszcza wschodnich, jeszcze i dzisiaj obchodzi uroczystość ku czci zmarłych. Brak miejsca nie pozwala nam na szczegółowe wywodu co do pochodzenia tego zwyczaju. Zaznaczymy tylko, że nie jest on bez znaczenia, owszem, ma bardzo szerokie i ważne znaczenie, jest swojego rodzaju uroczystością „dziadów” nagrobnych, obchodzonych z wiosną. Zaduszki takie istnieją u Litwinów, Białorusinów, Serbów, Rosyan itd. i urzadzane bywają w chwilach przebudzenia się wiosny, kiedy zmarli, pierwszy raz odetchnąwszy w mogiłach wiośnianem powietrzem, pragną wspomnienia i podziału radości od swoich krewnych.

z



Kategorie:Historia, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: