Stefan Napierski – „O sumienie intelektualne. Zadania krytyki”. [1926]

Gdy trzy lata temu wytoczono gwałtowną kampanię przeciwko Andrzejowi Gide – godzono wtedy w coś poważniejszego niźli w osobę tego pierwszego stylisty współczesnej prozy francuskiej. Zwalczano go nie tylko dlatego, iż podejrzewano w nim – jak niegdyś w Sokratesie – „demoralizatora młodzieży”. Henryk Massis, czołowy bojownik katolickiego odłamu krytyki we Francji, chciał wreszcie przebić serce teh wciąż rozwiewającej się mary, spotkać się z wrogiem pierś w pierś, przygwoździć do ziemi bezdogmatyczność swojej epoki. Ukazał Gide’owi, że chęć utrzymania wszelkich stanowisk jest zatraceniem jakiegokolwiek, że potrzeba ciągłej asekuracji przez ustawianie – niby kulis papierowych – wciąż nowych perspektyw jest szkodliwą rozpustą duchową, jest zabawą szatańską: zachwalaniem piekła chaosu jako jedynego wybawienia. Zwalczenie sybarytyzmu duchowego i smakoszostwa estetycznego przez Massisa miało głęboki podkład etyczny; chciał on zmusić przeciwnika do wyboru, okazując mu jednocześnie, że wszelki wybór – jako wyrzeczenie się całej reszty – jest tragiczny.

Stanowisko Gide’a – i walka z nim – nic nie traci na aktualności i na naszym gruncie, zwłaszcza, że znakomicie je wzmacnia nasza rodzima polska bezideowość i skłonność do intelektualnego karierowiczowstwa. Już tak się u nas ustaliło, że nikt za drugiego nie myśli kasztanów wyciągać z ognia, choćby to był jego zawodowy obowiązek. Wirowanie w próżni i pobrzękiwanie dzwoneczkami stało się znamieniem kultury – po którym poznają się wtajemniczeni. Niemożność czy niezdolność opowiedzenia się za czymkolwiek bez ukrytych zastrzeżeń dialektycznych przybrała rozmiary nieprawdopodobne. Męska odwaga jednostronności – oto cnota, jakiej najbardziej trzeba krytyce polskiej. Wszystko bowiem jedno, czy do owej osławionej bezstronności dociera się na skutek mniemanej „szerokości horyzontów”, przez lenistwo umysłowe, czy przez oglądanie się na względy osobiste; rezultat będzie zawsze jednakowo destrukcyjny, gdyż tolerancja jest jednym z fetyszów, spod których wpływu człowiek odpowiedzialny musi się wyłamać. Czas już odgrodzić się od oświeconego motłochu. Krytyk – chcąc nie chcąc – musi być apostołem. A zadaniem krytyki dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek jest tworzenie wyznawców. Zwalczać należy nie jednostki, lecz ich creda. Dlatego nie powinien minąć bez echa – jak głos wołającego na puszczy – głos Witkiewicza, żądającego, by jednostki miały całkowicie określone creda (artykuł w nr 1 pisma „Comoedia”). Jednocześnie jednak na tereni literatury żądaniu temu zakreślić trzeba właściwe granice.

*

Trzeba by zapewne sięgnąć aż do złudzeń, zaszczepionych w ciągu całego wieku XIX przez rewolucję francuską, by zanalizować przyczyny, których pobocznym produktem jest m.in. „artystyczna i literacka pseudo-kultura” czasów obecnych. Jest ona wynikiem także tego, że w myśl poetycznych wskazań ubiegłego stulecia „niesiono przed narodem oświaty kaganiec”. Nie ma w sztuce większych i groźniejszych szkodników, niż dyletanci;  w krytyce, czyli wykreślaniu drabiny wartości dla sztuki – niż niekompetentni poczciwcy (w najlepszym razie), czyli: dziennikarze. Tam, gdzie się podnosi rozwój szkolnictwa (choćby wyższego!) jako czynnik dodatni dla sztuki, a rozwój dziennikarstwa jako objaw dodatni dla kultury, tam nieświadomie obniża się kulturę. Wszelka kultura polega na selekcji.

Najazd hordy ludzi wykształconych, a pozbawionych powołania tworzy właśnie ze sztuki „literaturkę” (w najobszerniejszym znaczeniu tego figlarnego słowa), czyli wdzięczny materiał do opracowywania dla belfrów gimnazjalnych. I tu przydałoby się utworzyć niezłomne okopy św. Trójcy. Bo jeśli konsumenci sztuki, trawiący ją byle jak i bez przekonania, z natury rzeczy należą do mas, którymi rządzi – jak dotychczas – fałszywa idea chimerycznej, demokratycznej równości, o tyle producenci, czyli artyści (choćby wyznający hasła najbardziej „rewolucyjne”, ludzkość uszczęśliwiające, wywrotowe), znów z natury rzeczy są, mimowolnymi choćby, arystokratami. Czyn artystyczny a izolacja – to jedno. Wszelka twórczość jest tragicznie samotna. Wszelkie pogodzenie się z przymusem własnej twórczości jest aktem głęboko religijnym; religia jest to bowiem akceptacja świata takim jest, świata bez reszty, łącznie ze ślepą otchłanią, łącznie z szatanem. A czyż istnieje większa i pełniejsza zgoda na rzeczywistość od napisania jednego rozumnego słowa? Każdy, podpisując własnym nazwiskiem rzecz przemyślaną, bierze za nią całkowitą i wiekuistą niejako odpowiedzialność, zastawia się za nią całą swoją osobą. W każdym słowie – jak w Eucharystii, jak w Słowie, które Ciałem się stało – na zawsze godzimy się z Bogiem.

*

Witkiewicz domaga się od krytyka „określonego systemu jednoznacznych pojęć” – żądanie w zasadzie słuszne, lecz w praktyce niebezpieczne. Ów system niejednokrotnie powstaje dopiero w ogniu walki: walcząc, hartuje się broń, o ile by zaś chcieć go narzucić sobie (lub innym) a priori, byłaby to sztuczna symplifikacja zarówno własnej metody pracy (czyli oceny), jak samego materiału do osądzenia; nie można (przynajmniej nie można zawsze) mierzyć całkowicie ustalonym, czyli najczęściej zakrzepłym, systemem pojęć żywej plazmy słowa poetyckiego; odwrotnie – jeśli się ów system ma, musi on być na tyle elastyczny, aby naginać się do jej falowań, do ewentualnych przypływów i odpływów tzw. „natchnienia” w utworze. Nie znaczy to: ani eklektyzm, ani tym bardziej dyletantyzm; lecz często przyjdzie trwałe choćby kryterium obniżać świadomie ku danemu dziełu sztuki; niepodobna bowiem drobnoustrojów mierzyć tą samą miarą, co Mount Everestu. Wszystkie kardynalne błędy krytyki są najczęściej błędami fałszywej perspektywy. W ocenie zawsze należałoby pamiętać o słowach Picassa, w których zawarte jest mądre prawo ekonomii twórczej: „Nie co dzień maluje się Monę Lizę”. Niepodobna z drugiej strony czerpakiem wyczerpać morza.

W moim rozumieniu kryterium estetyczne (lub etyczne, bo w głębszym znaczeniu są to synonimy, i tam, gdzie zatracono znaczenie dobra i zła, piekło i niebo przemieszano w szary chaos, tam ipso facto zatracono poczucie piękna i brzydoty – jak słusznie zaznaczył Herman Bahr) jest niejako libellą, zawsze jednaką, lecz w której przesuwa się punkt ciężkości. Samo centrum pozostaje niezmienne, lecz rozmiar to wzrasta, to maleje. Nieodzowną funkcją wszelkiego dogmatu estetycznego jest jego ruchoma skala; i dzieje się z nim (w danym systemie pojęć) podobnie jak z dogmatem religijnym: formuła jego ulec może zmianie lub ewolucji, jądro treści na zawsze pozostanie niezmienne.

Wtedy zaś gdy – na odwrót – mnogość i różnolitość zjawisk estetycznych usiłujemy nagiąć do dogmatu nieruchomego w swej skali, czyli doktryny – wszystko, co jest z nią zgodne, przyjmujemy za istotne czy prawdziwe, całą resztę zaś odcinamy nożem samowoli. Podobnie postąpić by mógł szaleniec, zapatrzony we własny ideał doskonałości: zacząłby redukować np. człowieka do granic stworu wymarzonego, odcinając po kolei jego członki. W rezultacie otrzymałby tors spotworniały.

Jeden jeszcze zarzut należałoby postawić arbitralnemu żądaniu Witkiewicza: system, który posługuje się krytyk, może (choć nie musi) być w stadium krystalizacji. Może istnieć system myślowy nieprzerobiony całkowicie rozumowo lub niezharmonizowany ostatecznie, lecz istniejący implicite, organicznie w krytyku. Tę zdolność utajoną nazwałbym sumieniem intelektualnym; niekoniecznie bowiem najpłodniejsze są te myśli, które zdążyły dotrzeć do progów świadomości. Olbrzymie światło mogą wzniecić te, które z wielkiej otchłani rzucają migające cienie. Aby istotnie być krytykiem, nie wystarczy wprawdzie tylko jasnowidzenie psychologiczne, zdolność przedzierzgnięcia się w krańcowo obce własnej naturze krytyka – i pomiędzy sobą – ustroje duchowe, lecz podobnie nie wystarczy – wyłącznie! – system najbardziej niedwuznacznych i konkretnych pojęć w dziedzinie intelektu. Te dwie cechy, stopione organicznie w jedno, wytworzyłyby krytyka idealnego; w praktyce każdy z sądzących w pokorze i z dobrej woli (tę zakładam a priori) skłania się bądź ku jednej, bądź ku drugiej dziedzinie. Dlatego sądów jakiegokolwiek, choćby zdolnego, krytyka nie należy brać, jak się to zwykle czyni, za wyrok ostateczny, czy to jego własny, czy tym bardziej w absolutnym znaczeniu tego słowa. Absolut leży poza granicami wyłącznie ludzkich możliwości. Oswieceni łaską istotnie zdolni są do cudów; ale pożywając twardy chleb codzienności, jesteśmy tylko zwykłymi ludźmi.  Niekiedy tylko przez usta nasze przemawiają migocące anioły.

Krytyce, która żąda systemu pojęć jednoznacznych, bardziej, niż jakiejkolwiek innej dziedzinie intelektualnej, potrzebny jest kościół.

*

Dla zilustrowania powyższych uwag na marginesie dodam, iż za typowego doktrynera, posługującego się chińszczyzną swej nieomylności, uważam na naszym gruncie np. Peipera; jest to zapewne kierunek mniej szkodliwy od bezdogmatowości, która z góry wątpi o możliwości jakiegokolwiek, choćby nawet martwego, kanonu, i wszystko gotowa jest rehabilitować w imię lubieżności umysłowej. Idealnym przedstawicielem tego kierunku mógłby być krytyk tej miary, co Breiter. Poza tym w stosunkach polskich nie odróżnia się dwóch zasadniczo odmiennych pojęć: nie odróżnia się krytyka od budowniczego pojęć estetycznych, od geometry abstrakcji. Irzykowski np. z subtelną zręcznością żongluje na tej niebezpiecznej krawędzi, dla utrzymania równowagi czyniąc diabelskie chwyty to w jedną, to w drugą stronę.

W konkluzji myślę, że jednym z naczelnych zasad krytyki jest zwalczanie anarchii duchowej; przydałyby się tutaj zarządzenia natury policyjnej, stosowane przez Mussoliniego. Dlatego pożyteczniejsze od kodyfikowania systemów myślowych byłoby może założenie wśród kilku w Polsce rzetelnych krytyków oraz tych, którzy są wprawdzie teoretykami (jak Witkiewicz), lecz którzy sami się za krytyków uważają – jak gdyby cichego bractwa, świętej ligi dla przestrzegania i obrony lojalności intelektualnej. Nie pomogą tu ani docinki, ani kpiny, ani nawet dysputy w szczuplejszym lub szerszym gronie. Nie to jest – zdaniem moim – decydujące, czy to ma utrwalony już raz na zawsze system estetyczny, lecz to, czy przystępując do pisania o cudzym dziele (lub osobie), zdobywa się na maksimum dobrej woli, na rachunek sumienia estetycznego.

Myślę, że to elementarne credo każdy mógłby wielokrotnie i indywidualnie powiększyć o całą swoją wiarę estetyczną – lecz nikt, kto krytyki nie nadużywa do celów partyjnych lub osobistych, nie miałby powodu go podcinać.

Ten trud zaszczytny pozostawmy Pieńkowskim.

z



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: