Leon Chwistek – Tragedia elity intelektualnej w Polsce dzisiejszej [1929]

Rozrost kultury duchowej średniej pociągnął za sobą wiarę w tzw. życie realne, a w dalszej konsekwencji entuzjazm dla tzw. radości życia, przy czym hasła te nie są brane bynajmniej w ich właściwym ogólnym sensie, ale stały się symbolem popularnego poglądu na świat. Nikt nie zastanawia się nad tym, że zdobywanie życia realnego nie jest identyczne ze zdobywaniem pieniędzy, choćby dlatego, że w chwili zdobycia pieniędzy możemy właśnie umrzeć. Nikt nie myśli o tym, że radość życia nie da się kupić za pieniądze. Nikt wreszcie nie zastanawia się nad tym, że jasność i solidność tzw. rzeczywistości naturalnej jest pozorna, że załamuje się ona z łatwością pod wpływem każdego silniejszego wstrząsu, jak to zresztą zostało wielokrotnie opisane przez autorów rosyjskich. Przeciwnie, wielki napływ zdrowia i samopoczucia po odzyskaniu wolności powoduje, że nie tylko nie analizujemy tych spraw, ale chętnie odrzucamy wszystko to, co leży poza sferą zapotrzebowani typu kulturalnego średniego, jako nieużyteczne. Produkcja, nie odpowiadająca potrzebom tego typu, już nie tylko nie jest wynagradzana, co uważam za zrozumiałe, jak to wyżej podkreśliłem, – ale jest po prostu lekceważona. Uczony, który nie ma marki oficjalnej, artysta niepopularny, wreszcie intelektualista starający się daremnie wciągnąć otoczenie na teren wyżyn duchowych – wszystko to piętnuje się mianem dziwaków, wykolejeńców, a nawet często próżniaków. Ale i to nawet można zrozumieć. Pomiędzy poziomem średnim a wyżynami jest przepaść zasadnicza, bynajmniej nie ilościowa tylko. Temat ten zajmował mnie zawsze osobliwie i poświęciłem mu wiele rozważań, w szczególności w książce pt. „Wielość rzeczywistości”. Przyszedłem do przekonania, że człowiek, poruszający się na wyżynach kultury w naszych czasach, żyje z konieczności w innej rzeczywistości, niż przedstawiciel kultury średniej. Świat rzeczy i orientowanie się w nim jest już terenem dokładnie opanowanym. Dalszy rozwój możliwy jest tylko przez sięgnięcie do rzeczywistości głębszej, do świata wyobrażeń, niesłuszne identyfikowanego ze światem złudy. Opanowanie tego świata jest rzeczą przyszłości, na razie jest to dziedzina nieuchwytna dla przeciętnego człowieka. Toteż jest naturalne, że ktoś przerzucający się na te nieuchwytne tereny, choćby niezbyt daleko, robi wrażenie dezertera od prostych a ciężkich zadań dnia codziennego. Jest w tym coś takiego, jak gest kobiety, która przyparta do muru przez geszefciarzy, powołuje się tylko na interwencję Pana Boga. A jednak jest pewne, że taki gest nie zawsze jest bezcelowy. Wystarczy do tego, żeby się znalazł ktoś trzeci, komu zaimponuje siła duchowa i niezłomność tej kobiety, – wtedy może się zdarzyć, że ona właśnie odniesie zwycięstwo. Mam przekonanie, że tą kobietą była też Polska, reprezentowana przez swoich wieszczów i bohaterów.

Chodzi też o to, że fakt przebywania w tej lub innej rzeczywistości jest od nas niezależny. Tak samo jak człowiekowi czynu trudno jest poza świat rzeczy, tak samo artyście czy myślicielowi trudno jest dotrzeć do tego świata. Biada, jeśli taki człowiek da się temu światu pochłonąć. Wtedy traci właściwy swój rdzeń, traci orientację i jest strzępem rzucanym przez życie w prawo i lewo, jak dusze w piekle dantejskim. Kiedy słyszę z ust artystów, że właściwie ten, kto nie znajduje nabywców na swoje obrazy, nie jest malarzem, kiedy słyszę powtarzany ciągle frazes, że kto coś wart, to w końcu zawsze znajdzie handlarza obrazów, który nim się zajmie, – kiedy wreszcie z ust ludzi powołanych do tego, żeby stanowić ośrodek kultury w Krakowie, słyszę, że my musimy stać się prowincją, że tylko w stolicy może być prawdziwa kultura, a ściślej biorąc, nawet nie w stolicy, tylko za granicą, – to wtedy myślę, że jest naprawdę źle. Wtedy myślę, że nie wolno zakładać rąk, ale trzeba działać. Trzeba jasno i otwarcie przedyskutować te rzeczy i rozbić mur przesądów i uprzedzeń, więżący nasze umysły. W każdym razie potrzeba uświadomienia sobie tego faktu, że wyżyny kultury duchowej nie powinny obniżać się dlatego, iż kultura właśnie rozrasta się wszerz, że powinno być raczej przeciwnie. Jeśli tak się dzieje, to wina leży nie w tych szerokich warstwach i w ich poglądzie na rzeczy, ale w tym, że tzw. elita, zamiast narzucać im swoją kulturę, ulega ich wpływowi i przejmuje się ich zasadami, a tym samym powoli przestaje być elitą. Jeśli elita zda sobie sprawę z tego stanu rzeczy, to bezsilne cierpienie i depresja doby obecnej może zamienić się w wielki poryw do czynu. Trzeba tylko wiary w taki czyn, trzeba tylko pogardy uzasadnionej dla argumentów zużytych o nieużyteczności wyżyn duchowych.

Istnieje jeszcze inny argument, skierowany przeciw elicie umysłowej, który, choć mniej radykalny, jest może bardziej niebezpieczny. Jest to argument nieaktualności. Tak jak w czasie wojny mówiło się, że teraz trzeba się bić, a wszystko inne odłożyć na bok, tak też i obecnie mówi się nieraz, że nie pora na wyżyny, że trzeba budować od dna, a wszystko inne odkładać na potem. Jest jasne, że taki argument może działać druzgocąco. Jeśli ktoś powie, że wszystkie geniusze nauki i sztuki byli niepotrzebni, to jest to argument, który w wielu wypadkach obudzi żywą reakcję, bo pomimo całej demokratyzacji kult wielkich jednostek jeszcze pozostał, ale jeśli się powie: geniusze, owszem, mogą się na coś przydać, ale nie dzisiaj, dzisiaj na nich nie pora, zresztą nie ma ich, więc nie ma o czym mówić, – to z tym trudno jest walczyć. Niejeden zamilknie i da za wygraną. Z oboma tymi argumentami pragnąłbym załatwić się tu definitywnie.

z



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: