Juliusz Kaden – Bandrowski: „O powołaniu pisarza” [1935]

Któż to go woła i kto go potrzebuje i do jakich przyzywa spraw? Kto woła tak potężnie, że przyzwany nie odejdzie już nigdy i służy i pomaga, rozjaśnia i zapala w chwili najstosowniejszej światła najpotrzebniejsze?! Nie odejdzie już nigdy, i jeżeli go nawet zapomną, sam powraca z wiekami z okazjami, choćby miał w takim przebiegu rzeczy duszę i nazwę własną postradać i pozostać zdawkowy tylko słowem, przysporzonym potocznej gwarze. Kto go woła?!

Wywołuje pisarza z wartkich rozlewów mowy ojczystej tajemna a zarazem nieomylna dola narodu: tajemna, jakiemiż bowiem cudami sprawia, że duch nieobliczalny odpowie zawsze gromadzie; nieomylna, gdyż każdą chwilę opromieni zawsze geniuszem w najpożądańszą porę wywołanym.

Patrzcież tylko, jako sobie radzić umiała owa dola w przecieku wieków! Patrzmy, jak pięknie wołała, że kiedyśmy naprawdę pisać zachcieli, zjawił się zaraz taki łatacz zaradny, który grubymi palcami czego tknął, to pomiernie przybudował pamięci narodu, taki Mikołaj Rej! A co sporządził w słowie pisanym, to się po dzień dzisiejszy miodem lepi i czerstwym zapachem razowca zalatuje. I zaraz Jan Kochanowski rozświecenie i podniesienie mowy naszej aż ku wyżynom greckich i łacińskich powabów.

A znów później, gdy się przepaść pod nogami narodu rozstąpiła, zjawi się tajemniczy zaklinacz, Adam Mickiewicz, i wszystko co znikome w powszednim dniu przemieni na wieczne trwałości, drugi zaś obok, Juliusz Słowacki, tę samą rozpacz po wzorzystych niebiosach marzenia w nadzieję przetworzy.

A gdy znów czas przedostatni w ziemię niewoli zadeptywać nas będzie, zjawi się taki prorok, jak Stanisław Wyspiański, i całą naszą historię pławić będzie w strugach przemijania dziejów, aby ją wywieść stamtąd na twardy brzeg działania. Gdy ten prorok rozkazuje, inny, Stefan Żeromski, wątpić będzie, rany rozedrze, Żeromski – ogień trawiący wszelkie zło.

Tak jest wielkim i małym, ach, zaiste we wszystkim: życie piękne czy straszne, błogie czy też okropne, zwyczajne lub szalone, nie przemija ale pozostaje pośród nas na zawsze w swym najrzadszym powabie uczucia, gdy to życie słowem uczucia przepalimy, a ze słów, niby z cegieł, w budowlę ustawimy. Tak jest chociażby w odniesieniu do chwili, zaszczyconej obecnością tego oto zebrania.

Zasługa, ważność, wielce szanowni państwo?… Zasługi będzie odmierzała historia, ważność zaważy na swobodzie działania. Lecz to czym wy jesteście w rzeczy samej, w niepowrotności uroków cierpienia i kochania, to przeminie na zawsze, o ile tajemniczym niewodem mowy nie złowi tego jeden z tych, których dola narodu przywołuje na stronie swych ksiąg obyczaju. Gdy on, ten powołany, czegoś dotknie – naznacza raz na zawsze. Wiadomo u nas chyba po najdalsze czasy, że za wszystkie córeczki polskie płaczemy jeszcze dzisiaj nad Urszulą, a znów każdą, która zbłądzona, odkupuje Ewa Pobratyńska.

Gdyby ten powołany człowiek mowy pisanej ujął nas tu w tej sali jak jesteśmy właśnie, gdyby rozmieścił nas słowami swymi i przeciwstawił w różności naszej a zarazem zjednoczył porządkiem własnego widzenia, jeśliby tokiem uczucia przygarnął nas i wybrał, jako obecnej współczesności, pozostalibyśmy na zawsze nie tylko w kronice dziejów, lecz pozostalibyśmy na zawsze w tym wzruszeniu potomnych, jakie z serca potomnych wykrzesać zdoła pióro powołanego mistrza.

Przystańmyż tedy chwilę nad tym zjawiskiem, a raczej nad tym niezwykłym czarnoksięstwem. Na czymże się zasadza, jakimi włada mocami? Któreż to moce sprawiają, że gdy mówi człowiek zwyczajny w zakresie mowy – rzecz swoją wysłowił, lecz przeminęła ona natychmiast: a gdy mówi jeden z tamtych nadzwyczajnych w zakresie mowy – wysłowił swoją rzecz, która żyć będzie dalej i najpiękniejszymi doznaniami potomnych zakwitać w niezliczone lata.

Owe moce tajemnicze a potężne, to słowo, jego układ w zdanie, z układu zdań wynikły obraz i wreszcie w obrazie onym ludzie żywi, i związek ich wzajemny. Ale wszakże, com tu wyżej policzył, każdy pod ręką ma, i któżby słowem się nie posługiwał i słów w zdania nie składał i obrazu nie szukał w mowie i nie powiadał w mowie swojej o ludziach? Każdy to czyni, rzecz od tego zależy jak to czyni? Jeden do przedmiotu zabiegów życiowych dąży tylko. Do życia i do życia! Dla drugiego atoli całe życie i jego szczęście, radość i ofiara tkwi właśnie w wyrażeniu. Ten pierwszy posługuje się językiem tylko, ten drugi zaś – mową.

Język to rzecz cielesna, mowa zaś – rzecz duchowa.

Słowo, zdanie, obraz, w obrazie ludzie, oto składniki czarodziejstwa. Słowo zwyczajnego człowieka, czy jakiegoś specjalisty, prawnika, nauczyciela, badacza – a tamto słowo pisarskie?

Zwyczajny człowiek będzie swe słowo sprowadzał do najpowszechniejszej miary, niech się raczej wyciera i niech postrada wszelakie ostre kanty, byleby służyć mogło najpotoczniej. A znów prawnik będzie się doszukiwał w wyrazie każdym muskułów posiadania i władania; a znowu nauczyciel szuka zawsze najprzestronniejszego wyjaśnienia: a znów badacz obedrze wszystkie słowa z powłoki wierzchniej i będzie badał mięśnie i kostny układ: jak zbudowane i jak się mogą ruszać i jak się rozwijały?

Ale życie żywego słowa, jego szczęście, niedole, jego szaleństwa, zguby? Żeby ze słowa bryznął płacz, żeby dzielnie użyte spłynęło nagle krwią, albo żeby zostało wiernym psem?! A później nagle stadem wilków coby pożarło jakąś rzecz na zawsze?! A potem znowu, ażeby jak nietoperz latało nad wieczorem i z tego głupiego nietoperza żeby się księżyc wyłonił czysty, jak samo srebro, a pod księżycem wśród czarnych drzew aby miłość dumała samotna?! Żeby śmignęło o świcie jak jeleń, a potem zaraz niech pracuje jak wół, a potem rozdeptane zostanie, a potem z rozdeptanej powłoki wyfrunie rój motyli!

Wasza krew, słowa moje, bracia moi rodzeni, wrogowie utęsknieni, których pełen jestem po wszystkie dni, żywiole mowy ojczystej, którą od zarania pamięci chłonę, wypijam strumień, rzekę, pochłania morze, lecz tam przede mną szumi znów drugie morze, większe i jeszcze większe!

Oto wydaje mi się, zaranie stylu pisarskiego. Wasz skład, słowa kochane! Jak się ruszacie i jak się odmieniacie w przypadkach i jak się prężą członeczki wasze piękne?! Jak skaczecie i czy pełzać będziecie? Wszystko to trzeba umieć i wszystkiego doświadczyć. Ta cała praca i wszystkie inne niezbyte nigdy możliwości, to co można wykonać i wszystko czemu słowo nie sprosta, bo już sprostać nie może! Więc jeszcze przy co drugim wyrazie kręgi marzenia, koła gorącej zawiedzionej miłości…

Całą ziemię zasypać, całą ziemię wypełnić słowem! O tym marzy na wrzosowiskach jesienią, o tym tęskni pisarz młody, gdy pada pierwszy śnieg, ach, wierzy w to, gdy plusną pierwsze deszcze wiosenne. Z tych to zapałów miłości nieprzytomnej tryskają bujne mnogosłowia młodzieży pisarskiej, która się musi tak zbroczyć, tak wyczerpać, aby nareszcie przez chaos przejrzały pierwsze światła opamiętania. Gdy opadną wody szalone, zobaczy autor, jakby po potopie wiosennym, że wśród namułu pozostały obok siebie szczęśliwie tu oto właśnie rzeczownik taki z tym właśnie przymiotnikiem, a tu znów inne części mowy, w ślepym rozmachu trafnie wycelowane i już błyszczące żywą prawdą ujęcia.

Z tych pierwszych szczęśliwych trafów intuicji powstanie ambicja szukania dokładności, z niej zaś wynikną określenia mięsiste, wyraziste, już zawsze celne, już nareszcie świadome. Stąd się wywiodą nieprzebrane zasoby opisu, i nie zbraknie ich nigdy i będą coraz mocniejsze w kształcie, coraz dźwięczniejsze w brzmieniu, coraz gładsze w ujęciu. Pisarz wejdzie w swe słowo, jak robak w owoc wchodzi, i stoczy je na proch.

Wtedy pisarz zgorzknieje, bowiem musiał się był przekonać, że nigdy wymową nie sprawi, aby ruszył z posad bryłę świata, aby otworzył duszę przedmiotów, by kwiatom skrzydła poprzyprawiał, a drzewom pomógł wędrować z głębin puszczy nad brzegi jasnego morza.

Czasie smutny a płodny! Wtedy dopiero pisarz przysposobiony jest do najlepszej pracy… Teraz dopiero, gdy się sypie tym ziarnem, niezniszczalnych zamiarów. Z ziarna tego wzejdzie na koniec prostota skromna cicha, zwyczajna i potulna, która się składa z wszystkich wyrzeczeń i z najtkliwszych zawodów, która nieomal że na brzegach samego milczenia pomoże słowa układać, niczym kamyki szare, nikłe, zwyczajne.

Zdanie zwyczajnych ludzi i zdanie mistrzów?! To pierwsze rozwleczone, rzeczownik ciąży w nim, jak kamień w zwisającej sakwie, czasownik przebiera niemrawo w rzeczownikach, gdy nie utrafi, przymiotnikiem załata, i tak się to przewraca w ciemnym opierzchłym worku, bez kształtu i bez wszelkiej powabnej gotowości.

A zdanie mistrzów? Gdy ten zapragnął mieć ze swego zdania wóz, ma wóz wyborny, a gdy budować chciał, ma kąty i trójkąty formy najprzydatniejsze, jedne z drugich wychodzą, jedne w drugie wnikają. Jeżeli chciał mieć drogę, żeby myśl jego po równym szła, zdaniami swymi wygrodzi prostą drogę chociażby w nieskończoności i wyrówna i na każdym zakręcie sklepi jak należy.

Taka to sprawa jest ze zdaniem mistrzów, a znów w tej sprawie jest inna, zdaje mi się, jeszcze ważniejsza: czy z kamienia budował czy diamentem ciął, czy też sądził, że bitą drogą idzie, – nie wierzcie, gdy wam powie po skończonej robocie, że to rozumem swoim zdanie najlepsze dla swej pracy wymyślił. Nic nie wymyślił! Jego krew przynosiła mu to zdanie, krew sama z myślą połączona tajemnie szukała wyższej od pokładów sensu przenośni rytmu. To owa krew, to serce, samo serce pisarza szykowało, sprawiało wzór zdania.

Gdy szukał coraz głębiej, gdy błądził, nie znajdował, gdy wśród zgubionych, pomylonych rytmów nie umiał wybrać i cierpiał udręczony bolesną niepewnością, ratowało go zawsze z tej męki głuche, aksamitne stukanie, które ustaje dopiero wraz ze śmiercią człowieka. Tajemniczy dźwięk serca, który jakże trudno wysłuchać poprzez wszystkie oddźwięki i wszystkie głosy świata! Lecz kto się dosłuchał owej harmonii‚ ten uzgodnił nareszcie z samym sobą wszystkie głosy, ten już więcej zbroją błyszczeć nie będzie i dróg budować nie będzie, a tylko marzy o tej jednej drobinie powszechności, w której wszystko bez żadnej reszty się zawiera. Nie zechce łanem być a tylko jednym do miliona innych podobnym kłosem; nie górą, lecz kamieniem przydrożnym, nie oceanem całym, lecz jedynie tą falą drobną, zwykłą, z której tkane są oceany. Wtedy dopiero powie światu zdaniami najprostszymi, że się polały jego łzy czyste rzęsiste na dzieciństwo sielskie, sielskie, na młodość górną i chmurną i na wiek męski, wiek klęski.

Po cóż ta praca słowa, po cóż te trudy zdania? Aby dźwięki łączyć, wyrazy z treści spowiadać i przyspieszać, czy też opóźniać w rytmicznym przemijaniu? Ile razy natrafimy na doskonały wzór w technice doboru słów i ich układu, tyle razy widzimy przecież, co przez tę technikę przebija i czemu ona służy? W rozważaniach o zdaniu można niejako palcem dotknąć gorącego źródła, z którego wszystko początek bierze: serce, serce człowieka!

Formą słowa, zdania, obrazu zatrzymać na świecie co jest w wieczystych porządkach przemijania przeznaczone śmierci! Uderzyć rytmem w ciemne, lodowe bramy i wołać: — Ja tu trwam! Pozostaję na wieki! Ja tu trwam nie sam jeden, trwamy wszyscy, my społeczeństwo, naród, ludzkość cała. Ty przychodzisz i kosisz i zabierasz nas, śmierci okrutna, i wieczności oddajesz nieznanej, niepojętej, ale my, z gruzłów życia wytworzeni, przekreślimy twą czarną wieczność niepojętą, bośmy stworzyli naszą, własną wieczność w słowie, w wyrazie, w myślach, która poczęta jest z naszej własnej radości, z naszej własnej miłości i z naszych własnych cierpień.

My, człowiek, społeczeństwo, naród, ludzkość cała!

Człowiek: ja. Ja i ty. Ja — i wszyscy inni.

Jeszcze raz od początku:— ja i ty. Ja jestem cały świat – a ty? Ty nie możesz być takim światem, jak ja, bo to ja czuję się światem całym. Więc czym ty jesteś?! Ty jesteś jakimś innym światem. Ale przecież to mój świat, to ja sam czuje się najlepszym i najmądrzejszym i najbardziej istniejącym!

Więc nie ma dla ciebie innej rady: zostań mną. Ja cię nauczę zostać mną. Olśnię cię sobą, a jeżeli nie dasz się olśnić to cię wyśmieję, wyszydzę, wydrwię tak boleśnie, że nabierzesz wstrętu do samego siebie i będziesz musiał zostać mną.

Oto, sądzę, początki podejścia pisarza do człowieka, który ma się stać przedmiotem pisma: będzie białe, szlachetne, dobre to wszytko co jest ze mnie. A wszytko inne batem, kwasem, trucizną, ogniem pokarać!  Ale co to jest, to wszystko? To jest nie ja.

Temu wszystkiemu innemu, tym wszystkim innym ludziom, których na samego siebie nawrócić pragnie, młody twórca modeluje mimo woli swoją własną twarz. Bo innej nie zna jeszcze, nie ma. Wszystkim innym, których swą pasją ogarnia, oddaje swoje własne impulsy i swoje własne ruchy. Bo innych nie rozumie jeszcze, bo do innych ruchów nie zdążył się był sam jeszcze nałamać.

W dojrzewaniu tej pracy dzieje się, że chcąc innych zwyciężyć, sam się w nich poniża i chłoszcze; chcąc ich na siebie nawrócić, sam się w nich oskarża i piętnuje!

To są pierwsze rzuty, dzikie zamachy zmierzające do zrozumienia człowieka. No, i cóż z tych zamachów? No i nic, tylko klęska. Drugich nawracać chciał, a cóż? Tylko się sam zawstydził i pokarał.

Ja — i ty… Nie zdobędziesz go sobą  – odpowie doświadczenie.

W takim razie stanę się tobą, ty inny człowieku, stanę się wami innymi, rozmaitymi ludźmi!

Jakże ich w siebie przyjąć, wcielić, wchłonąć, gdy w sobie samym wszystko wyłącznie sobą jest tylko wypełnione po brzegi? Więc trzeba w sobie umniejszać siebie samego coraz skrzętniej, coraz surowiej i coraz bezlitośniej, a wówczas, im więcej tej bezlitości dla samego siebie, im więcej z tego bólu — tym dla innych więcej współczucia.

O obcości stokrotna, tysiąckrotna, przyjmowana tutaj najczulszą treścią duszy! O nienawiści, wołana zewsząd i tutaj dobrotliwie goszczona! O wy, szalone stopy zbrodni umyte na tym progu najtkliwszym przebaczeniem.

Ja i ty, ja – oni, ja – i wszyscy inni: społeczeństwo, naród, ludzkość cała. Zostałem wami, – zapłacze mistrz. – wami wszystkimi! Przechodzicie, przemijacie przeze mnie, póki nareszcie u stóp tej powszechności, którą jesteście wszyscy, nie złożę głowy i nie zakrzyknę ogromnym głosem: „Nazywam się milion, bo za miliony kocham i cierpię katusze”…

To jest ta droga serca w powołaniu pisarza. Nie zahartuje się jednak to serce same przez się. W samej tylko robocie tworzenia nie osiągnie cnoty ostatecznej. Będą mu wychodziły naprzeciw przemożne potęgi, których nie przezwycięży inaczej jak tylko tym co jest w człowieku najwyższe, niezbadane, a co się nazwać ośmielę przeznaczeniem.

Przeznaczenie największego wysiłku, najwyższej szlachetności! Ono właśnie podszepnie pisarzowi, gdy tylko poczuł że włada krasą słowa, że włada nową, własną formą mowy, ono podszepnie:

– I cóż odmierzasz, młody mistrzu, tą formą? Własne piękno! Stać cię, byś  lekceważył, stać cię nawet, byś pogardzał tym pięknem. Masz zwyciężać, nie mierzyć. Masz zwyciężać tam gdzie najtrudniej!

Patrzcież, dowiedział się, że czyny ma wypełniać. Chce czynów najtrudniejszych. Więc pójdzie tam, gdzie człowiek człowiekowi życie z piersi wyrywa, gdzie walczy klasa z klasą, gdzie jedni po głowach drugich deptać pragną, gdzie trwa płacz krzywdy nieustannej a sprawiedliwość wśród krzywdy onej stąpa bezradnymi krokami.

Tu przybiegłeś, łomocący słowem, jak gdyby łuską zbroi, tu czynów dokonasz, tu podeprzesz zastępy cierpienia przeciwko orszakowi przemocy. Lecz gdy się tutaj sprawiasz najżarliwiej, gdyś już gotów tych pobić, a znów tamtych ocalić, zabiega twoją drogę szczęście osobiste w jak najśliczniejszych listkach czułości, zapłonione: miłości twoje wdzięczne, owa gonitwa za błogim zapomnieniem: a później dzieci twoje, najpiękniej tu na ziemi udana opowieść o twym szczęściu.

Pożegnałeś to wszystko, boś jest wojownikiem, znasz reguły równości i wiesz, jak przywileje podrywają nośność wymowy.

Odprawiłeś to wszystko, gdy zjawiła się na twojej drodze inna pani przemożna, a na jej szacie mieni się barwami i herbami wszystko co jest jej własnym postanowieniem, wśród innych postanowień innych przemożnych pań.

Twoja Ojczyzna: ile w jej barwach prawdy a znów ile przypadku? Ile w jej herbach okrucieństwa a znów ile miłości? Nie twoja rzecz rozsądzać. Gdyś Ją ujrzał, jak podchodzi ku tobie z jakąś swoją, niewiadomą sprawą – porażony zostałeś taką mocą oddania, że to nie jest ani oddanie serca czy rozumu! Lecz dowód wzajemności, który jest taki między wami, że Ona jest nad tobą na zawsze, a ty na zawsze u Jej stóp, choćbyście tego nigdy nie wyrazili ani jednym słowem.

Walczyłeś tu pośród zastępów krzywdy przeciwko orszakowi przemocy. Wznosiłeś miecz radośnie, a patrz co cię potyka?! Pani przemożna wytrąca ci miecz z ręki i mówi głosem wieczystego wymogu, że to jest niepotrzebne dla niej, co dla ciebie konieczne i może wtedy dla niej święte, gdy tobie obojętne, a gdy dla ciebie święte, to znów dla niej w jej przypadku zdradliwe ..

Gdy ci to powie, masz mieć przeklętą odwagę bratobójcy! Zabijesz w sobie swego młodszego brata, aby starszy, wpatrzony boleścią jego śmierci mógł wypowiedzieć w oczy przemożnej parni wyzwalające słowo: — Ludzkość cała!

Któżeśty jest, najwyższa gracjo, ostatnia pani naszych trudów, ta sama wszędzie w najprostszym swoim geście, na każdym lądzie i na morzach wszelakich, w cieniu wysmukłych palm i w suchym chrzęście ostrej kosodrzewiny? Któżeś ty jest tak krwawa a zarazem niewinna? Dokąd podążasz, utrapiona wąziutką swą pamięcią? Nad jakież brzegi czasu, skoro ów czas rozciąga się bezbrzeżnie? Nad granice jakiej przestrzeni, skoro ta przestrzeń nie ma żadnej granicy?

Tuś przyszedł, mistrzu słowa pisanego, gnany potężnym przeznaczeniem swej służby. I tu pośród najpowszechniejszych granic miłości i cierpienia poda ci rękę ten właśnie, ku któremu podążałeś uparcie, nie wiedząc nawet o tym. Objawi się przed tobą on, ciemny anioł, który wątpieniem omroczy każdą najwyższą myśl, który w zimnym uścisku ostudzi najwznioślejszą miłość, ów ciemny anioł zwątpienia, mocniejszego niż spiże wszelkiej sławy i zasługi.

Ów anioł pochyli czarne oblicze nad tym co ci najdroższe, za co cierpiałeś, czemu życie swe poświęciłeś. Pochyli swe oblicze nad celowością twego przeznaczenia. I oto przeznaczenie twoje nie znaczy ci już nic i nigdy nigdzie nic nie znaczy.

Ten anioł ciemny milczący wiecznie; który nigdy nikomu nie dał odpowiedzi, spojrzy pustym wejrzeniem na twoją wieczność, wieczność pisanego słowa i oto wieczność ta rozpełzła się jak mgła.

Ten mroczny anioł, utkany jednolicie z najpotworniejszych istotności zwątpienia, gdy na pomoc przywołasz przeciw niemu czas i przestrzeń i wszystkie twoje cele a gdy celom nie wierzy, gdy mu ukażesz śmierć nad nimi rozpostartą, a ponad śmiercią ową, ponad i wszędzie, z wierzchu, w środku, w kwadracie, w kole, gdy mu ukażesz nicość, – rozwieje nawet nicość abyś nie widział i nie wiedział, że nie widzisz.

Wtedy dopiero ty, otruty już na zawsze w całym bogactwie twojego doświadczenia, w całym zasobie wycierpianego okrucieństwa zrozumiesz, że nie ma nic, prócz najmniejszej drobiny, prócz najmniejszej zwyczajnej sekundy, lecz wypełnionej do dna najczystszą wolą twórczą. Że ta sekunda kupiona za wieczności całe jest ceną wszelkiej najwyższej ceny. Że to ona obraca się i płonie sama dla siebie samej chociażby na nicościach nicości i gdyby nawet była tylko złudzeniem, za jej uśmiech jeden, za najcichsze westchnienie warto oddać wszechświaty.

O! Wtedy ty, człowieczek mały, mistrz drobnych słów, człowieczek mały, objęty czarną wolą spiżowego zwątpienia, w uścisku tym straszliwym zawołasz, jak przed tobą wołali, jak wołać będą, dopóki ich rodzaju na tej ziemi:

– Ja, wszyscy, całe życie i cały świat – za twórczość!

z



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: