K.I. Gałczyński – „Do Przyjaciół z „Prostu z Mostu”” – Część I [1936]

I.

VIRI FRATRES:

Już nie jestem samotny – bo jestem z wami i razem z wami pożywam chleb szczerości, panis sinceritatis.

A jeszcze onegdaj byłem jako noc w nocy i „strach piłem jak wino”.

Grząska Warszawo lat minionych, skąd, z paszczy jakiego potwora nabrać mi tyle śliny i flegmy, żeby jednem splunięciem opluć cię całą?

Żeby w ślinie karzącej i świętej zatonęły raz nazawsze twoje kawiarnie, gdzie przez tyle lat chrobotały szczury poezji?

Esto anathema maran-atha.

Dość:

Nie można przecie jedną gębą krzyczeć i uśmiechać się. A ja się właśnie uśmiecham. Pióro na chwilę odfruwa ode mnie, aby mi nie przeszkadzać w tej uciesze. Dobre, uprzejme pióro! Andriuszka, emigrant rosyjski, mruczy. Pomyśl, Andriuszka, jak to dobrze, że się skończyła wreszcie dla nas ta warszawska maligna! Spójrz przez okno: to Wilno. Ludzie durni, ale cisi: bruki marne, ale za to jakież niebo! Dla tego nieba tu przyjechaliśmy – prawda? Zresztą, rzadko wychodzimy z domu, a jeśli, jeśli, to na spacer po niebie. I oto leżysz na moich kolanach, mój wierny kocie Andriuszka, a przed nami stoi różowy hiacynt; bardzo lekko, jak wszystkie rzeczy, które się kocha.

Słońce pozłaca na Wilenką zielenie i spadzistości.

Ale niebo, spójrz, Andriusza, cóż to za niebo? Do diabła, bez przesady wystarczyłoby mi głowę podnieść nieco wyżej do góry, żeby ujrzeć Boga-Ojca i Matkę Boską i Pana Jezusa i świętego Jerzego i wszystkie Wojska, Moce i Trony, Cherubim atque Seraphim, zstępujące i wstępujące w swym liturgicznym balecie; ale – przepraszam – nie chce mi się zadzierać głowy do nieba: Ziema jest dobra, zapach hiacyntu i mruczenie kota i kędziory dziewczyn, przechodzących w wietrze za okniem – czyż to nie dosyć?

VIRI FRATRES,

Jakże mi dobrze z wami! A dusiłem się. Dziś widzę, że iperyt i fosgen, to są zabawki dla dzieci. Miliardkroć gorszy gaz moralnej ohydy. Do niedawna jeszcze, szeroką falą płynął ów gaz, wypuszczony ze złośliwych zbiorników, których istnienie długo i zręcznie maskowała niecna hewra, nie wiedząc (durna!), że w końcu zadusi się sama. I zadusiła się. Ostatni stragan na jarmarku rymów dogorywa, skwircząc żałośnie. Alfonsi, faryzeusze, sutenerzy i kalemburzyści poezji leżą pokotem. Brzydkie trupy.

Czy warto mówić o trupach? Tak, bo trzeba na gwałt uprzątnąć obce trupy z polskiej łąki, żeby nie zatruwały nam powietrza swym mefitycznym rozkładem, żebyśmy w sercach swoich byli już całkowicie pewni, iż raz na zawsze skończyła się epoka spottgeistów i filutów. Niech im ziemia lekką będzie; zawsze przecie lubili „coś lekkieeego”.

Nad latryną wszelako, w którą wrzucimy te parszywe stworzenia pozwólmy sobie na odśpiewanie ślicznej kantyczki, nenji, bardziej rytmicznej, niż ponurej. Objaśnijmy, wytłumaczmy najciemniejszym, najgłupszym, naprowincjonalniejszym, czemu to tak brzydzimy się tymi, których właśnie zakopujemy. W nekrologu niniejszym nie chcę wyszczególniać niczyich nazwisk. Nie warto. Za parę lat i tak nikt już dźwięku tych nazwisk pamiętać nie będzie. Czemu? Bo wyszachrowane po gudłajsku, a nie krwią poświęcenia, zdobyte sławy trwają krótko, tak jak krótko trwa proceder szalbierza. Wyszachrowane po gudłajsku, a nie krwią poświęcenie zdobyte sławy to pieniądz fałszywy, w którym kiepsko podrobione wąsy zostają w końcu zdemaskowane.

Wstydzę się tego porównania z pieniądzem, którym pogardzam – ale za owo giełdziarskie porównanie opowiedzialni są również oni, jak i za wszelakie świństwo, przylepiające się do old merry Poland.

Pryszcze na Polszcze.

Ci autorowie „tomików” z okładusiami Tadzia G., ci-devant prominencje warszawskie na zasadzie rumuńskich wyborów (wzory, wzory!) do Académie des Indépandants, obwąchiwacze obopólnych machlojek, wydmuchiwacze poetyckiej blagi, a społecznego fałszu, potrząsacze rewolucyjnych proporczyków, ale „w razie czego” to ryms pod kaloryfer, jak szczur i – ukryć się, ukryć – z kontem w zagranicznym banku, z watką w muzykalnym uchu, z walerianą w kieliszeczku, a grunt żeby blisko naczynia handlarskiej liturgii – telefonu, żeby móc co chwila sobie zadzwonić, popytać się, „co słychać na mieście”:

– Miecio?
– Noo…
– Miecio, to ty?
– No…
– No jak?
– No…
– To co będzie?
– No…
– Miecio!!
– Noo…
– Wiesz, kochanie, tylko żeby tej rewolucji nie było w zimie, bo tak zimno… Ty masz pled?

(Andriuszka myje pyszczek łapką: Przyjdzie dziś do mnie złoty gość: profesor Srebrny. Na stół, skądś, z ósmego nieba spada mi płatek zawilca).

O cóż to najbardziej oskarżyć wypadnie alfonsów poezji, te prawdziwe ozdoby cyrku Barnuma, starych byków, co jako noworodki przyszli na świat już w futrach i już ze złotymi zegarkami i już z minami sędziwych, mądrych panów? O to, że w szprychy polskiego wózka lirycznego (co właściwie zatrzymał się przy „Balladach i Romansach” – stamtąd zacznijmy!) wetknęli swoje brzydkie parasole kupców III-ej i XVII-ej gildii.

Oskarżam, ale teraz już nie mówię, ale krzyczę (Andriuszka, wyjdź), że sutenerzy poezji wstrzymali na długie lata rozkrzew liryki krajowej, że zepchnęli ją, Euterpe w cień swej synagogi, że zaplugawili ją fetorem swych lichych duszyczek i niepokojem swych małpich łapek. I będę ze wszystkich dachów wykrzykiwał moje oskarżenie, aż dla całej kulturalnej Polski stanie się ono jasne i potrzebne jak słońce, aż jęknie w Berlinie wspaniały staruszek Brükner:

– Mój Boże, a tom dał się nabrać!

Przeklęci, przeklęci niech będą poetyccy cadikowie po raz tysiączny w dziejach.

Anathema esto maran-atha.

Bo poezja – zakarbujcież to sobie dobrze, o gnijący ksenolirycy i wy, którzy się będziecie daremnie usiłowali po tej pierwszej transzy przesmyknąć – poezja, mówię, nie jest skarbcem – poradnikiem sposobów, jak zdobyć wpływy na „giełdzie literackiej” (wasze ulubione słówko), wygodne mieszkanie i bezpłatne karty okrętowe.

Poezja jest nabożeństwem nieustraszonych, gdzie się trzeba modlić z gołą głową. Wy, si je ne me trompe pas, modlicie się w czapkach.

To właśnie, ta wasza małość ludzka, ten wieczny strach, ta psychoza ucieczki karliły naszą lirykę dotąd.

Silnych nie zatrujecie i nie kupicie.

Ale co będzie ze słabszymi? Słabych otumanić (e.g. pochlebstwem) nie tak trudno. A przecie słabsze rośliny też mogą zdobić i składają się na łąkę!

Otóż ci słabsi moralnie (jakże chętnie forytowani i premiowani prez waszą hewrę) nie wyobrażają nawet sobie, że należy najsamprzód wyrosnąć i okrzepnąć jako człowiek, zanim się przystąpi do pisania wierszy, świętej muzyki, jako poeta. Wyście przecież tym słabym, tym „komunizującym” prowincjałom dalekim, dla których pewna Warszawa (sic!) coś jeszcze znaczy, którzy rozprawiają o was nabożnie jak przedwojenni lokalje o przygodach hrabiów w Monte-Carol, wyście im ad barantos oculos  zademonstrowali, że można być jednocześnie lichotą moralną i jednocześnie zrobić sobie nazwisko na „giełdzie literatury”, nazwisko poety.

O, tytule szkarłatny, o baronio anielska splugawione przez nicponiów – poeta, najświętsze ze słów!

Jakież to ropuchy przez tyle, tyle lat ważyły się twoją treść obśliniać, kompromitować ten najbardziej honorowy ze wszystkich doktoratów!

Pod niebem groźnym jak morze Conrada, a gorącym jak listy św. Pawła, pod takim niebem WEWNĘTRZNYM ma żyć poeta. A jeśli zaskamle, że to mu za trudno, to won z Parnasu, wracaj, bratku, do manufaktury, w mroki kawiarni, w szwargot machlojki; i atmosferu, rytmu i retoryki machlojki nie przeność mi do atmosfery, rytmu i retoryki poezji.

Poezja jest tylko dla tych, co mają czyste serca, bądź przez poezję pragną oczyścić się. Nie dla Dichtungshändlerów, nie dla kramarzy z fałszowanymi poetyckimi dewocjonaliami.

O wszy żyjące w cieniu polskiej szabli, doktora Marcina Lutra chciałbym mieć glos tubalny, żeby was, trupy, jeszcze raz wskrzesić i gadać wam całą prawdę w oczy i niech was ta prawda po raz drugi zabije, o blandilokwentni truciciele talentów.

Uniłowskiego zadusiliście szarfami podstępnej reklamy, wiedząc dobrze, że jest pewien rodzaj świerszczów, którym wystarczy podsunąć kawał słodkiego sera, żeby się łapczywie nażarły i pękły.

Ludzi odpornych na pochlebstwo jest na tym wiotkim świecie bardzo niewielu. Gdyby Zbigniew Uniłowski poszedł w swoich czasie na własny, gorzki chleb literacki, byłby może dzisiaj jednym z najwspanialszych pisarzy. W ogniu rewolty wewnętrznej stężałby moralnie i zrozumiał, że przed literackim turniejem trzeba najsamprzód wziąć dobrej miotły i boisko z was oczyścić, butna do niedawna hałastro pacyfistów, socjalistów (a l’instar Leon Blum, czy Toeplitz), wellistów, scientifistów, przyjaciół prostego człowieka i zsiadłego mleka, oraz franciszkanów z polisą w „Riumone Adriatica”.

O, do niedawna rzucający w oczy klimkiem, a dziś goniący w piętkę niewolnicy własnego fetoru, poznaję was, nawet w tych polskich ciemnościach po waszych oczach i rękach napiętnowanych lękiem przed śmiercią!

Lęk przed śmiercią – otóż to wasze piętno najbardziej haniebne. Kto się śmierci boi, ten życie będzie starał się oszukać, ten zasłużył na pogardę większą niż morze.

Życie jest święte.

Święte są ziemia i niebo: święte jest kwitnienie drzew i święte mruczenie kota i święty wietrzyk, który mu wąsy głaszcze, a nade wszystko świętym jest wysiłek ludzki, dla honoru istnienia zmagający się. Świętość dnia i nocy, zwycięstwa i klęski, świętość chleba, stołu i lampy – oto tajemnice, których nigdy nie przenikniecie, czcziciele towaru, machlojki, forsy, koszernego księżyca. Na to trzeba być chrześcijaninem, tzn. człowiekiem radosnym a bez trwogi, rozdającym bogactwa swoje rozrzutnie – o, więcej, więcej dla świata!

A w was tkwi to nikczemne przywiązanie do RZECZY. Jakżeż jesteście duszni i niewolniczy i do szpiku kłamstwem przeżarci!

Gdy mi w swych wierszach powiecie ZIEMIA, nie uwierzę, gdy mi powiecie NIEBO, nie uwierzę, gdy mi powiecie DRZEWO, nie uwierzę.

Poezja wasza to były tylko słowa i talmudyczny, kabalistyczny kult słowa, straszącej izraelickiej abstrakcji. Przypominam sobie ją, tę waszą poezję nie bez czkawki. Na dnie waszej poezji (o ile godzi się mówić o dnie kałuży) nigdy nie było człowieka. Trwoga? Tak. Gniew? Tak! Nienawiść? O, tej najwięcej (to Lieblingswort mrocznie urodzonych nienawistników), ale nigdy człowiek, pełny, słoneczny, oceaniczny człowiek-chrześcijanin.

I skądże, letzten Endes, wasza poezja miałaby być ludzką?

W sztuce, którą robi artysta, będzie tyleż człowieka, ile go artysta w sobie wymiesi całodziennym, czujnym zmaganiem się, uporczywą, pełną czarnych klęsk i słodkich triumfów, walką o honor ludzki we mnie, o ambicję mej samotności ludzkiej, o dumę i ciągłość mego ludzkiego wysiłku, co śmieszny i kaleki jest w obliczu Morza, ale on jeden, tylko on jeden wywyższa i wyzłaca nas ponad wszystkie blaski cherubinów. I choćbyśmy strąceni zostali na samo dno słabości, a jeszcze, choćby już zupełnie zagłuchłym głosem światu mogli zakrzyknąć:

– Ja protestuję!

Jeszcze wtedy zdobyliśmy prawo do honoru istnienia.

Intransigeance.

A wy?

Cienie cieni ludzkich, pieski obwąchujące się w poszukiwaniu kości, fabrykanci koniunktur, maklerzy snobizmów, eksporterzy poetyckiej lemoniady – o, jakież czuję do was obrzydzenie!

I pomyśleć tylko, że to właśnie wyście robili do niedawna poezję w Polszcze, zgiełkliwą, butną, przyziemną, a szynkowaną perfidnie, podobnie jak żydowski karczmarz nalewa gorzałki kmiotkowi:

– Pijcie, Bartoszu; to wam dobrze zrobi.

I Bartosz pił.

Zasługi? To, to już najkomiczniejsze. (Andriuszka coś majstruje przy ogrodowej latarce). Wyście w poezji szukali zysku, najnikczemniejsi z nikczemnych, zysku!!

Progenies viperarum.

Poezja jest szczyt, na który się wchodzi, albo przepaść, w którą się skacze.

Poezja nie jest dla łażących po gruncie zniwelowanym jak tapeta.

Na dnie najgłębszej męki, na wierzchołku najwyższego uniesienia rodzi się twórczość artysty.

Was nie stać ani na przyjęcie pełnego cierpienia, ani na przyjęcie pełnej radości.

Któż wy jesteście? Ćwierćludzie? Półludzie? Rośliny, zwierzęta? Jesteście NIKT. W was nie ma nawet natury.

Jesteście cyfry.

I przez tyle lat młodzież poetycka starała się dociągnąć do waszego poziomu, czyli niveau.

Fffantastyczny paradoks.

Kto wie, może i dziś jeszcze, w jakimś Dubnie chłopcy; którzy skutkiem pochodzenia są kulturalną tabula rasa, mówią o was i czytują was: Snać bawi tych świeżaków jedzenie zgniłego sera; kupują waszą tandetę, wasz tyneł intelektualny, tak jak wieśniak kupuje chętnie liche, ale za to błyszczące przedmioty.

Znałem nawet takich, co nocami rozprawiali o p. Tadeuszu Peiperze. Nie dziwię się: Wchodząc w świat p. Tadeusza Peipera i podobnych, prowincjonalny świerzak-poeta dostaje tego samego olśnienia, co ślusarz Moczulak wpuszczony na kolację purimową do lekarza-dentysty Goldfedera. Bo i takiego dywanu jeszcze nie widział i takich platerów i takich buraczkowych portier i takiej psiamać huculszczyzny, i nikt go jeszcze w życiu nie pytał:

– Panie Narcyz, jakięż pan ma nastawienie do Pykasso?

A że to wszystko śmierdzi jakiemiś monstrualnymi kwasami: naftaliną, molochromem, sudorynem, antipotynem, maokiem, flitem, japońskim grzybkiem, lebewolem, syndetikonem, kolekturą loterii, klizmą, „marksizmem”, pigułkami z zakonnikiem, trilizmem i „współczesnością” – tego biedny wspaniały Moczulak nie czuje, bo się z punktu urzyna i rzyga. Całokształt psycho-gastronomicznego menu nie nadaje się do strawienia. Co do mnie, na przyszłość o „estetyczny żołądek” Moczulaka Wspaniałego jestem spokojny. Ów żołądek wrychle połapie się, wyselekcjonuje, gdzie jest poezja, czyli VERBA CHARITATIS, a gdzie zgiełkliwe pomyje, czyli INFLATA RHOEZO NON ACHAIO VERBA.

Otóż chcę, żeby to gniewne i pańskie mot Wergiliusza: INFLATA RHOEZO NON ACHAIO VERBA – „odęte wrzaskiem nieachajskim słowa” – raz na zawsze przylgnęło do rabinackiej twórczości pyszałków. „Inflata rhoezo non Achaio verba” oby się stało przysłowiem!

Die Quacksalberdichter müssen gebrandmarkt werden.

“Inflata rhoezo non Achaio verba” – oto tytuł rozdziału w dziejach kultury krajowej, rozdziału, który się chwalić Boga skończył i który trzeba wyrwać z księgi, zmiąć w pięści i wrzucić do rynsztoka. Potwornemu etapowi koniec. Amen, amen dico vobis. Inflata rhoezo non Achaio verba zmazane z tablicy. That is over.

Anathema esto maran-atha.

Jak już, zdaje się, mówiłem, na głębokich prowincjach, po różnych dalekich Wilnach jest dziś sporo młodych, kulturalnie skutkiem pochodzenia tabula rasa ­­­– niewątpliwie ojcowie przyszłych elit, materiał ludzki najcudniejszy, świeżuteńki, wonny, chłonny, łapczywy. Wielu z tych młodych szpera w poezji, niejeden dźwiga w lędźwiach bolesność talentu. Mogliby walczyć piórem o Polskę, tak jak ubóstwiani przez nich bolszewiccy formaliści walczą en fin des fins o sławę Z.S.R.R. Otóż nie, ci młodzi, te świeżaki ugrzęzły gzieś poza nawiasem rzeczywistości krajowej. Zatopieni w literackich problemach (niestety, jeszcze nie na poziomie zacnej stylistyki Gallego) snują się po miasteczkach jak cienie, bredząc o problematykach, metodologiach, koncepcjach et caetera alia. Żre ich forma, abstrahomanja, kabbała. Kto jest za to odpowiedzialny? Kto zapewnił, że marnują się poeci, species n.b. ludzka bardziej potrzebna światu niż żołnierze? Twierdzę, że tylko złośliwy wpływ rabinackich szkółek rozmaitych Peiperów. Horrible visu! Kilkunastu młodych dzielnych Słowian cadik Peiper zdołał przykryć swym atłasowym chałatem i pod tym chałatem pokazuje niebożętom różne głupie sztuczki. A Wisła płynie.

Zamydlone sztuczkami świeżaki z słowiańska zasypiają.

A Wisła płynie i grozi.

Rezultat? Rezultat taki, że tzw. awangarda (sic!), ta, co wyszła z peiperowskiego mankieta, od lat do dziś dnia nic innego nie robi, tylko medytuje, do czegoby koniec końców porównać nocnik w świetle księżyca.

Nieuleczalny trypper metafory. O, marnujące się energie, o talenty, które niczemu nie służą! A wiem niewzruszenie, że w Polsce poezja polska nie dlatego jest nędzna, że nędzne jest życie, tylko dlatego życie jest nędzne, że nędzną jest poezja. Poezja musi być gwałtownym rezonansem i jednocześnie cierpliwą kształtowniczką życia, silniejszą niż śmierć i faryzeusz i generalny inspektorat sił zbrojnych. Ideał to nazbyt ognisty dla straganiarzy z jarmarku pcheł, dla tych rymopisów, dla których agresja na horrible saeculum istud zamknęła się tylko w kręgu assonansów i personalnych intryg.

Dzięki owym filutom jakże łatwo zapomnieliśmy, że być poetą to przede wszystkim być człowiekiem niemałym.

Potrząsam złotym dzwonkiem na pogrzebie szczurów:

Gidi dą! Dogi dą.

Homilio moja wiosenna!

Skończyły się rzady hohsztaplerów, idą rządy miłujących. Gidi dą, dogi dą – oranges and lemons.

Źródło: „Prosto z Mostu” 21 (75), 24 maja 1936



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: