Londyn, Paryż i „sprawa Miłosza”

Przemysław Piętak

Londyńska emigracja, skupiona wokół tygodnika „Wiadomości”, często przeciwstawiana jest emigracji „paryskiej” i środowisku „Kultury”. W poświęconej dziedzictwu polskiej emigracji tece „Pressji” Tu mówi Londyn! Jan Maciejewski i Krzysztof Mazur określają postawę londyńskich emigrantów jako „niezłomną”, w porównaniu „ze strategią innego bardzo ważnego ośrodka emigracyjnego w Maisons-Laffitte”[1]. Jakub Moroz podkreśla, że „w przeciwieństwie do dobrze już przyswojonego dziedzictwa paryskiej «Kultury»”, „londyńczycy to wielki nieobecny polskiej świadomości narodowej” [2]. Arkady Rzegocki w otwierającym „Pressje” artykule pisze między innymi: „paradoks polega na tym, że powszechnie znany jest Juliusz Mieroszewski, związany z paryską «Kulturą» […], natomiast popadł w zapomnienie Adam Pragier – nie mniej wybitny publicysta polemizujący przez ćwierć wieku z Mieroszewskim, głównie na łamach londyńskich «Wiadomości»”. [3]

Znamienne jest w tym kontekście przywołanie Juliusza Mieroszewskiego. Ten wybitny publicysta, jeden z najbardziej znanych przedstawicieli środowiska „Kultury”, po opuszczeniu Polski w 1939 roku pozostał od zakończenia wojny na emigracji w Wielkiej Brytanii, jego artykuły w „Kulturze” ukazywały się w cyklu zatytułowanym „Listy z Wyspy”, a on sam używał pseudonimu „Londyńczyk”. Dlaczego zatem „Londyńczyk” nie chciał mieć z „Londynem” nic wspólnego? Co było osią tak zaciętego sporu między dwoma środowiskami Polaków, połączonych przecież wspólnym, tragicznym losem przymusowych emigrantów? Odpowiedzi na to pytanie można, jak sądzę, próbować szukać co najmniej na dwa sposoby. Po pierwsze, można prześledzić spory „Wiadomości” i „Kultury” w całym okresie ich istnienia. Po drugie, można zilustrować te różnice stanowisk, poglądów, a niejednokrotnie i stylów, na przykładzie konkretnej sprawy. Tak zwanej „sprawy Miłosza”.

„Sprawa Miłosza”

Cała „sprawa Miłosza” rozegrała się głównie w 1951 roku. Pierwszego lutego Czesław Miłosz, pracownik ambasady komunistycznych władz polskich w Paryżu, porzucił pracę, opuścił ambasadę i, wybierając emigrację, znalazł schronienie w Maisons-Laffitte, paryskiej siedzibie „Kultury” i Instytutu Literackiego. Chociaż nie można mieć pewności, czy data ucieczki Miłosza była wcześniej uzgodniona z Jerzym Giedroyciem, redaktorem naczelnym „Kultury”, samo zerwanie więzi Miłosza z władzami Polski Ludowej było niewątpliwie przez Giedroycia bezpośrednio inspirowane. Już rok wcześniej, w 1950 roku, z pracującym wówczas w ambasadzie Polski Ludowej w Waszyngtonie Miłoszem spotkał się Józef Czapski, który, jak czytamy we wstępie do zbioru listów Giedroycia i Miłosza, „w porozumieniu z Jerzym Giedroyciem przekazał mu zapewnienie, że w razie gdyby zdecydował się pozostać na Zachodzie, ze strony środowiska «Kultury» może liczyć na pomoc, a dom Instytutu Literackiego będzie dla niego otwarty” [4]

Wybierając los emigranta, Czesław Miłosz podjął ogromne ryzyko. Z uznanego w kraju poety i tłumacza, niemal z dnia na dzień stał się poetą wyklętym, któremu Konstanty Ildefons Gałczyński wkrótce potem poświęcił Poemat dla zdrajcy. Chroniąc się w siedzibie „Kultury”, Miłosz skazał się jednocześnie na rozłąkę z pozostającą w Stanach Zjednoczonych żoną i dziećmi. Relacje Miłosza z Giedroyciem i innymi mieszkańcami Maisons-Laffitte również nie były sielankowe. W korespondencji wydanej w tomie Zaraz po wojnie znajdujemy komentarz Miłosza o „okropnych awanturach pomiędzy mną i Giedroyciem”[5]. Rok później, w „pożegnalnym” liście do Giedroycia, tuż przed opuszczeniem Maisons-Laffitte w marcu 1952 roku, Miłosz próbował wytłumaczyć swoją postawę z tego okresu: „Niewątpliwie byłem w ciągu roku tego roku w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji. Moja tęsknota za żoną i dziećmi osiągała chwilami natężenie zupełnej wewnętrznej tortury i kiedy siadałem rano do śniadania, byłem jak człowiek, który nie widzi dziennego światła, cóż mówić ludzi. Poza tym, jestem szczery, na mieszkańców Maisons przerzucałem moją niechęć do Polaków emigracyjnych, jakże niesprawiedliwie. Także nie tylko mój egocentryzm wchodził tutaj w grę – również szczególne, nigdy dotychczas w życiu moim nieznane w tym stopniu – skoncentrowanie egocentryzmu, obronność wynikająca z poczucia, że cały świat jest przeciwko mnie” .[6]

Miłosz podejmował próby wytłumaczenia swoim rodakom, zarówno w kraju, jak i na emigracji, motywów swojej decyzji o zerwaniu więzi z Polską Ludową. Do dziennikarzy i literatów w Polsce skierował, napisany w maju 1951, list Drodzy Rodacy, rozsyłany w formie facsimile, a także czytany na antenie „Voice of America”. Prawdopodobnie w tym samym czasie napisał artykuł Nie, który ukazał się na łamach „Kultury”. To właśnie ten artykuł – jak wskazuje między innymi Mirosław A. Supruniuk [7] – stał się powodem ostrej kampanii przeciwko Miłoszowi na łamach londyńskiej prasy, może nawet istotniejszym powodem niż sama służba Miłosza w dyplomacji „reżimu warszawskiego”.

Zarówno w swoim liście, jak i swoim artykule, Miłosz bynajmniej nie przedstawiał siebie jako uciekiniera z komunistycznego piekła, a raczej – przynajmniej z perspektywy pisarza i poety – jako uciekiniera z komunistycznego raju. „Jak wszystkim wiadomo, pisarze w Polsce zajmują pozycję uprzywilejowaną” – pisał Miłosz w liście do rodaków. „Ich zarobki są liczone w tysiące, a nie w setki złotych. Korzystają, pod każdym względem, z licznych przywilejów. Byłem jednym z najbardziej cenionych poetów i mieszkając w Warszawie, byłbym otoczony dobrobytem i sławą” [8]Podobny opis znajdujemy w artykule Nie. „Pozycja społeczna pisarza w krajach demokracji ludowej jest bardzo dobra. Pisarze w krajach Zachodu nie mogą mieć pojęcia o opiece, jaką zapewniają ich kolegom państwa rządzone według zasad leninizmu-stalinizmu. Pisarz może tam poświęcić się wyłącznie pracy literackiej, która przynosi mu dochody co najmniej równe pensjom najwyższych dygnitarzy, a przeważnie znacznie wyższe. W porównaniu z zarobkami przeciętnego robotnika czy urzędnika jego zarobki są niebotyczne. Ma zwykle piękne mieszkanie, wolne od rekwizycji, bibliotekę, domy wypoczynkowe, dokąd może wyjeżdżać na wakacje lub po to, żeby tam spokojnie pisać, korzysta z licznych zniżek i udogodnień. Pieniądze na to wszystko idą z kasy państwa, w którego rękach są fabryki i kopalnie, sklepy i środki komunikacji, szkolnictwo i domy wydawnicze. Obowiązki pisarza są określone jako usługi, które winien jest tym, co go utrzymują, to jest przede wszystkim ludziom zaangażowanym w bezpośrednich procesach produkcji, a więc robotnikom i chłopom” [9]„Moje życie na Zachodzie będzie dziesięć razy trudniejsze, niż byłoby w Warszawie, gdzie dostałbym piękne mieszkanie i tłumaczyłbym Szekspira”[10].

Miłosz daleki jest również od potępiania innych przemian zachodzących w kraju. „W ciągu pięciu lat służyłem lojalnie mojej ludowej ojczyźnie, starając się według najlepszego mego rozumienia wypełniać moje obowiązki i jako pisarz, i jako attaché kulturalny w Stanach Zjednoczonych i we Francji. Przychodziło mi to tym łatwiej, że cieszyłem się, iż półfeudalna struktura Polski została złamana, że robotnicza i chłopska młodzież zapełnia uniwersytety, że została przeprowadzona reforma rolna, a Polska zmienia się z kraju rolniczego w przemysłowo-rolniczy”[11]. „Byłem dumny z osiągnięć mego narodu w dziele odbudowy kraju. Cieszyłem się, że rosną nowe domy Warszawy i dymią kominy Śląska”[12]. Kilkanaście miesięcy później, w liście do Juliusza Mieroszewskiego, Jerzy Giedroyc pisał o Miłoszu: „On w gruncie rzeczy jest całkowicie pod wpływem marksizmu i różni go od emigracji fakt, że my w większości, rozpatrując sprawę polską, wychodzimy z sytuacji, jaką zostawiliśmy za sobą w 1939 roku, a on wychodzi z sytuacji obecnej i dlatego jego głównym zainteresowaniem jest sprawa, dlaczego komunizm «nie działa» i co należy zrobić i w jakim sensie go «odstalinić», by działał”[13].

Diagnoza Giedroycia wydaje się niezwykle trafna. Argumenty, które według Miłosza zdecydowały o jego ucieczce, są w znacznej mierze argumentami bardziej przeciwko konkretnym praktykom stalinowskiego terroru niż przeciwko ideologii komunistycznej jako takiej. „Zrobiłem to w chwili, kiedy naśladowanie wzorów sowieckich stało się w Polsce obowiązujące dla pisarzy” . „Dopiero pomoc ze strony ludzi rządzących w Warszawie ułatwiła mi zerwanie więzów. Pomoc ta wyraziła się w tym, że użyto wobec mnie podstępów, zastawiono pułapki, zmuszono, stosując siłę, do ohydnych kłamstw i otoczono mnie szpiclami. Jednym słowem użyto wszelkich klasycznych metod, które ongiś w Rosji doprowadziły do śmierci Puszkina, Lermontowa i Majakowskiego”[14]. Można zresztą zaryzykować zapewne jeszcze mocniejszą tezę – że również zło stalinizmu Miłosz dostrzegł dopiero wtedy, gdy odczuł je na własnej skórze.

Motywy wymieniane przez Miłosza dotyczą w daleko większej mierze jego osobistej sytuacji, niż ogólnej oceny ustroju. „Naczelnym obowiązkiem poety jest mówić prawdę. Jeżeli on, któremu jest dany wielki dar, dar słowa, zgodzi się na rolę płatnego nadwornego błazna, któż będzie spełniał zaszczytną funkcję mówienia prawdy, jaka od wieków była powołaniem poetów? […] Dopóki w Polsce nie było ani w życiu, ani w literaturze niewolniczego naśladowania wzorów rosyjskich – można było działać i pisać. Dzisiaj jednak wiemy, że wszystko, co się dzieje w Rosji, jest uważane za doskonałe i jest kopiowane w Polsce w najdrobniejszych szczegółach. Ja, godząc się na stanowisko dobrze płatnego poety, musiałbym, tak jak inni pisarze, wziąć na swoje sumienie pochwałę Rosji i przekonywać moich czytelników, że ustrój, który tam się ustalił, daje ludziom szczęście. Ja wiem, że to jest nieprawda”[15].

Postacie z wodewilu

List do rodaków i artykuł Miłosza w „Kulturze” przeszłyby może bez większego echa, gdyby nie jedno, być może pochopnie zapisane, zdanie. Zdanie to brzmiało: „Poza tym mój stosunek do politycznej emigracji polskiej był co najmniej ironiczny: na kimś, kto rozumiał dynamikę przemian zachodzących w Polsce, spory kilkuosobowych stronnictw robiły wrażenie bezużytecznej zabawy, a same postacie tych polityków wyglądały na figury z wodewilu”[16]. Czy Miłosz mógł nie liczyć się konsekwencjami użycia takiego sformułowania, jawnie wymierzonego w „polityczną emigrację polską”, w liście de facto zgłaszającym akces do tej emigracji? A może chciał w ten sposób podkreślić swoją odrębność, może obawiał się wtłoczenia w – prawdziwy lub wyimaginowany – wizerunek polskiego emigranta? W dużej mierze jego niechęć do środowisk emigracyjnych wynikała zapewne z faktu, że owa emigracja w jego oczach symbolizowała Polskę sprzed 1939 roku, Polskę, której upadek Miłosz przyjmował z satysfakcją. „Nie jestem reakcjonistą i nie marzę do powrotu do gospodarczych i społecznych stosunków sprzed 1939 roku” – pisał w liście do Polaków w kraju. „Ojczyzna moja, wierzę w to, powinna należeć do polskiego ludu, a nie do jaśniepanów”[17].

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. W londyńskich „Wiadomościach” z 3 czerwca 1951 roku, w swojej rubryce „Silva Rerum”, artykuł Miłosza skomentował Mieczysław Grydzewski, redaktor naczelny tygodnika. „Pan Miłosz pisze o swoim «ironicznym» stosunku do «politycznej emigracji polskiej», która sprowadza się dla niego do «sporów kilkuosobowych stronnictw» – pisze Grydzewski. „Taki drobiazg że na tę «polityczną emigrację» składają się nie tylko «kilkuosobowe stronnictwa», ale kilkaset tysięcy Polaków, którzy już w roku 1945 nie wrócili do Kraju dla tych samych powodów, dla jakich p. Miłosz zdecydował się nie wrócić dopiero w roku 1951 (po sześcioletniej «lojalnej» służbie), uszedł jego uwagi. Uwagi aroganckiego ex-ezoteryka uszło nawet i to, że gdyby nie ta tak «ironicznie» traktowana przez niego «polityczna emigracja», nie byłoby i świetnej «Kultury», która wspaniałomyślnie otworzyła mu swoje łamy”. Grydzewski zarzuca Miłoszowi przede wszystkim megalomanię i brak pokory. „Odstępstwo p. Miłosza od progów «Nowej Wiary» jest samo w sobie faktem bez znaczenia, odstępstwa tego rodzaju będą się mnożyły, przyjdzie chwila – może już niedaleka – kiedy przybiorą rozmiary żywiołowego zjawiska – lawiny” – czytamy w artykule. „Ale wykład p. Miłosza w polskim piśmie emigracyjnym był całkowicie zbyteczny. Jeśli po sześciu latach wiernej służby niewoli, p. Miłosz wybrał wolność, powinien był wraz z tą wolnością wybrać co najmniej sześcioletnie milczenie”[18]. Komentarze w podobnym tonie ukazały się również w innych pismach emigracyjnych, między innymi w tygodniku „Orzeł Biały”, oraz w gazecie „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”, który, cytując późniejszy artykuł Mieroszewskiego, „skwitował wypowiedź Miłosza złośliwą uwagą, że gdyby jeszcze rok popracował dla reżimu, «Kultura» poświęciłaby mu zapewne cały numer” [19].

Środowisko „Kultury” i sam Miłosz reaguje dwojako na – łagodnie mówiąc – nieprzychylne komentarze londyńskiej emigracji. W wakacyjnym numerze „Kultury” ukazała się krótka Odpowiedź Miłosza oraz obszerny artykuł Sprawa Miłosza Juliusza Mieroszewskiego. Miłosz ponownie bronił decyzji o pozostaniu w kraju przez pierwsze powojenne lata. „Błędem jest niedocenianie tej siły atrakcyjnej, jaką stanowi integracja pisarza w «demokracjach ludowych»: ma on tam «miejsce na ziemi», jest osobistością społecznie cenioną. Zerwać z krajem oznaczało więc dla mnie nie tylko dopuszczać myśl, że przestanę być twórczy jako poeta, ale zgodzić się na stracenie poczucia użyteczności”[20]. Swoje poglądy polityczne określa jako „na lewo i antystalinowsko”. A jednocześnie, nie może odmówić sobie krytyki swoich emigracyjnych oponentów. „Jeden szczególnie artykuł, w londyńskim tygodniku «Wiadomości», napełnił mnie prawdziwym smutkiem” – pisze Miłosz. „Nie dlatego bynajmniej, że oblano mnie tam pomyjami. W latach, które nas dzielą od roku 1939, widziałem wielu ludzi oddanych swoim drobnym przywiązaniom i nienawiściom, całkowicie nieświadomych, że ziemia oto otwiera się im pod stopami, a niebo się pali – i zawsze widok tego drobnego ludzkiego życia, które miało być zniszczone przez żywioł historii, budził we mnie smutek zmieszany ze zdumieniem. Biedni, biedni nierozumiejący. Widziałem ich, jak do ostatniej chwili porządkowali swoje bibeloty, złudzenia, dywaniki, antyki – a potem już tylko krew i płomień, i zgorzelisko. Ale forma małej pasji, małej troski, małej nienawiści jest trwała, zginie w jednym kraju, przeżywa w innym. I jakimś przekleństwem dziejów można chyba wytłumaczyć, że Polacy, jeżeli ręka władzy nie zmusi ich do zajmowania się filozofią i dialektyką, zawsze potrafią schronić się w lamus pełen słowników, herbarzy, senników i kalendarzy, między pamiątki minionego czasu”.

Mieroszewski, choć jego artykuł poświęcony był przede wszystkim obronie Miłosza, również nie szczędził złośliwości „Londynowi”. „Emigracja nie jest zamkniętym klubem, jak wyobraża sobie to p. Wielopolski i wielu innych” – argumentuje Mieroszewski. „Nie jesteśmy ani nową «kadrówką», ani legionem zasłużonych. Nie mamy również monopolu na przymiotnik «niepodległościowy», albowiem znakomita większość narodu polskiego zawsze była i jest niepodległościowa. Na emigracji słowo «niepodległościowy» zaczyna zatracać sens ogólnopolski, a staje się terminem słownictwa partyjnego. W myśl nomenklatury pism obozu rządowego określenie «niepodległościowy» przysługuje wyłącznie ugrupowaniom popierającym rząd. Jesteśmy o krok od tego, że oficjalnym niepodległościowcem będzie można być tylko z nominacji lub z nadania”[21]. A przy okazji „sprawy Miłosza”, Mieroszewski nakreślił linię podziału między środowiskiem „Kultury” a środowiskiem „Wiadomości”. Tą linią jest stosunek do komunizmu i do sytuacji w Kraju. „Popełniamy wielki błąd, sądzimy bowiem, że historia naszego antykomunistycznego nastawienia jest również historią ogólnopolskiego antykomunizmu. Dzięki temu formujemy sobie niezmiernie uproszczony pogląd na Kraj – uproszczony i fałszywy. Ponieważ na emigracji odrzucamy komunizm z zasady – uważamy, że Polacy w Kraju w 98 procentach również odrzucają komunizm z zasady, rezygnując z bliższego zapoznania się z teorią tej doktryny. […] Nie należy na emigracji budować fałszywego obrazu Kraju, albowiem Kraj nie oczekuje od nas cukierkowej sztancy, tylko prawdziwego zrozumienia jego dramatu” [22].

Miłosz jest zatem dla Mieroszewskiego – a także, jak możemy przekonać się z zachowanych listów, również dla Giedroycia – cenny nie tyle jako „ocalony” pisarz i poeta, ale przede wszystkim jako przybysz „stamtąd”, umożliwiający emigrantom lepsze zrozumienie sytuacji Polaków w kraju. „Cóż my wiemy tu, na emigracji, o tragediach polskich komunistów, którzy utracili wiarę? Dla których nie ma możliwości ucieczki na Zachód? O tysiącach zrozpaczonych, samotnych, szczutych, niepewnych ani dnia, ani godziny. Cóż wiemy o tych, którzy powędrowali w bramy bezpieki za «nacjonalistyczne odchylenie»? Co wiemy o dziesiątkach tysięcy powojennych półinteligentów, którzy nie mieli dość wiedzy, by odeprzeć ofensywę dialektycznej «nowej wiary», dość siły, by rozegrać jasno walkę o kształt własnego światopoglądu, którzy szamotali się w bezradnej samotności, nim ulegli przewadze komunizmu? Co wiemy o nowym pokoleniu polskim, chowanym od dziecka w bezkrytycznym kulcie dla «nowej wiary» i w pogardzie dla łacińskiego Zachodu? Nie wolno się nam ani od tego odciąć, ani załatwić tej sprawy kilkoma okrągłymi frazesami. To jest polska Historia, tragiczna treść dziejów naszego narodu na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia”.[23]

Mieroszewski nie usprawiedliwia w swoim tekście współpracy Miłosza z komunistycznymi władzami, ale jego wyjaśnienia uważa za wystarczające. „Sam fakt zerwania z komunizmem nie może rozgrzeszać z poprzedniej służby dla reżimu. […] Jeżeli chodzi o zdradę, nie ma okoliczności łagodzących. […] Pisarz, którzy współpracował z reżimem i wierzył w komunizm, ma przed sobą tylko jedną drogę: oświadczyć publicznie, że stracił wiarę w ideologię «nowej wiary» i że pragnie służyć sprawie wolności. Miłosz tak postąpił. W swym odczycie wygłoszonym w Paryżu oświadczył, że pragnie służyć ideom reprezentowanym przez Zachód i poddał druzgocącej krytyce instytucję «nowej wiary». Należy to docenić. Nie są to akty ani łatwe, ani proste”. (…) „Pisarz nie jest agentem bezpieki (w każdym razie nie musiał nim być!) i jego kolaboracja polega na tym, że swym piórem służy idei komunistycznej. Jeżeli publicznie zrywa z komunizmem i pióro swoje zwraca przeciw «nowej wierze» – czegóż można więcej od niego wymagać?” [24].

Były poputczik Miłosz

Dla londyńskich „niezłomnych”, odpowiedź Miłosza nie okazała się jednak dość przekonująca. W listopadowych „Wiadomościach” ukazał się wyjątkowo napastliwy artykuł Sergiusza Piaseckiego Były poputczik Miłosz, w którym autor przypomina i podkreśla, że nowy mieszkaniec Maisons-Laffitte nie jest tylko poetą, ale że jeszcze do niedawna był „dyplomatą Bierutowym”. Piasecki pisze między innymi: „Miłosz rozczula do łez swym strasznym losem aktualnego «samobójcy», który wybrał gorzki chleb emigracyjny, by tylko nie iść na kompromis ze swym sumieniem poety. I znikła gdzieś w tumanie słów i frazesów istotna postać poputczika, który przez wiele lat reprezentował za granicą narzucony Polsce rząd bolszewicki jako prawowitą władzę, opartą na demokracji ludowej i prowadzącą Polskę w krainę socjalizmu”[25]. Dla publicysty „Wiadomości” fakt współpracy z ustrojem totalitarnym – każdym ustrojem totalitarnym – jest okolicznością jednoznacznie wykluczającą troskę o swój kraj. „Czy możemy sobie wyobrazić Polaka, który by w razie zwycięstwa Hitlera i stworzenia przez niego przemocą w Polsce ustroju nazistowskiego, reprezentował ten ustrój za granicą, jako attaché kulturalny, i twierdził poważnie, że służy Polsce?” (tamże).

Autor artykułu, cytując fragmenty Lat nadziei Stanisława Mackiewicza, przypomniał również opinię o całej „grupie wileńskiej”, której przedstawicielem był Miłosz: „Było mi smutno i wstyd, że bolszewizm w Wilnie szerzyła grupa utalentowanych młodych ludzi najautentyczniej wileńskiego pochodzenia, których same nazwiska przypominały stronice Pana Tadeusza lub Pamiętniki Kwestarza. […] I to ci ludzie, którzy powinni byli najlepiej rozumieć miłość kraju, pierwsi sprowadzali na niego infekcję wroga, zdradzali go, sprzedawali, sprzedawali także siebie bez godności, o ile gorzej niż zwykła kurwa”[26].

Piasecki kwestionował nawet dotychczasowe osiągnięcia Miłosza jako poety, ich podkreślanie uważając za element „wybielania” jego życiorysu. „Gdy Miłosz porzucił stanowisko dyplomaty regime’owego, z miejsca rozpętał olbrzymią reklamę (technika bolszewicka) dokoła swego wyczynu i swej wielkości jako poety. «Głos Ameryki» i «Kultura» wołają, że to wielki poeta, a sam Miłosz nie szczędzi sobie pochwał wszelkiego typu. Wyliczył kogo przekładał, lecz skromnie opuścił pozycje najciekawsze, na przykład Przekłady z Poezji Chin Ludowych […]. Zbiór tych ludowych perełek rozpoczyna wiersz Mao Tse-tunga Śnieg. Imponujące! Ale ja nie mogę wpaść w zachwyt, skoro jako poeta Miłosz jest już starą kobyłą, bo łupi swe wiersze od dwudziestu lat, możliwości rozwoju miał rozległe a nie napisał jeszcze nic takiego, co by dorównywało na przykład wierszom Łobodowskiego” (tamże).

W swoim ataku na Miłosza Piasecki wydaje się niekiedy przekraczać granice dopuszczalne w nawet najgorętszym publicystycznym ferworze. „Interesujące jest zdanie Miłosza o Rosjanach: «Kontakt z obywatelami tego kraju jest trudny, wspomnienia jakie zostawiła armia wyzwalająca, nadmiernie skłonna do grabieży, złodziejstw i gwałtów – niemiłe». Tylko «niemiłe»?!… A armia – naturalnie «wyzwalająca». Grabież zaś, złodziejstwa i gwałty (wyzwolicieli) tylko dlatego są Miłoszowi niemiłe, że nadmierne. Co innego jeśliby robili to umiarkowanie, według planu leninowsko-stalinowskiego. Gdyby dziś, na przykład, zgwałcili Putramenta, jutro Jędrychowskiego, potem Broniewskiego, później Gałczyńskiego, następnie Miłosza, może by to nawet było miłe” (tamże).

Piasecki nie tylko nie aprobuje postawy Miłosza po zerwaniu z komunistycznym reżimem, ale wręcz dostrzega potencjalne zagrożenie wynikające z tej postawy. „Uważam, że Miłosz nadal jest niebezpieczny dla sprawy polskiej i sprawy wolnego świata, walczącego z bolszewizmem” – pisze Piasecki. „Może bardziej niebezpieczny teraz niźli na poprzednim stanowisku dyplomaty regime’u warszawskiego. Jeśli wówczas szerzył informacje o tym, że Polska ma obecnie ustrój demokratyczny i dąży ku socjalizmowi, dawniej zaś była zacofana, półfeudalna – mogło to być uważane za propagandę urzędową. Jeśli teraz będzie szerzył takie pojęcie o Polsce – będzie to brzmiało jak prawda”[27].

Reakcja środowiska „Kultury” na pamflet Piaseckiego była zdecydowana. W grudniowym wydaniu miesięcznika z końca 1951 ukazało się Oświadczenie pisarzy w obronie Czesława Miłosza w związku z kampanią przeciwko niemu w prasie polskiej na emigracji, podpisane przez dwudziestu czterech autorów. „Liczne głosy prasy emigracyjnej wywołane tak zwaną sprawą Miłosza, wśród których nie brak napaści szkalujących, jak artykuł w londyńskich «Wiadomościach«» nr 292 i prób zorganizowania nagonki – zmuszają nas do powtórnego sformułowania poglądu na zagadnienie nowych emigrantów” – czytamy w tekście[28]. Autorzy oświadczenia – wśród nich między innymi Jerzy Giedroyc, Józef Czapski, Juliusz Mieroszewski, Melchior Wańkowicz i Andrzej Bobkowski – podkreślają przede wszystkim, że dwunastoletnie odcięcie emigrantów od kraju uniemożliwia w pełni osąd aktualnej sytuacji w Polsce, a przez to nie pozwala również na w pełni wiarygodną ocenę motywów osób decydujących się najpierw na współpracę z komunistycznym reżimem, a później na zerwanie z nim i emigrację. „Sąd o nowych emigrantach musi być wydany w pierwszym rzędzie na podstawie ich działalności i ich zachowania na emigracji” – piszą autorzy oświadczenia. „Stosunek nasz do nich powinien być bez uprzedzenia i gorzkich urazów, lecz pełen życzliwej czujności. Jeżeli nowo przybyły emigrant współpracował aktywnie z reżimem, mamy prawo oczekiwać od niego, że przedstawi swą sprawę publicznie. Nie mamy jednak prawa domagać się od niego upokarzających «pokajań» na wzór procesów sowieckich. Nie mamy również prawa żądać, by się zdeklarował po stronie jednego z licznych obozów politycznych na emigracji. Posiada on prawo, tak jak każdy uchodźca, do kształtowania sobie własnej opinii, dotyczącej wszystkich zagadnień, jak również i naszej działalności, i wybrania własnej, zgodnej z jego sumieniem, drogi walki”[29].

Przepaść istotna

Po kulminacji w 1951 roku „sprawa Miłosza” stopniowo przestała rozpalać publicystów zarówno paryskiej „Kultury”, jak i londyńskich „Wiadomości”. Jej echa powracały jednak w kolejnych latach. W 1957 roku, na wieść o przyznaniu Miłoszowi literackiej nagrody im. Herminii Naglerowej, Sergiusz Piasecki demonstracyjnie ogłosił zamiar wystąpienia z Zarządu Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. W czerwcu 1959 roku Miłosz napisał w liście do Giedroycia: „jest istotna przepaść pomiędzy londyńską emigracją a Polską, a także tragedia Grydza, bo czytelnik pism literackich w Polsce jest o wiele inteligentniejszy (nie mówię, że bardziej wykształcony, ale to co innego) niż czytelnik, na jakim zastygł Grydz”.[30]

Traf chciał, że zaledwie kilka miesięcy później „czytelnicy, na jakich zastygł Grydz” wskazali Miłosza jako jednego z laureatów zorganizowanego przez „Wiadomości” plebiscytu „Kogo wybralibyśmy do emigracyjnej akademii literatury polskiej gdyby taka literatura powstała?”. W odpowiedzi na ogłoszone w tygodniku wyniki plebiscytu, poeta przesłał do Grydzewskiego list, opublikowany w „Wiadomościach” 8 listopada 1959 roku. „ Wybaczy pan, ale jakkolwiek całkowicie doceniam urok zabaw w akademię literatury, bynajmniej ich nie pochwalam. Nie mogę też powstrzymać się od zadania paru pytań. Jeżeli prawdą było choćby w części to, co drukował pan niegdyś w swoim piśmie na temat mojej osoby, czy ma pan ochotę zasiąść ze mną przy jednym stole? Czyżby głosy czytelników, oddane na mnie w pańskim plebiscycie, nagle zmieniły w kogoś innego niż byłem i jestem? Jeżeli natomiast to, co drukował o mnie, było przesadą, zapewne obyczaj kraju, w którym pan przebywa, doradza w takich wypadkach powiedzieć: I apologize albo: I am sorry, jednakże w swoim liście do mnie, nie udzielając uwagi sprawom minionym, kreśli się pan z wyrazami wysokiego szacunku. Mam nadzieję że nie posądzi mnie pan o żmudzką pamiętliwość, jeżeli poproszę o wykreślenia mego nazwiska z listy członków jury”[31].

W tym samym numerze tygodnika ukazała się odpowiedź Grydzewskiego. „W odpowiedzi na pytania Czesława Miłosza redaktor stwierdza że nie on, ale czytelnicy «Wiadomości» powołali Miłosza do jury nagrody «Wiadomości»: że zawiadomienie Go o tym było elementarnym obowiązkiem redaktora: że w listach swoich redaktor przestrzega form kurtuazyjnych (więc przy zwracaniu się do kogoś, pisania słowa «Pan» dużą literą i kończenia listu formułą „Z wysokim szacunkiem”); że w związku z tym co drukował o Miłoszu nie mógłbym powiedzieć ani I apologize, ani I am sorry; że istotnie niektóre sądy o Miłoszu, wypowiadane w «Wiadomościach», jak na przykład ten że jest pisarzem większym od Prousta, były przesadne oraz że miałby ochotę (aczkolwiek nie bezgraniczną) zasiąść z Miłoszem przy jednym stole”[32].

Tekst ukazał się pierwotnie w tece 32-33 „Pressji”


[1] Maciejewski, Jan / Mazur, Krzysztof. 2012. „Tamiza wpada do Wisły”. „Pressje” 30-31: 16-27
[2] Moroz, Jakub. 2012. „Czułość i nieprzejednanie”. „Pressje” 30-31: 28-40
[3] Rzegocki, Arkady. 2012. „Zapomniana stolica Polski”. „Pressje” 30-31: 10-13
[4] Kornat, Marek. 2008. „Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz. Listy 1952-1963”. Warszawa: Czytelnik, s. 9
[5] Tamże, s. 19
[6] Tamże, s. 69
[7] Supruniuk, Mirosław. 2003. „Zagadki Czesława Miłosza. Rok 1951 – wstęp do opisu”. „Kresy – Kwartalnik Literacki” 2-3: 54-79.
[8] Op. cit, Kornat 2008, s. 733
[9] Tamże, s. 717
[10] Tamże, s. 735
[11] Tamże, s. 718
[12] Tamże, s. 734
[13] Tamże, s. 18
[14] Tamże, s. 735
[15] Tamże, s. 734
[16] Tamże, s. 718
[17] Tamże, s. 734
[18] Grydzewski, Mieczysław. 1951. „Silva Rerum”. „Wiadomości” 22 (270): s. 4
[19] Habielski, Rafał. 2012. „Juliusz Mieroszewski. Listy z Wyspy. ABC polityki „Kultury”. Paryż – Kraków: Instytut Literacki Kultura – Instytut Książki, s. 35
[20] Op. cit. Kornat 2008, s. 731
[21] Cytat za Habielski, 2012, s. 41
[22] Tamże, s. 34-41
[23] Cytat za: Habielski 2012, s. 37
[24] Tamże, s. 39-40
[25] Piasecki, Sergiusz. 1951. „Były poputczik Miłosz”. „Wiadomości” 44 (292): 3
[26] Tamże, s.3
[27] Tamże, s.3
[28] Op. cit, Kornat 2008, s. 745
[29] Tamże, s. 745
[30] Tamże, s. 349
[31] Miłosz, Czesław. 1959. „Przed przyznaniem nagrody „Wiadomości””. „Wiadomości” 45 (710), s. 6
[32] Grydzewski, Mieczysław. 1959. „Przed przyznaniem nagrody „Wiadomości””. „Wiadomości” 45 (710), s. 6


Kategorie:Teksty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: