Czesław Miłosz – „Odpowiedź” [1951]

W związku z moim artykułem w majowym zeszycie „Kultury” wypowiadano pewne uwagi na łamach pism emigracyjnych. Uwagi te wydają mi się interesujące, dlatego spróbuję się nad nimi w liście zastanowić.

1)      Od września 1939 upłynęło niemal dwanaście lat i w chwili obecnej istnieje już zasadnicza trudność porozumienia się pomiędzy Polakami z kraju i Polakami z emigracji. Zdawałoby się, że będąc wychowankiem przedwojennej szkoły i przedwojennego uniwersytetu, nie odbiegam szczególnie sposobem myślenia od ludzi, którzy wyjechali z Polski w r. 1939, mimo że przez te lata byłem związany z krajem. Tak jednak nie jest. Coż mówić o młodszych, uformowanych w Polsce w zupełnie innych warunkach. Trzeba stwierdzić ten fakt, jak myślę, bardzo ważny.

2)      To samo zdanie może mieć dwa różne znaczenia dla dwóch czytelników przebywających w różnych „aurach”. Biorąc np. fragmenty jakiegoś artykułu i pokazując je czytelnikowi z emigracji, a także czytelnikowi z Polski, można by przeprowadzać ciekawe testy. Miałem sposobność zauważyć, że wielu Polaków przebywających na Zachodzie uważa za „nudę”, „banał” i „doktrynertstwo” pewne sformułowania, które przez czytelników w kraju są uważane za śmiertelnie poważne sprawy (słowa „śmiertelnie” nie używam jako ornamentu). Tym prawdopodobnie można wytłumaczyć często spotykane u Polaków „zachodnich” lekceważenie dla głębokich przemian świadomości, jakie zachodzą w Polsce.

3)      To, że wszyscy „zachodni” są antystalinistami, nie oznacza, że wszyscy mają te same racje do potępiania stalinizmu. Jeden człowiek nie kąpie się w rzece, bo zabronił mu lekarz, drugi, bo nie umie pływać, inny, bo sądzi, że w rzece są złe duchy, które wciągają za nogi, jeszcze inny, bo po ostatniej kąpieli dostał wysypki. Moim zdaniem słabo usprawiedliwiona jest niechęć do prób udzielenia odpowiedzi na pytanie dlaczego stalinizm jest zły. „Myśmy to dawno wiedzieli” nie rozwiązuje niczego. Gdyby rozwiązywało, ilość zwolenników stalinizmu na świecie nie powiększyłaby się w ostatnich latach o ładną garstkę milionów.

4)      Zasadniczym motywem, który powtarza się w artykułach na temat mojej „ucieczki”, jest pytanie, dlaczego przez tyle lat służyłem rządowi warszawskiemu i dlaczego „przejrzałem” tak późno. Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba by przede wszystkim stwierdzic, że w kraju nikt nie mógłby go postawić, bo tam uważane jest za pewnik, iż miejsce pisarza jest z narodem, a pisarz, który oderwie sie od swoich czytelników, niszczeje. Doświadczenie lat wojny, którą spędziłem w Warszawie, utwierdza mnie w przekonaniu, że teza ta jest na ogół słuszna. Gdybym nie miał za sobą lat pod okupacją niemiecką, byłbym człowiekiem wewnętrznie uboższym. Z tej perspektywy mój problem moralny nie polegał na poczuciu winy, że służę (wszyscy służą), ale na poczuciu, że winą byłoby odrywanie się od dwudziestu czterech milionów ludzi, tzn. wykorzystywanie sytuacji uprzywilejowanej: możności ucieczki dzięki pobytowi za granicą.

Jeżeli już ktoś chce wniknąć w powody, dla których służyłem, oto one w skrócie. Gdybym zebrał swoje wiersze, przekłady i artykuly o literaturze, wydrukowane w ciągu tych lat w kraju, złożyłyby się one na kilka książek. Możność dania młodemu człowiekowi z Mławy czy Grodziska prac literackich wykonanych według pewnych uczciwych założeń jest warta królestwa. Jest to jedyny możliwy, jak sadzę, cel pisania w polskim języku.

Sytuacja w kraju rozwijała się w kierunku coraz surowszych rygorów. Nie mogła ukazać się, z powodów politycznych, antologia poezji angielskiej od Chaucera do T.S. Eliota, ktorą przygotowywałem. Z tych samych powodów nie mogą sie ukazać antologia moich przekładów z poezji angielskiej, amerykańskiej, francuskiej i południowoamerykańskiej, nie próbowałem również zebrać w książce swoich artykułów literackich, a wydawać nowego tomu wierszy nie chciałem, aby uniknąć segregacji utworów według kryteriów, którym byłem przeciwny.

W artykułach byłem zmuszony robić coraz większe koncesje linii ortodoksyjnej. Niektóre artykuły, przychylne dla Zachodu, odrzucano, inne przerabiano. Zerwałem z krajem w chwili, kiedy przekonałem się, że muszę swoje wiersze dostosować do wymagań socrealizmu, czego nigdy nie robiłem. Słusznie czy niesłusznie na zerwanie z krajem patrzyłem jako na koniec mojej działalności jako poety i tłumacza poetów.

Błędem jest niedocenianie tej siły atrakcyjnej, jaką stanowi integracja pisarza w „demokracjach ludowych”: ma on tam „miejsce na ziemi”, jest osobistością społecznie cenioną. Zerwać z krajem oznaczało więc dla mnie nie tylko dopuszczać myśl, że przestanę być twórczy jako poeta, ale zgodzić się na stracenie poczucia użyteczności.

Co do moich poglądów politycznych, to znów trzeba zauważyć, że przedwojenne czy też obowiązujące dziś na Zachodzie podziały nie mają w kraju większego znaczenia. Jesteśmy w epoce, w której zaczyna obowiązywać zasada cuius regio, eius religio. Gdybym musiał siebie określić, to określiłbym tak: na lewo i antystalinowsko. Ale to jest pozycja setek tysięcy ludzi w kraju. Na ogół w sferach intelektualnych w Polsce przeważa opinia, że chcąc coś pożytecznego zrobić, trzeba pić, choćby krzywiąc się z niesmakiem, bo jest jak jest, to jest rzeczywistość. Rozpowszechniony jest fatalizm historyczny, a sprawa Polski nie jest oddzielana od sprawy całej Europy.

Chciałem pić do końca, tak jak piją inni w kraju, ale nie potrafiłem. Żadna ludzka decyzja nie jest możliwa do wybstrahowania, tj. do wytłumaczenia tylko jedną przyczyną. W moim wypadku główną jednak przyczyną była zwykła niemożność, sięgająca daleko w głąb do moich odruchów etycznych, religijnych i estetycznych, o których mówić tu nie będę.

Jeżeli moja droga życiowa jest zygzakowata (bo wrzucony zostałem w niezwykłe wypadki historyczne), to moja droga poetycka wydaje mi się dość konsekwentna. Nie mam potrzeby zapierać się żadnych swoich wierszy pisanych w ciągu ostatniego dziesiątka lat, włączając w to również utwory najbardziej nawet „treściowe” i zjadliwe. Istnieją sfery działania, w których mozna uprawiać kompromisy, i sfery działania, w których na żaden kompromis iść nie wolno. Dla poety tą sferą jest jego poezja. Czy potrafię pisać wierszem na emigracji, tj. widzieć swojego polskiego czytelnika, nie wiem.

5)      Jeden szczególnie artykuł, w londyńskim tygodniku „Wiadomości”, napełnił mnie prawdziwym smutkiem. Nie dlatego bynajmniej, że oblano mnie tam pomyjami. W latach, które nas dzielą od r. 1939, widziałem wielu ludzi oddanych swoim drobnym przywiązaniom i nienawiściom, całkowicie nieświadomych, że ziemia oto otwiera się im pod stopami, a niebo się pali – i zawsze widok tego drobnego ludzkiego życia, które miało być zniszczone przez żywioł historii, budził we mnie smutek zmieszany ze zdumieniem. Biedni, biedni nierozumiejący. Widziałem ich, jak do ostatniej chwili porządkowali swoje bibeloty, złudzenia, dywaniki, antyki – a potem już tylko krew i płomień, i zgorzelisko. Ale forma małej pasji, małej troski, małej nienawiści jest trwała, zginie w jednym kraju, przeżywa w innym. I jakimś przekleństwem dziejów można chyba wytłumaczyć, że Polacy, jeżeli ręka władzy nie zmusi ich do zajmowania się filozofią i dialektyką, zawsze potrafią schronić się w lamus pełen słowników, herbarzy, senników i kalendarzy, między pamiątki minionego czasu.

Źródło: „Kultura”, 7-8 / 1951



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: