Bolesław Prus – „Od upadku do odrodzenia” [1912]

Z rozmaitych stron i coraz częściej rozlegają się głosy biadające nad moralnym i umysłowym upadkiem naszej młodzieży. Jedni dbają tylko o powiększenie dochodów osobistych, ażeby następnie zmarnować je w sposób najprzyjemniejszy; drudzy topią dnie i lata w marzeniach i rozprawach nie mających wartości praktycznej. Ci i tamci dzielą się na partie i partyjki, w najlepszym razie obojętne, czasami żrące się między sobą, ci i tamci zrywają węzły z dawniejszymi pokoleniami, ci i tamci nie dbają o sprawy społeczne, choć niektórym może się zdawać, że właśnie pracują dla dobra społecznego.

Nurtuje nas jakaś niemoc; ale nie tylko młodzież jest nią dotknięta. Niemoc tę czuje się wśród wszystkich klas, we wszystkich dziedzinach życia narodowego. Nędza obok zbytku, bandytyzm obok wyzysku, handel polskimi kobietami i bezładna emigracja pracowników, napływ nowożytnych hunnów, zwanych „litwakami”, i wyślizgiwanie się majątku nieruchomego z rąk polskich, powszechna ciemnota i chorobliwa literatura, podkopywanie uczuć religijnych i lekceważenie nauk ścisłych, mała pracowitość w ogóle i prawie cisza o polskich odkryciach czy wynalazkach, oto obraz naszego bytu, malowany może zbyt jaskrawo, lecz nie bardzo odbiegający od rzeczywistych stosunków.

Chaosowi społecznemu odpowiada– chaos w duszach jednostek. Człowiek średniej inteligencji nie bardzo wie, na co się ma zdecydować, co wybrać. Pieniądz czy naukę, ciasny nacjonalizm, dziki socjalizm czy wygodny kosmopolityzm, bigoterię czy ateizm, anty- czy filosemityzm, żałobę czy tańce? I tak dalej, aż do nieskończoności.

Podobny ferment, przynajmniej pod niektórymi względami, odbywa się w całej Europie. Wszędzie słychać o rozpuście i nędzy, wyzysku i występku, nacjonalizmie i socjalizmie, o bigotach i ateuszach. Ale między nami a resztą cywilizowanego świata istnieją głębokie różnice. Tam bowiem, ponad chaosem sprzecznych uczuć, poglądów i interesów, góruje: szkoła, sąd, instytucje administracyjne, parlament, niekiedy kościół, niby nadmorskie latarnie, w których płonie i świeci dusza narodu. U nas duch społeczny nie ma podstaw materialnych, nie ma tych widzialnych krat, których czepiałyby się jego niewidzialne gałązki.

Innymi słowy: nasz społeczny organizm nie posiada jedności faktycznej; jeżeli zatem chce istnieć i rozwijać się, musi zdobyć potężną jedność ideową. Tę ideową jedność trzeba – nie tyle stwarzać, gdyż elementy jej istnieją, ile raczej – wydobyć spod stosu partyjnych albo chwilowych interesów i zbliżyć do siebie rozmaite części, ażeby wytworzyła się jedna całość: dusza społeczna.

Brak duchowej spójności istnieje nie tylko u nas, nie tylko u nas wołają o jakieś jędrniejsze ideały. „Przed dziesięcioma laty – mówi pan B. Gohier w „Journalu” – wszyscy dopominali się o wolność; dzisiaj cały świat czuje potrzebę ładu i karności… Od Chin do Turcji, od San Francisco do Londynu, u rewolucjonistów, którzy chcą wywołać przewrót, i u Francuzów, którzy pragną zachować ojczyznę, wszyscy czują, że aby nie umrzeć, aby nie zginąć, potrzebna jest karność. Karność twarda, karność żelaznej ręki i żelaznej woli.”

Czymże jest owa karność, która narody ma ocalić śmierci?

Jest to – poddanie się pewnym przepisom, pewnym prawidłom, które nakazują działać porządnie, celowo, uczciwie, solidarnie – naszemu umysłowi, uczuciom i woli.

Rzecz szczególna, a dla nas może pocieszająca. Zanim francuski publicysta urbi et orbi wygłosił poglądy o potrzebie karności, na kilka tygodni przedtem otrzymałem list, z którego niektóre zdania powtórzę: „Jestem uczniem klasy trzeciej szkoły handlowej w… – pisze autor.

– Powiem wprost: chcę wyzwolenia, chcę być energicznym, silnym… chcę być typem napoleonisty… Skrzętnie czytam artykuły, w tym kierunku pisane… Chcę być, powtarzam, typem napoleonisty, chcę tężyzny ducha i… ramienia. Chcę żyć intensywnie, być dobrym, czystym, idealnym, chcę być jednostką pożyteczną ojczyźnie i rodzinie… chcę żyć. Proszę o rady, nikt mnie bowiem nie słyszy ani rozumie.”

Jestem głęboko przekonany, że w kraju naszym więcej znaleźć można tego rodzaju młodzieży, że nawet istnieją całe prądy podobnych uczuć i pragnień. Dowodzą one, iż pomimo chaosu duch społeczny jeszcze nie uległ zwyrodnieniu, a z drugiej strony – domagają się poważnych wskazówek.

Radzić!… Wskazywać drogi!… Czy jednak istnieje taki pogląd, taka teoria, która stanowiłaby cel dążeń dla jednostek i społeczeństw, której urzeczywistnienie zarówno ludziom, jak i narodom przyniosłoby największą sumę bezpieczeństwa, pomyślności, rozwoju materialnego i duchowego? A gdyby pogląd taki istniał, czy byłby on zrozumiały i wykonalny dla ludzi średnio inteligentnych, średnio energicznych, średnio uczciwych? To jest takich, którzy wprawdzie popełniają błędy w życiu (kto jest bez grzechu!), lecz mają poczucie cnoty i pragnęliby być lepszymi.

Owszem, taki pogląd, takie ideały istnieją i prawie nie ma, przynajmniej w świecie chrześcijańskim, średnio oświeconego człowieka, który by o nich nie słyszał, choć może nie zastanawiał się nad nimi.

Takim ideałem jest religijna definicja Boga i Jego stosunku do człowieka.

Cóż to jest Bóg? Jest to Twórca i Stwórca wszystkich rzeczy, Wszechwiedny, Wszechpotężny, Wszechobecny, Wiekuisty i Miłosierny, a przy tym Sędzia Sprawiedliwy.

A co to jest człowiek? Jest to dziecię Boże, stworzone na obraz i podobieństwo Ojca, którego powinien naśladować. Gdy Go naśladuje, wówczas pracuje nad urzeczywistnieniem Królestwa Bożego na ziemi.

I tyle. W kilku wierszach streszcza się cała historia cywilizacji, najszlachetniejsze, najwznioślejsze dążenia ludzkie. Co robi budowniczy, wznoszący dom, inżynier, który most buduje, ogrodnik, który zasadza nowe drzewko, szewc, który szyje parę butów? Oni tworzą, dają początek rzeczom, które dotychczas nie istniały, więc – naśladują Boga. A co robi Descartes, twórca nowej geometrii, Newton, odkrywca powszechnego ciążenia, całe legiony odkrywców i badaczy nowych pierwiastków chemicznych, nowych związków? Pracują nad rozszerzeniem wiedzy ludzkiej w kierunku wszechwiedzy Boga. Kolumbowie, Magellanowie, Cookowie, czyliż nie ułatwili nam poznania i opanowania całej ziemi, wszechobecności na niej rodzaju ludzkiego? A czyliż nie to samo robią górnicy, marynarze statków podwodnych albo lotnicy, którzy wprowadzili obecność człowieka w podziemiach, w głębi wód, w przestworzach powietrznych? A motory parowe, wybuchowe, elektryczne czyliż nie potęgują sił człowieka?

Higieniści i bakteriologowie czy nie pracują nad przedłużeniem ludzkiego życia w kierunku wiekuistości Boskiej? Czy rozumna krytyka rzeczy, ludzi i samego siebie nie jest słabym odblaskiem Boskiego sądu? Czy istnieje człowiek, który nie łaknąłby sprawiedliwości nie tylko w parlamentach, ministeriach i trybunałach, ale także w poglądach? Czy nareszcie zmniejszenie okrucieństw wojennych i kodeksowych, zniesienie niewoli, równouprawnienie kobiet, troskliwość o dzieci, chorych i starców, szpitale, emerytury robotnicze nie są jakby promieniami Boskiego miłosierdzia?

Cokolwiek uczyniła cywilizacja, cokolwiek pragnie uczynić, do czegokolwiek zwraca twórcza lub badawcza myśl ludzka, za czymkolwiek tęskni utrapione serce, wszystkie te zamiary, wszystkie ideały od bardzo dawna tkwią w definicji Boga. Jest to skarbiec, z którego jeszcze będą czerpały najdalsze pokolenia w miarę pracy, odkrywając w nim coraz nowe bogactwa.

Lecz wobec tych kolosalnych zadań życie jednostki jest za krótkie, siły zbyt drobne. Jeden człowiek nie zbuduje mostu na rzece ani gmachu o kilkuset pokojach, nie przekopie międzymorza, nie przewierci tunelu. A zatem naśladownictwo Boskich przymiotów, urzeczywistnienie Królestwa Bożego na ziemi jest dla nas niedostępne? Na szczęście z pomocą ludzkiemu niedołęstwu przychodzą dwie potęgi, czas i solidarność, a te zadania, jakich nie może wypełnić słaby i znikomy człowiek, podejmuje naród. Naród jest to olbrzymi, silny, długotrwały budowniczy pewnej cząstki Królestwa Bożego na ziemi, na którego działalność składają się rozumy, uczucia, wole i czyny ludzi pojedynczych, o ile ludzie ci dążą do jednego celu, myślą według podobnych metod, o ile prace ich harmonizują ze sobą, wspierają się, sumują. Gdzie nie ma wspólnego celu, wspólnych metod, wzajemnej życzliwości, a choćby wspólnej komendy, tam działalność narodu zamienia się na burzę starć wewnętrznych, na rozkład i zgniliznę – zamiast pracy.

Oto dlaczego potrzebna jest „karność” społeczna, oto dlaczego – jak twierdzi pan B. Gohier – śmierć grozi narodom niekarnym, nie umiejącym zdobyć się na żelazną pracę i żelazną wolę. Zmarnieją, zginą, aby ustąpić miejsca mędrszym, energiczniejszym, solidarniejszym! I nikt nie będzie ich żałował, nikt nawet nie będzie miał prawa litować się nad nimi, bo nie wart żyć, kto nie spełnia woli Ojca Przedwiecznego, kto nie trudzi się nad urzeczywistnieniem gospodarki Bożej na ziemi.

Streszczam się. Jakież tedy obowiązki wynikają dla człowieka z rozważania przymiotów Boskich? Oto następujące:

Bądź twórczym: powołuj do istnienia zarówno w świecie materialnym, jak i duchowym takie rzeczy, takie dzieła, na jakie sama natura nie mogłaby się zdobyć.

Bądź potężnym: naucz się kierować nie tylko wypadkami zewnętrznymi, ale i sobą samym.

Rozszerzaj wiedzę swoją we wszystkich kierunkach, nie ograniczając się do roli biernego obserwatora. Bądź badaczem krytykującym, nie tylko poznawaj, co się dzieje, ale sądź i oceniaj wartość zjawisk.

Bądź wszędzie, staraj się zwiedzać jak najwięcej miejsc, wszystko, co istnieje, oglądaj własnymi oczami, dotykaj własnymi rękoma.

Żyj jak najdłużej, naprzód osobiście, dalej – w potomkach swoich, a nareszcie za pośrednictwem ideałów. Innymi słowy: służ ideałom najpowszechniejszym i najtrwalszym.

Nareszcie – bądź sprawiedliwym i miłosiernym. To znaczy: nie tylko oceniaj wszystko i każdego podług zasług, wedle czynów, lecz jednocześnie nie rób nikomu krzywdy. Owszem, staraj się pomagać, mnożyć radość, przynosić ulgę w cierpieniach.

Ideały te stanowią obowiązek przede wszystkim – narodów, tylko narody mają dosyć sił i czasu do możliwie pełnego urzeczywistnienia ich. Jednostki zaś, ludzie pojedynczy, są ledwo chwilowymi pracownikami w budowaniu królestwa Bożego, nie mogą spuszczać z oka najwyższych ideałów, winny pracować dla nich gorliwie, dokładnie, punktualnie i łącznie z innymi ludźmi.

Program ten wyrósł z religijnego gruntu, ale znajduje .się w zupełnej harmonii ze wszystkimi cywilizacyjnymi zadaniami ludzkości. Zrozumieć go może zarówno wieśniak, robotnik, kilkunastoletni wyrostek, jak i mędrzec. Nie jest on wyczerpujący, ponieważ nie wyliczyliśmy wszystkich przymiotów Boskich; w każdym razie jest dość bogaty i otwiera szerokie pole dla ludzkiej i społecznej działalności.

Zgoda! Ale cóż się stanie ze złem, z cierpieniem, z klęskami, które w życiu tak ważną i częstą odgrywają rolę?

Zło istnieje i posiada pierwszorzędną ważność. Gdyby na tym świecie działy się tylko pomyślne  wydarzenia,  gdyby  wszystkie  potrzeby  były  zaspokojone,  człowiek prawdopodobnie – nie robiłby nic i nie rozwinąłby swoich sił duchowych, swojej indywidualności. Dopiero dzięki zimnu pobudował on domy i uszył odzież, niebezpieczne morze nauczyło go sztuki żeglarskiej; ciężkość zmusiła do wynalezienia wozów i lokomotyw; opór ciał pobudził do wynajdywania narzędzi i mechanizmów wykonawczych. Śmiało można powiedzieć, że bez zła nie byłoby cywilizacji. Trzeba jednak pamiętać i wyraźnie napisać, że zło tylko wówczas przynosi korzyści, gdy przeciwstawiamy mu pracę. Pracę solidarną, celową, mądrą, uczciwą i wytrwałą. W przeciwnym razie zło pożera swoje ofiary, niby hiena trupy.

Przewiduję inny, złośliwszy zarzut. Od kiedy istnieją uczucia religijne, od tegoż prawie czasu kipią prądy antyreligijne, które w naszej epoce nabrały szczególnej potęgi i śmiałości. Bardzo zatem być może, iż kto zawoła: – Twój program, człowieku, na nic się nie zdał, wyrósł on z pojęć religijnych, więc jest przestarzały i szkodliwy!

Porozumiejmy się, jeżeli porozumienie jest możliwe. Gdyby dziś trzęsienie ziemi obaliło w gruzy kościół Świętego Piotra i Watykan, z pewnością przeznaczono by wielką pracę i wielkie sumy, aby wydobyć spod rumowisk dzieła sztuki, wiedzy i przemysłu, jakie tam zostałyby zagrzebane.

Podobnież, gdyby dziś rozsypała się suma wierzeń, uczuć, dążeń i praktyk stanowiących religię, należałoby za wszelką cenę wydobyć z gruzów duchowych wszystko, co dla ludzkości mogłoby być użyteczne. Za taką zaś użyteczność nieocenionej wagi poczytuję między innymi religijną definicję Boga.

Dobrze ja wiem, że geologii nie nauczy się od Mojżesza ani astronomii od Jozuego; wiem, że co innego jest bigoteria, co innego nauka; co innego nietolerancja, co innego zapał męczenników; co innego inkwizycja, a co innego religia. Ale wiem i to, że na zbudowanie gmachu religijnego składały się najwznioślejsze umysły i serca najszlachetniejsze i że na długi czas jeszcze religia, mądrze wykładana i uczciwie praktykowana, będzie tym świętym wychowawcą ludzkości, którego nic nie zastąpi.

Zresztą – możemy być o nią spokojni, już na trzy wieki przed Chrystusem Epikur wykładał, że – świat składa się tylko z atomów, a dusza po śmierci ulega rozkładowi. Już na pół wieku przed naszą erą śpiewał Lukrecjusz o uwolnieniu ludzi od obawy bogów i oswobodzeniu duszy od kajdan religijnych. W tej samej epoce trafiali się i arcykapłani rzymscy, według których „trudno nie wierzyć w bogów publicznie, można to jednak robić prywatnie”. Lecz cóż z tego? W dziewiętnaście wieków po Chrystusie myśliciel angielski, Beniamin Kidd, zapewnia, że „rozwój, powoli dokonywający się w ludzkości, ma przede wszystkim cechę raczej religijną aniżeli umysłową, i że rasa ludzka pod wpływem doboru naturalnego będzie się stawała coraz bardziej religijną”.

Wprawdzie cytujący go filozof francuski A. Fouillée protestuje przeciw temu, ale w jakiż sposób? „To moralna strona religii – mówi – przetrwa złudzenia wiary imaginacyjnej i uczuciowej i ta właśnie strona będzie się rozwijała, wzrastała, aż wreszcie pochłonie resztę.”

Otóż właśnie największa potęga etyki religijnej tkwi w definicji Boga, która zachęca człowieczeństwo do pracy twórczej, mądrości, energii, trwałości, sprawiedliwości i miłosierdzia. Dlatego na powyższą definicję tak silny położyłem nacisk, dlatego przedstawiam ją, zresztą nie pierwszy raz, ludziom dobrej woli, którzy wśród zwątpień szukają drogi życia i sposobów służenia społeczeństwu.

Źródło: „Tygodnik Ilustrowany”, 20 I 1912



Kategorie:Artykuły

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: