Jerzy Żuławski – „PAX. Dwie strofy prozą. Z konkursu literackiego „Czasu” – część pierwsza” [1896]

— A jaki koniec tego wszystkiego?

— Nie ma końca!

— Zgoda i na to. Dążąc, musimy jednakże wiedzieć, do czego dążymy, dokąd, jak?.. Kierunek, cel, o to mi chodzi.

— Nie ma celu!

— Jakżeż to więc?

— Postęp dla postępu! życie dla życia, dla ruchu, wiru…

— Śmieszne! Już lepiej było odpowiedzieć banalnym zdaniem o szczęściu ludzkości.

— Szczęście? Wiesz, boję się igrać z tym słowem. Wydaje mi się ono tajemniczym i wielkim, a tak często nadużywanym. Wolę raczej użyć wyrazu: zadowolenie.

— Szczęście czy zadowolenie… mniejsza o nazwę! Gdzie go jednak szukać. Czy w tym postępie bez końca i celu?

— Zapewne. A zresztą…

— Cóż?

— Ja go szukam w sztuce; na płótnie, które pod moimi palcami ożywia się i zapełnia snami, ujętymi w ciało, w kształt i barwę… To moje życie.

— I znalazłeś je, to szczęście czy zadowolenie?

— Jeszcze nie, ale z czasem…

Urwał i po chwili zaczął znowu:

— Inni go szukają po innych drogach, inaczej. Ale zawsze w życiu, bo to podstawa. Mówią: wolność, mówią: poznanie, wiedza, doskonałość…

Do rozmowy wmieszał się trzeci głos, starszy od obydwu poprzednich:

— A spokój ? How think you? Czy on nie jest szczęściem?

Słowa te, rzucone niespodziewanie tonem zapytania, nie znalazły na razie odpowiedzi. Głębokie milczenie zapanowało w gronie trzech przyjaciół.

Siedzieli oni dokoła małego stolika na werandzie restauracji, postawionej tuż nad brzegiem jednego ze szwajcarskich jezior. Widok stąd roztaczał się cudowny i szeroki: na wodę, na góry, i na wielkie, lazurowe niebo. Tuż od podnóża werandy biegło jezioro szklącą i olbrzymią płaszczyzną, u brzegów powiewem wiatru zmarszczone nieco i po żwirze i głazach szemrzące melodię jakąś monotonną; dalej, na środku, spokojne i błękitne odbiciem nieba i zachodzącem słońcem złote.

Setki łódek małych i większych, o białych żaglach, roiły się w otchłani wody i światła, obrąbionej stokami wzgórz zielonych, rozkosznych, pełnych winnic i ogrodów z białymi willami pośrodku.

Był maj.

Wonie kwitnących róż, bzu i jaśminów snuły się w powietrzu, mocne, leniwe, ciche i upajające bardzo.

W dali widniały śnieżne Alpy, które zachodzące słońce zamieniało teraz w jakąś powiewną koronkę, utkaną z nici białych i złotych, z purpury i fioletu.

A nad tym wszystkiem, nad symfonią barw lodowców, rozgorzałych w promieniu konającego słońca, i nad symfonią niewyraźnych a słodkich szmerów jeziora, rozpościerało się niebo, czyste i jasne, tchnące tym powiewem rozkosznym, co jednych usposabia do marzeń i snów o tym, co piękne a nieuchwytne, a innym szepce: carpe diem…

Przyjaciele nasi jednakże nie zachwycali się w tej chwili cudnym majowym wieczorem. Władysław, młody artysta, i Zygmunt, o cel postępu i szczęście ludzkości pytający, siedzieli cicho ze spuszczonymi głowami i w myślach zatopieni.

Trzeci z nich Kamil, patrzał wprawdzie przed siebie, gdzieś na szczyty Alp — czy wyżej, w błękit — wątpić jednak należy, czy co widział. Na bladej, ściągłej, jasnym zarostem na angielski sposób utrzymywanym, okolonej twarzy, siadła zaduma i tęsknota; ponad ściągniętymi brwiami zarysowała się głęboka zmarszczka, a około ust błądził dziwny i smutny uśmiech.

Po chwili ocknął się pierwszy. Przetarł czoło białą, troskliwie pielęgnowaną ręką i powiódł okiem po towarzyszach, starając się odzyskać swobodny wyraz twarzy.

Towarzysze jego milczeli…

Sięgnął ręką po stojący przed nim kieliszek, spojrzał nań pod światło, przyłożył do ust i szybko na powrót na stole postawił.

— Nie smakuje mi dzisiaj burgund — szepnął. Obejrzał się i zadzwonił.

Przybiegła uśmiechnięta kelnerka w białym fartuszku i przebierając palcami w zawieszonej u pasa torebce z monetą, zapytała, czego sobie życzy ?

— Bordeaux!

Kelnerka rzuciwszy stereotypowe: Gleich! wraz z zalotnym, także stereotypowym uśmiechem, znikła, by spełnić życzenie bladego pana, którego znała już z hojności.

Kamil spojrzał uważnie na milczących wciąż towarzyszy i coś, jakby cień litości, przebiegło po jego twarzy.

— A pretty girl! Did you see? Ma ładne oczy… wyrzekł — chcąc widocznie na inne tory zwrócić myśli swych przyjaciół.

Usiłowanie to jednak nie odniosło skutku.

Gdy wreszcie rubinowy bordeaux stanął na stole, Władysław podniósł głowę i rzekł z naciskiem, patrząc na Kamila.

— Spokój — to śmierć!

— Nie! — to szczęście! — odparł Kamil z mocą, poważniejąc znowu.

— Nigdy! — Szczęście leży gdzie indziej, nie w martwości, o nie! Czuję to: szczęśliwym można być tylko, kochając życie i nie pojmę nigdy, jak można spokój szczęściem nazywać!

— Pojmiesz! Jest on szczęściem naprawdę!

Zygmunt patrzał na Kamila w milczeniu, zdziwiony i jakby niepewny. Wreszcie zapytał.

— Ty to mówisz na serio?

Kamil skinął głową powoli i poważnie.

— Dziwne! Gdy pierwszy raz wspomniałeś o spokoju, sądziłem, że szydzisz. Spokój! I ty, szalony duch, jak cię wszędzie nazywają, ty wiecznie gnany po świecie gorączkowym pragnieniem nowych wrażeń i przygód, ty sławisz spokój ?

— Tak — i pragnę go. Pragnę go tak, jak każdy człowiek szczęścia pragnie… Czy go jednak znajdę ?

Teraz Władysław podniósł zdziwiony wzrok na mówiącego. I nagle zdało mu się, że ta twarz ściągła i biała, której nie zdołało opalić słońce równikowe, ani smagające wiatry pustyni — te blade niebieskie oczy, uporczywie tak przed siebie patrzące — kryją w sobie jakąś zagadkę wielką i tajemniczą. Zdawało mu się, że patrzy na rzecz, którą widywał codziennie, nie wiedząc, że jest dziwna i pełna ukrytego znaczenia. Teraz dopiero spostrzegł w tej twarzy sieć drobnych żyłek, drżących na lekko pomarszczonych skroniach — spostrzegł znużenie wielkie i smutek dokoła młodych a zwiędłych już ust — i gorączkę niemocy wyzierającą z bladych oczu.

Kamil tymczasem powtórzył znowu:

— Czy go znajdę…?

— Na tej drodze, którą idziesz, z pewnością nie! — zawołał Zygmunt. — Wdzierając się na szczyt gór, szukając burz morskich, lub gwaru stolic świata…

Po ustach Kamila przebiegł lekki uśmiech.

— Czy ty wiesz, czego ja na tych górach szukałem? Czy ty wiesz, przed czym ja uciekałem na bezgraniczne morza i w dziewicze puszcze Indii ? Czy ty wiesz, że czasem — aby być spokojnym — trzeba naprzód uciec przed samym sobą?

Zygmunt wzruszył ramionami:

— Nie rozumiem.

— Wspomnieliście rzecz niedobrą — dodał Kamil po chwili — nie lubię o niej mówić, ani myśleć.

Władysławowi zdawało się, że zaczyna tego człowieka pojmować. Wyobrażenia niejasne jeszcze i mętne nabierały w jego umyśle powoli kształtu i odbijały od szarego tła. Mimowoli, mechanicznie powtórzył ostatnie słowa Kamila:

— Uciec przed samym sobą…

— Tak — szepnął Kamil i zamyślił się. — Gdy po chwili podniósł głowę, drżała mu nerwowo jedna strona twarzy od kąta ust aż do oka i głos mu się łamał, gdy począł mówić:

— Uciec przed sobą, przed wspomnieniami, przed życiem — o-o! Uciec chciałem i chcę, ale na darmo, na darmo! Nie opuszczają mnie!

Tyle było głębokiego bólu, tyle bezgranicznej tęsknoty i skargi w jego głosie, iż Władysław uczuł wielką litość dla tego bogatego i młodego człowieka, który całą ziemię objechał, w pogoni za nieuchwytną marą — spokojem.

— Raz tylko, raz… — szeptał Kamil i wyciągał rękę, wskazując Alpy, oblane złotem zachodzącego słońca.

— Jungfrau! — tam byłem spokojny… Wyszedłem na szczyt sam — bez przewodnika. Tam jest spokój: lody tylko, a śniegi miękkie, białe, ciche. Cały świat był pode mną, a nade mną tylko — Bóg! Ległem twarzą na śniegu i czułem, że wszystko we mnie ucicha, że mi błogo, dobrze… Nie trwało to jednak długo: orły mnie zbudziły, kracząc nade mną. — Co tam! Teraz i tego nie będzie! Podobno kolej budują i hotel!… Co tam!

Machnął ręką i pociągnął spory haust wina.

— I drugi raz — nad Gangesem… W cichą, podrównikową noc, kiedy księżyc świeci i gwiazdy, lotosy pachną… Ale nie! nie! Tam wspomnienie moje było ze mną, o było! było!…

Nalał kieliszek i wychylił go jednym tchem. Następnie obejrzał się i zawołał krótko na przechodzącą kelnerkę:

— Absynt!

Władysław dotknął jego ramienia:

— Kamilu, nie pij…

Kamil zaśmiał się nerwowym, bezdźwięcznym śmiechem:

— Myślisz może, że się zapijam ? Nerwy grają we mnie i drżą, muszę je uspokoić. Przeklęte nerwy! Zresztą jedną szklankę tylko.

— Wiesz, że ci to szkodzi — odezwał się Zygmunt.

— Wszystko jedno!

Mówiąc to, wyglądał, jak obłąkany, lub chory. Nerwowe drżenia przebiegały mu raz wraz po lewym policzku, z oczu wyzierała gorączka straszna, żrąca i ręka mu się trzęsła, gdy nalewał wody do szklanki, w której na dnie zieleniło się parę kropel trucizny, zwanej absyntem.

Podniósł szklankę niepewną dłonią i wpatrzył się w płyn, który, zmieszany z wodą, przybrał barwę opalowo-mleczną.

— La muse verte — szepnął — la muse verte…

Zwrócił się do Władysława.

— Znasz tegoroczny Salon paryski ? — zapytał. Władysław skinął głową milcząco.

— La muse verte!… Co za przepyszny obraz! Porozrzucane papiery i wypróżniona szklanka na podłodze — i on, wpółnieprzytomny, chwiejący się na nogach… Ze szklanki wysuwa się jakiś opar, wyziew — wężowym splotem wije się około stojącego, przybiera kształty kobiece, nachyla się nad nim, dotyka dłonią jego twarzy… La muse verte…

Oparł głowę o poręcz krzesła i przymknął oczy.

Władysław i Zygmunt milczeli obaj, przygnębienie ogromne przysiadło im piersi.

Po chwili Kamil podniósł się; był już nieco spokojniejszy.

— Darujcie mi — zaczął — darujcie! Rozdrażniony jestem dzisiaj, jak rzadko. Nie wiem sam, co mówię.

Władysław wyciągnął rękę i krótko, gorąco uścisnął dłoń Kamila. Usta mu się przy tym poruszyły, coś, jakby słowo: biedny ty! przebiegło po wargach.

— Widzicie — ciągnął dalej — ja przeżyłem wiele i jestem ogromnie zmęczony. Staram się panować nad sobą, ale czasem nerwy biorą górę… nie mogę…

— Jestem szalony, a szukam wszędzie spokoju, zapomnienia — wszędzie… nawet tu, w szklance, a znaleźć go nie mogę, nie mogę…

— Wy dopiero żyć zaczynacie, wy jeszcze nie wiecie, co to znaczy uciekać przed własnemi wspomnieniami, przed samym sobą, przed wyrzutem… ale…

Urwał i zwrócił się znowu do Władysława:

— Ty artysta; życie przed tobą dzikie, szalone, pełne gorączkowych pragnień i nienasyconych tęsknot. Poznasz to życie, którego tak pragniesz, o! poznasz je, lepiej może, niżbyś chciał. Ale wierz mi, na dnie każdego kieliszka są męty. Wszystko jedno, jakie wino… męty zawsze…. Upijesz się, i co z tego?.. Trzeba się wytrzeźwić …z bólem głowy! Będziesz pił, aż ci i nektar obrzydnie. Przyjdzie czas, że zapragniesz pokoju, jak ja go dziś pragnę. Proś Boga, byś znalazł tę przystań.

Władysław wzniósł czoło. Cichy i zadumany do tego czasu zmienił się w jednej chwili nie do poznania. Oczy mu błyszczały i twarz pałała.

— Tak! — zawołał — życie przede mną dzikie i szalone! Lecz ja je kocham, kocham je właśnie za to, że takie szalone i dzikie, że się mieni, jak opal na słońcu, że gna, jak obłok po niebie. A są męty w tym pucharze, powiadasz? Wszystko jedno! Będę pił wino, będę pił i męty, do dna, do ostatniej kropli, do ostatniej chwili życia! Nigdy tego pucharu nie odepchnę, nigdy nie powiem: już dosyć.

— Daj ci Boże!

— Bóg mi już dał to, czego mi trzeba. Mam sztukę; to wino w pucharze życia. Ona mnie nigdy nie zdradzi, nigdy nie opuści, ona mnie szczęśliwym uczyni. Dla niej życie, dla niej ruch i myśl; a ona sama dla siebie. L’art pour l’art. Precz ze spokojem !

Zygmunt poruszył się niecierpliwie na krześle.

— Frazes.

— Ciebie, Kamilu, pojmuję — ciągnął dalej artysta — pojmuję twoje pragnienie spokoju po burzy: ty nie miałeś sztuki, by się na niej oprzeć w chwili zwątpienia i upadku… Nie wiem wprawdzie, co za cios cię spotkał..

— Sztuki? A wiesz-że ty, czy ona potrafi utrzymać ciężar ludzkiego nieszczęścia?.. A co mnie spotkało? Stara rzecz. Stara, jak świat, a w dodatku głupia i banalna. Cherchez la femme!

Uśmiechnął się gorzko i powiódł ręką po czole.

— Jak to było?.. po co mam mówić. Weźcie w rękę pierwszy lepszy romans lub romansidło, a znajdziecie tam… Banalne i głupie, a jednak boli.

— Jak wyglądała ? cóż powiem ? Dla was, jak tysiące innych, a dla mnie…

Urwał i zamilkł na chwilę.

— Dla mnie była całym światem — dokończył głucho.

— Kto to wie, co w ludzkiej twarzy mieszka ! Są takie, których się trzeba chronić. Spotyka się je wszędzie i często. Wyglądają jak dzieci, a są złymi duchami, nie wiedząc nawet o tym… I one niewinne. Ci winni, co życie stawiają na kartę.

Westchnął i powiódł wzrokiem po werandzie. W tej chwili twarz zadrgała mu znowu nerwowo.

— Patrzcie, — rzekł stłumionym głosem, wskazując równocześnie ruchem głowy nieopodal siedzące dziewczę. — Patrzcie ! oto macie jedną z takich zagadek przed sobą… Dziecię jeszcze, dziecię, kobieta, sfinks, natchnienie dla artysty i… śmierć dla człowieka!

Umilkł oddychając głęboko. Zygmunt spojrzał przelotnie we wskazanym kierunku i wzruszył ramionami.

— Dziecię i nic więcej! — rzekł i począł bębnić palcami jakiegoś walczyka, wpatrując się w rzeźbiony gzyms werandy.

Władysław natomiast spojrzawszy raz, nie mógł już wzroku oderwać.

Na złotym tle ogromnej zorzy zachodzącego słońca rysował się przed nim delikatny profil dziewczęcy, niby ciemna sylwetka, rzucona w morze barw i światła.

Włosy jej prześwietlone promieniami, tworzyły dookoła małej, kształtnej głowy jasną aureolę, do garści iskier rozsypanych podobną.

Patrzyła przed siebie — na ciche jezioro — szeroko rozwartymi oczyma, a nozdrza jej lekko się rozdymały, wciągając wonie kaskadami z ogrodów i pól bijące.

W rozchylonych nieco ustach igrał blask konającego słońca; może je całował…

Władysław patrzył, pochłaniał ją oczami.

— Madonna! — szepnął niemal bezwiednie.

— Madonna! — i złożył ręce, jak do modlitwy.

W tej chwili ostry, przenikliwy śmiech odbił się o jego uszy i równocześnie dłoń Kamila spadła mu na ramię.

Podniósł głowę zmieszany.

Kamil patrzał na niego przenikliwie. Koło ust drżał mu szyderczy uśmiech, ale w oczach miał wielką boleść i smutek.

— Madonna! — ozwał się — daj pokój! Nie bluźnij i — nie patrz! Po co patrzysz?

— Piękna jest!…

— Nie patrz! To niedobrze — dzisiaj niedobrze — teraz…

— Chciałbym tę twarz malować — szepnął Władysław, jakby usprawiedliwiając się.

Kamil uśmiechnął się znowu, wpół z szyderstwem a pół z litością.

— I te usta całować, nieprawdaż?

— Tak.

Kamil powstał szybko.

— Widziałem. Chodźmy już — rzekł — niedobrze jest tutaj. Chłód wieczorny przejmuje.

Mówiąc to, wziął pled, na poręczy krzesła zwieszony i począł się nim otulać.

— Chodź, chodź! — powtórzył — W złą godzinę zobaczyłeś tę twarz, w złą godzinę…

Władysław podniósł się powoli i niechętnie.

Chłód wieczorny rzeczywiście coraz silniej czuć się dawał. Słońce już zaszło; czerwona łuna na Alpach dogorywała — stawała się fioletowa, popielata, szara. Dwurogi księżyc coraz wyraźniej występował na ciemnym tle błękitu. Dokoła ukazywały się gwiazdy…

I nad całym światem, nad jeziorem, nad górami, nad miastem pełnem ogrodów, zawisła cisza bezgraniczna, wonna i rozkoszna bardzo.

I tylko gdzieś daleko, daleko nad tonią jeziora brzmiał niewyraźny i smętny śpiew.

Nagle wieczorne dzwony zabrzmiały nad miastem.

W tej chwili dziewczę podniosło się i zwróciło głowę. Oczy jej wielkie, spokojne, tajemnicze oczy dziecka spotkały się z gorącym wzrokiem artysty. Trwało to jedną, krótką chwilkę.

Fala ciepłej krwi uderzyła Władysławowi do mózgu, nogi pod nim zadrżały i wszystko mgłą się przed oczami zasnuło.

Chwycił dłonią za poręcz krzesła i spuścił wzrok.

Gdy twarz znów podniósł, jej już nie było — i dzwony przebrzmiały…



Kategorie:Proza, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: