Jerzy Żuławski – „PAX. Dwie strofy prozą. Z konkursu literackiego „Czasu” – część druga” [1896]

Jasne, południowe słońce wpadło złotą kaskadą przez otwarte okno do wnętrza małej klasztornej celi.

Zacisznie tu było i spokojnie.

W kącie stał tapczan, czarną derą przykryty, obok klęcznik drewniany i krzyż nad nim. Dalej cokolwiek stolik, a na nim pośród ksiąg i papierów dzban gliniany, pełen polnych, wonnych kwiatów.

Jedyną rzeczą, wyróżniającą tę celę od innych, były sztalugi z naciągniętym płótnem, z którego wśród ciemnego tła wyzierała jasna postać Chrystusa na krzyżu. Na ziemi i na małym stołeczku obok leżały porozrzucane pędzle i farby.

Przy oknie w szerokim, staroświeckim krześle dębowym siedział zakonnik.

Twarz o wyrazistych i inteligentnych rysach wsparł na dłoni, a wzrokiem błądził po małym klasztornym ogródku.

Kilka starych, rozłożystych lip, o liściach od słońca złotych, i kilka ciemnych wysmukłych jodeł chwiało się tutaj z wiatrem, szumiąc cicho i melodyjnie. Zapach rezedy, tuż pod oknami rosnącej, mieszał się z zapachem świeżo skoszonej trawy i wchodził wolno przez otwarte okna do klasztornych cel.

Zakonnik, siedzący przy oknie, napawał się tą wonią, patrzył na sylwetki drzew, ostro się w błękicie odrzynające, na grządki, pełne rezedy, na ścieżki białym piaskiem wysypane, i na stary, czerwony, tu i ówdzie popękany mur, który ogródek klasztorny od gwarnego świata oddzielał.

Patrzył — i na twarzy, nie starej jeszcze, a już pooranej zmarszczkami i życiem zmęczonej, rozlewała się łagodna i słodka błogość. Przymknął oczy, głowę w tył odrzucił i pił letnie, ciepłe słońce, pełnym blaskiem mu się na twarz rzucające, pił spokój, którym tchnęła cela klasztorna i ogródek mały, i lipy i jodły, i mur czerwony, popękany, od świata go oddzielający. Kaptur zsunął się mu z głowy, suche, białe dłonie bezwładnie opadły na kolana, a twarz chuda, opalona, o rysach wyrazistych i ostrych, zastygłą się stała i wyglądała, jak martwa. Od ogorzałości lic odbijało tylko wysokie białe czoło, po którym teraz złote słońce igrało.

Siedział tak długo, milczący, cichy, bez westchnienia, bez ruchu…

Słońce już chyliło się powoli ku zachodowi, już zeszło mu z lica i drżało na białych dłoniach, złożonych na kolanach, zsuwało się z nich na podłogę i pełzło złote ku sztalugom, pod stopy Chrystusa na krzyżu.

Było bardzo cicho.

Wtem dało się słyszeć pukanie i niemal równocześnie drzwi celi otworzyły się z łoskotem.

Zakonnik drgnął, uniósł się nieco i skierował oczy ku drzwiom. Na progu stał braciszek niski, szpakowaty o rumianych policzkach i śmiejącym się oku.

— Pax tecum, carissime frater! — ozwał się przybyły.

— Pax…

— Ojciec Przełożony przysyła mnie do was, bracie Brunonie. Przyszedł list do was, gdzieś zeświata…

Brat Bruno poruszył się żywo, w tej chwili jednak, jakby zawstydzony, opuścił się znowu na krzesło i z tęsknym uśmiechem powtórzył:

— Gdzieś ze świata…

— Tak. Ojciec Przełożony pozwolił go wam oddać. Oto jest.

Mówiąc to, wyciągnął rękę z listem i otwartą kopertą.

Brat Bruno sięgnął poń i nie patrząc nawet położył obok siebie na oknie:

— Gratias…

Przybyły braciszek miał ogromną ochotę rozpocząć pogawędkę. Rozejrzał się po celi, chrząknął, i wydobył z rękawa wielką, brzozową tabakierę.

— Pozwolicie? — zapytał, podsuwając ją bratu Brunonowi.

Bruno odsunął ją lekko dłonią:

— Gratias! nie zażywam….

— Nie zażywacie ? hm! To czasem dobrze robi.

I jakby na dowód tego ogromny niuch tabaki wpakował do nosa.

— Tak, tak! to dobrze robi na oczy — dodał i kichnął potężnie raz, drugi i trzeci.

— Piękną nam Pan Bóg dał pogodę — rzekł następnie, zbliżając się do okna.

Brat Bruno nie odzywał się, gość jednak widocznie nie miał ochoty dać za wygraną. Podszedł ku sztalugom i patrzył.

— Mój Boże! jak wy pięknie malujecie, carissime frater! Wasz obraz znacznie ładniejszy od tego, co w wielkim ołtarzu…

Zagadnął jeszcze parę razy, lecz w końcu widząc, że brat Bruno milczy uporczywie, chrząknął parę razy niezadowolony, obejrzał się jeszcze raz i wyszedł, kłapiąc trepkami po kamiennej posadzce korytarza.

Brat Bruno został sam.

Chwilę siedział bez ruchu; następnie sięgnął wolno i jakby leniwie po otwarty list i podniósł go do oczu.

— Gdzieś ze świata… — szepnął. Spojrzał na tytuł.

„Drogi Władysławie!”

Władysławie ?.. Co to jest? Ach! tak, prawda! Niegdyś nazywał się Władysławem. Ale to już dawno temu, może rok, może dziesięć lat, a może sto?.. Nie pamięta już dobrze. Tutaj czas płynie tak jednostajnie, bez rachuby, dzień do dnia podobny…

Obracał list w ręku prawie bez myśli. Nareszcie w głowie powstało mu pytanie, kto to może pisać do niego?

Odwrócił kartkę i spojrzał na podpis.

„Twój Zygmunt”…

Zygmunt, Zygmunt? Kto to może być? Aha! już wie! To ten, ten… Tak, pamięta. Szwajcaria, jezioro, Paryż… i ten drugi. Jak mu to było na imię? Kamil?

Drgnął. Wszak on to pamięta! Wszak to nie tak dawno temu! Wspomnienia, które silą woli przytłumił w sobie i zagasił, obudziły się i poczęły krzyczeć, dopominając się o swe prawa. Cała przeszłość ze swymi łzami i śmiechami, cała młodość; wszystko, co przeżył i przebolał, o czym wierzył, że już zapomniał, stanęło mu teraz przed oczyma, wywołane jednym imieniem, dolatującym go jak echo dawnych czasów.

Martwa maska jego twarzy, którą przed chwilą słońce całowało, pękła — bezbarwne oczy nabrały życia, wargi drżeć poczęły.

Nachylił się i począł czytać.

„Drogi Władysławie!” — pisał towarzysz dni minionych — „zginąłeś mi z oczu tak nagle i niespodziewanie… Teraz dopiero dowiedziałem się przypadkiem o miejscu twego pobytu i piszę, by ci przypomnieć przyjaciela i te lata, co jak motyle, uciekły gdzieś bez śladu.

Wszystko mija, a na świecie coraz smutniej i puściej.

Nie uwierzysz, jak mi tęskno, gdy mi czasem w myśli staną wspomnienia blade już i zatarte, wspomnienia chwil szczęśliwych młodości, łez — wspomnienia drogich twarzy, których już dzisiaj nie widzę. I czasem pytam się, po co żyć dalej ?

Lat tak niewiele, a tyle w nich już bólu i rozczarowań, tyle straconych twarzy i chwil niepowrotnych , których wspomnienie przejmuje bólem i tłoczy.

To, co mi wczoraj było drogie i jasne, dziś mgłą się okrywa i uśmiech jakiejś tęsknoty na usta wywołuje. Zapominam sam wiele, a smutno mi, gdy myślę, że i inni zapominają.

Zdaje mi się, że codziennie pęka jedna z tych nici, którymi w wielką maszynę świata jestem wwiązany — a czuję, że na darmo starałbym się nawiązać ją na nowo. I zazdroszczę ci myśląc o tym, boś je ty sam wszystkie od razu pozrywał i nie potrzebujesz patrzeć, jak się rozluźniają — jedna po drugiej — wolno a ciągle. Zazdroszczę ci, a jednak przyznam, że nie miałbym odwagi pójść za twoim przykładem. Żal by mi było słońca, które nade nmą świeci, ludzi, którzy się śmieją, ruchu, życia…

Może to wszystko komedia — ale cóż robić! Za kulisami tej wielkiej sceny, którą światem zowią, jeszcze smutniej być musi: tam człowiek zostaje sam. Czuje, że jestem kółkiem w maszynie, z ogromnym pędem lecącej; gniotą mię wprawdzie inne kółka i tryby, ocierają i szarpią, ale pędzą przynajmniej — i poruszam się, żyję. Lepiej może tak, niż leżeć gdzieś w prochu pomiędzy zardzewiałymi rzeczami.

Z czasem pęknie kółko i będzie mu koniec…

Ot widzisz stary przyjacielu: marudzę i nie jestem wesoły. Zobaczywszy mój list, pomyślałeś zapewne, że przyniesie ci on trochę tego powietrza świeżego, które ponad ruchliwym światem wieje — a tymczasem nic z tego! I cóż ci zresztą mam pisać? Drobne, codzienne sprawy, które tu życie nasze wypełniają, nie obchodzą cię zapewne. A zresztą nie obchodziły cię nigdy. Tyś latał na skrzydłach, ja pcham taczkę. Bolą ręce…

Ożeniłem się i mam syna. Rozkoszne dziecko! Szkoda, że go widzieć nie możesz. Dałem mu „Władysław” na imię.

Przed paru tygodniami byłem z żoną w Paryżu. Opowiadałem jej o tobie i pokazywałem dom, w którym niegdyś miałeś pracownię. Mój Boże! ileż to chwil swobodnych i szczęśliwych spędziliśmy tutaj!

Poszedłem potem do „Salonu” i widziałem twój obraz. Wisi na tym samem miejscu i tłumy publiczności stają przed nim — całkiem jak dawniej. Imię twoje żyje tu jeszcze na ustach, a mnie smutno, bo myśląc o tobie, myślę, że to wszystko należy już do przeszłości.

Wracając z Paryża, zatrzymałem się w Zurychu. Poszliśmy z żoną na „Zurichhorn” do tej restauracji z werandą nad brzegiem jeziora, kędy to siadaliśmy wieczorami we trzech — pamiętasz? Siadłem znowu przy naszym dawnym ulubionym stoliku i myślałem o was.

Mój Boże! Mój Boże! — Co się z nami stało!

Ja pcham taczkę, a coraz ciężej idzie, bo sił ubywa, ty w klasztorze, a Kamil…!

Biedny Kamil. Wróciwszy z Brazylii, pojechał do Egiptu, a przed miesiącem czytałem w Timesie, że się zastrzelił pod piramidą. Może tam na żółtym piasku pustyni znalazł wreszcie spokój, którego na darmo całe życie pragnął.

Sit ei humus levis! Modlisz się teraz często, módl się i za niego”…

Brat Bruno opuścił list na kolana; po policzkach spływały mu wolno dwie łzy.

— Zabił się! zabił… — wyszeptał.

Przed oczyma stanął mu pusty, gorącym, żółtym piaskiem zasypany brzeg nilowy z rzadkimi palmami tu i ówdzie. Niebo ciemne, szafirowe, a słońce płynie po nim samotne, palące, jak oko wielkie i otwarte wiecznie.

A pod słońcem piramidy wpół zagrzebane w piasku. Tyle wieków, tyle wieków patrzy na nie to oko! A one, grobowce mumii, spokojne, poważne. .. Sfinks położył się przy nich na straży i duma… Sfinks! — zagadka…

I zdało mu się, że między piramidami a sfinksem, na żółtym piasku i pod słońcem bezsennym widzi zwłoki blade z roztrzaskaną skronią…

Drgnął i westchnął głęboko.

Słońce zbliżało się coraz więcej ku zachodowi.

Podniósł list i przy blasku ukośnych promieni począł znowu czytać.

„Pamiętasz — pisał przyjaciel — jak siadywaliśmy razem nad jeziorem, rozmawiając i patrząc na Alpy ? Tak mi dziwno i smutno, gdy pomyślę, że on dzisiaj nie żyje, a ty, który ruchu i życia pragnąłeś, zagrzebałeś się w murach klasztoru. Zdaje mi się, że wy obaj nie żyjecie, a ja sam zostałem. I tak mi dziwno, tak dziwno!”

Brat Bruno rozwarł szeroko oczy i wpatrzył się gdzieś w głąb celi , kędy już cienie wieczorne kłaść się zaczynały — czy też na sztalugi i Chrystusa białego, wyzierającego z nich.

I zdało mu się, że wstaje przed nim mgła jakaś złotawa i niejasna, sunie się, rozszerza, a w mgle tej rodzą się postaci zapomniane, których dawno nie widział.

Spuścił głowę i dumał.

Biedny Kamil!

Oto widzi go! Zachód słońca — Alpy mienią się i płoną, jezioro szumi jakieś pacierze, a wonie leją się z ogrodów… Tyle woni! tyle woni…

Jak on to pamięta, jak on to dobrze pamięta teraz!

Rozmawiał z Zygmuntem. O czym? Aha! — o życiu, o szczęściu. Hej! szczęście!…

„A spokój? How think you?” Słyszy te słowa tak wyraźnie i widzi bladą, zmęczoną twarz.

Ktoś na to odpowiedział: Spokój — to śmierć! Kto? On? on sam? Tak. Ale wtedy… wtedy był inny… Dziś żadnej cząstki w nim tej samej niema. Więc cóż? to nie on był zatem? On? Jakie to dziwne, jakie dziwne!

Spokój! Ileż on to musiał przeżyć, ile doświadczyć, nim poznał czar i świętość tego słowa!

Jak to dziwno! Zaczął pracować ciężko myślą, chcąc ująć związek między swym życiem dawniejszym a dniem dzisiejszym. Myśli jednak rwały mu się, jak nici i wikłały tak, że po chwili uczuł się nimi zmęczony. Jeden tylko fakt, jak powtarzający się wciąż motyw fugi potężnej wracał mu uporczywie do głowy:

— Kamil nie żyje, a ja jestem w klasztorze…

A więc?..

Uczuł, że powinien się modlić za zmarłego towarzysza. Sięgnął ręką po różaniec, usta mu się poruszyły:

” …i w godzinę śmierci naszej. Amen. Wieczne odpoczywanie…”

Wymawiał mechanicznie wyrazy, lecz ducha nie mógł zmusić do prawdziwej modlitwy.

W miarę jak ziarna różańca przesuwał, dziwne jakieś obrazy stawały mu w pamięci.

Błysnął w niej najpierw delikatny profil dziewczęcy, sylwetka rzucona w morze barw i światła… Błyskał i ukazywał się i znikał znowu.

Przymknął oczy, myśląc, że widmo odejdzie.

Tutaj jednak zaczęły się zjawiać nowe obrazy.

Oto widzi swą pracownię. Płótno rozpięte na sztalugach. Na dole obrazu chmury ciemne i skłębione i ziemia pod nimi; a tam u góry niebo i jasność na nim mistyczna.

A między ziemią a niebem postać kobieca o znanym mu profilu, z rękami wzniesionemi, unosząca się w górę, wyżej i wyżej…

Obok niej, niżej nieco, w pół jeszcze w cieniu schowany, z twarzą, po której blask już igra, ku niej zwróconą, dłońmi jej szaty uczepiony.. on….

A potem, potem?

Zdawało mu się, że widzi Salon na Polach Marsowych. Tłumy ludu przed obrazem młodego polskiego malarza. Falują, jak morze, przypływają i odpływają ciągle, a on słyszy w szumie fal głów ludzkich swoje imię….

Puścił różaniec i podniósł rękę do skroni:

— Vanitas vanitutis et ominia vanitas…

Ostatnie słowo odbiło się już tylko lekkim poruszeniem warg.

Widzenie powróciło znowu.

Lecz teraz widzi w tym morzu głów ludzkich tylko jedną głowę, piękną jak marzenie, jak światło…

Ona!

Stoi i patrzy na jego obraz.

Kolana zaczynają pod nim drzeć, chciałby uklęknąć, chciałby wołać: o stella maris!

A ona zwraca się ku niemu, spojrzenie jej wielkich, dziecięcych oczu zawisa na chwilę na jego twarzy, na chwilę. I wszystko niknie przed nim: obraz, i ludzie, i wszystko, wszystko! Ją tylko widzi, ją jedną!

— Vanitas vani… — nie dokończył.

Oto jest znowu w swojej pracowni. Gałązki kwitnących akacji zaglądają przez okna i przeszkadzają złotemu słońcu wejść do środka. A tu w środku, pomiędzy obrazami i rzeźbami zaczętemi, które wszystkie, jak zwierciadła, jedną twarz odbijają, stoi… ona!

O stella maris! o regina coeli!

Chce się modlić, chce czołem bić o ziemię, lecz ona zarzuca mu ręce na szyję i rozwartymi do pocałunku usteczkami szepce: kocham… ja na wieki twoja!

Wypuszczony z rąk różaniec zsunął się na ziemię; głowa mu w tył opadła, pierś oddychała szybko i głęboko. Zapomniał, gdzie jest i czym jest: minione młode lata wróciły.

I jak w kalejdoskopie przewijały się obrazy w jego pamięci, coraz szybciej, szaleniej, migotliwiej. — Łąki i pola, tajemnicze wnętrza starych świątyń gotyckich, góry śnieżne i lasy i ciche ustronne domki wśród winnic, morskie brzegi pełne słońca i kolorowych muszel, dzwonki sanek po śniegowych płaszczyznach, majowe wieczory i noce letnie gwieździste, poranki ciepłe, lśniące rosą i kwiatami, dni jesienne, kiedy deszcz na dworze pluszcze, a w domu tak słodko przy kominku siedzieć we dwoje, godziny motyle i słowicze godziny pędziły przed jego oczyma, a wszędzie „ona”, wszędzie jej usta przy jego ustach, jej dłoń w jego dłoni. — Wszystko to splatało mu się w pieśń jakąś dziwną i słodką, starą już, ale jak stare wina upajającą i namiętną.

I słuchał tej pieśni wspomnień, a tętna biły ran na skroniach coraz żywiej, gorącej.

I nagle — co to? Dźwięk jakiś fałszywy, jak żółta plama na błękitnym obrazie — dźwięk szydzący i zimny — rośnie, potężnieje, mąci pieśń, gwiżdże, zgrzyta… O ten dźwięk! Wdziera mu się do piersi, targa struny, żre serce, wyjada mózg… wszystko blednie, wszystko się wali… O !

Zerwał się gwałtownie, wyraz strasznego bólu odbił się na twarzy. Przez chwilę błędnymi oczyma patrzał przed siebie i wyciągał ręce, jakby odpychając marę, która przyszła go prześladować znowu w cichej klasztornej celi. W oczach i w całej postaci widać było — strach.

— Boże! — jęknął — Boże! miłosierdzia!

Ciężko dysząc, upadł na krzesło. Zęby błyszczały mu pośród rozchylonych warg, palce zaciskały się kurczowo. Uczuł, że mu brak oddechu. Szybkim ruchem rozerwał habit pod szyją i przycisnął dłonią falującą pierś.

Pod palcami zaszeleścialo coś…

Maleńka koperta, pożółkła już i wytarta.

Wydobył ją i otworzył. Wyleciała z niej wiązka włosów złotych i miękkich, jak jedwab, listek wawrzynu złamany i dwa zeschłe fiołki.

Oto wszystko!

Oczy zaszły mu łzami.

Ileż to już lat nosi te pamiątki na sercu! Nie może się z nimi rozstać, nie może! Wie, że to nie wolno, że to niedobrze, a przecież zabrał je z sobą po kryjomu do klasztoru. Nie mógł inaczej, nie… I gdy kiedyś w trumnę.., to te pamiątki… z sobą…

Pochylił się nad dłonią, w której trzymał te rzeczy zwiędłe i suche. I nastała chwila, kiedy znowu nic dla niego nie istniało pod słońcem i na ziemi, prócz tej wiązki włosów złotych i miękkich jak jedwab, tego złamanego listka wawrzynu, fiołków dwóch zeschniętych i wspomnienia dawnego…

Doznawał wrażenia, jakby się znajdował na pustyni wielkiej. Zdawało mu się, że o wschodzie słońca wstał spod głazu, kędy ani źródła nie było, ani trawy — i poszedł przed siebie prosto, szukając oazy. Szedł przez cały dzień, kalecząc stopy o ostre kamienie, palony słońcem i od promieni słonecznych gorętszym pragnieniem. Pustynne widziadła palm i źródeł migotały przed nim zwodniczo, a on je gonił, póki nie znikły. — Lecz oto zachód jest i spodziewa się odpocząć. Coś przed nim majaczy : oaza? Nie! To ten sam martwy głaz, z pod którego wstał rankiem. Łudził się zatem!

Ogarnęła go dzika, bezradna rozpacz. Zimny pot dużymi kroplami wystąpił mu na czoło — ogromny ciężar przywalał mu piersi — dłoń, gniotąc zeschłe listki i włosy złote, zaciskała się kurczowo, coraz silniej, aż ból poczuł w stawach. W gardle go coś dławiło i paliło w ustach. Zamknął oczy.

Co robić? co robić?… Wszystkie podpory pękły mu w ręku i jest sam, tak strasznie sam i tak bezlitośnie na pastwę rozpaczy oddany. Chciał się wesprzeć na Sztuce, lecz ona, ta ubóstwiana Sztuka nie uniosła ciężaru nieszczęścia jednego, lichego życia ludzkiego. A tak jej niegdyś wierzył! O nie trzeba wierzyć, nigdy wierzyć nie trzeba! Oto później uwierzył znowu, że ciche mury klasztorne dadzą mu wytchnienie i spoczynek po burzy; zamknął się w nich, oddzielił się nimi od świata i już sądził, że znalazł tak gorąco upragniony spokój, już zaczynał zapominać o tym, co było, co bolało i boli — już.., i jedna chwila i wszystko na nie! Łudził się zatem!

Co robić?… Jest, jak ptak nad morzem, któremu brak sił do dalszego lotu na wichrze i w burzy, który już skrzydła opuszcza i spocząć pragnie, lecz wokoło woda tylko i spienione bałwany i nigdzie, nigdzie miejsca, gdzieby mógł usiąść…

Więc cóż? zwinąć skrzydła i wpaść w te fale, jak tamten, co pod piramidami leży z roztrzaskaną skronią ?…

Jad strasznej myśli począł mu się sączyć w duszę. Zdawało mu się, że widzi jakąś otchłań przed sobą, która go wabi i ciągnie i woła: pójdź, pójdź… Przestał myśleć; sen go jakiś przedśmiertny opadał, ból tylko czuł ogromny, nieuciszony niczym.

Chwile płynęły powoli i głucho. Słońce było już czerwone i drzewa się w nim złociły, wonie stawały się przed zachodem silniejsze, czystsze, świętsze, powietrze łagodniejsze i piersiom milsze. Ptaki poczynały śpiewać pieśń wieczorną, pszczoły powracały do ulów, z dala słychać było głosy i śmiechy robotników, powracających z pola… I najprzód gdzieś daleko, daleko, ozwał się najwcześniejszy dzwonek wiejskiego kościółka, później przyłączyły się do niego inne, bliższe, po miejskich wieżach — aż nareszcie zabrzmiały i dzwony klasztorne w pieśń srebrną, wielką i szeroką…

Anioł Pański zwiastował…

Stare lipy i wysokie jodły zaszumiały w klasztornym ogródku, a ponad nimi gdzieś wysoko, wysoko, płynęły poważne, uroczyste, święte głosy dzwonów. Napełniały sobą powietrze i srebrną kaskadą wpadały do celi…

Anioł Pański zwiastował…

Brat Bruno usłyszał dzwony i ocknął się, lecz w pierwszej chwili nie mógł sobie zdać sprawy, co to jest? Rozwarł oczy — i zląkł się. Przed nim stoi biała jakaś postać — co to jest?

Wpatrzył się w to dziwne zjawisko, nie śmiejąc prawie oddychać i powoli, powoli zaczął rozpoznawać białą postać Chrystusa, odbijającą od ciemnego tła obrazu, oświeconą ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.

— Chrystus!

— Chrystus — i dzwony huczą nad ziemią…

Odetchnął głęboko; zdawało mu się, że rosa odwilża jego spieczone wargi.

Jak te dzwony huczą! jak huczą.

A przed nim Chrystus na krzyżu, z twarzą pełną boleści, a tak spokojną, tak świętą. I zdało mu się, że postać ta mówi do niego w jęku dzwonów — ogromnie dobra, ogromnie litościwa i przebaczająca:

— Błogosławieni cisi, błogosławieni spragnieni, błogosławieni, którzy cierpią…

Patrzał i uczuł, że postać ta jest mu droższą i świętszą nad wszystko, nad świat cały, bo w niej jest spokój i przystań cicha i szczęście. Zaczynał pojmować. Miał tę przystań tak blisko, a nie mógł jej odnaleźć, nie mógł zrozumieć. Ale teraz rozumie, o! rozumie…

Oaza! wyspa na morzu!

Rysy twarzy, przed chwilą jeszcze kurczem bólu ściągnięte, wygładzały się z wolna; dłoń zaciśnięta otworzyła się, a wiatr wieczorny przyszedł i wziął z niej wiązkę włosów złotych i miękkich, jak jedwab, i listek wawrzynu złamany, i dwa zeschłe fiołki i poniósł je pod mur klasztorny, na kwiaty pachnące i zioła… Jeden tylko włosek mały, uczepiony u rękawa, błyszczał jeszcze i złocił i chwiał się. Wreszcie i on poleciał.

A razem z tymi rzeczami dawnymi i zwiędłymi uleciało wspomnienie z serca, które już rozpalało inną miłością, czystszą, większą, wieczną.

Bladą twarz i złożone ręce wyciągnął ku Chrystusowi na krzyżu i począł się modlić:

— O Panie! O Panie dobry i litościwy!

— Oto wszystkie dni moje i ból ich Tobie na ofiarę!

— Oto wszystko, co przecierpiałem, co przeżyłem, niechaj będzie na Twoją chwałę!

— O Panie mój! Ucieczko moja! Mój Zbawicielu!

Zerwał się ze stołka i z jękiem ogromnym rzucił się do stóp krzyża:

— Chryste! Chryste!

Łkanie gwałtowne wznosiło mu piersi i coraz lżej mu było, coraz lepiej…

A dzwony tymczasem huczały po świecie: Pax tecum ! pax tecum !

Nareszcie dzwony umilkły i słońce zachodziło. Wąskim, ostatnim promieniem, złotym, zajrzało raz jeszcze do celi i oświeciło blaskiem postać Chrystusa litościwą ogromnie i u stóp jej schylonego zakonnika.

Było bardzo cicho…



Kategorie:Proza, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: