Andrzej Witowski – „Jak konają imperia” [1935]

Załamująca się w naszych oczach epoka, którą rozpoczął Renesans, okres dziejów, z którego byliśmy tak dumni, wywołuje u wielu ludzi myślących uczucie trwogi, przeczucie jakby zbliżającej się katastrofy. Złowróżbne głosy Spenglerów, Kayserlingów, Massitów okazały się przy bliższym wejrzeniu raczej ciekawymi, lecz powierzchownymi analizami o wątpliwych wnioskach, niemniej pozostało w umysłach  ludzi poczucie, że coś kończy się nieodwołalnie i tylko najbardziej ociężałe myślowo mamuty wierzą jeszcze, że obecny kryzys duchowy jest tylko przemijającą koniunkturą.

W dążności do zrozumienia dzisiejszych przemian sięga się chętnie do analogii historycznych, przy czym wzrok zwraca się ku końcowym wiekom Cesarstwa Rzymskiego, szukając przyczyn jego upadku i konfrontując objawy „rzymskiej choroby” z objawami współczesnego kryzysu. Jest to o tyle słuszne, że okres, którego koniec przeżywamy, rozpoczął się wprowadzeniem do ustroju społecznego narodów europejskich rzymskich pojęć prawnych, które wyrugowały organicznie rozwijające się prawo średniowieczne i przyniosły gwałtowny przewrót w pojęciach warstw rządzących. Warto więc spojrzeć na stosunki, których produktem była owa tak wysoko ceniona nauka prawa rzymskiego.

Imperium Romanum, przy wszystkich swoich zdobyczach, okazało zadziwiającą krótkotrwałość w porównaniu np. z państwami Dalekiego Wschodu. Jakże doszło do zawalenia się tak wspaniałego gmachu? Zastanawia się nad tym p. Ernest Perrot, profesor Sorbony paryskiej, którego wywody przedstawię w obszernym streszczeniu.

Perrot nie odrzuca wniosków dawniejszych badaczy, którzy przyczynę upadku Rzymu upatrywali w inwazjach barbarzyńców, niejasnej formie ustrojowej, powodującej ustawiczne wstrząsy itd., ale uważa, że przyczyny te mogły uwypuklić się jedynie na tle głębokich przemian społeczno-gospodarczych, jakim uległo Imperium. Podobnie sądzi dziś zresztą wielu uczonych, jak Otto Seck, G. Ferrero, C. Jullian, Persson, Rostowcew i inni.

Jak wiadomo, okres dwóch wieków przed Narodzeniem Chrystusa i dwóch po Jego Narodzeniu był okresem świetności ekonomicznej Rzymu. Ale świetność ta poczęła kruszyć się od podstaw: od strony  przyrostu ludności.

Rzym, kapitalistyczny i indywidualistyczny, Rzym shellenizowany, epikurejski, hedonistyczny, ciągnący soki z prowincji, niby potworna ośmiornica – ten Rzym począł naturalnym biegiem rzeczy żyć dla wygody każdorazowego pokolenia. Depopulacja objęła początkowo klasy wyższe: naturalny skutek przemian matron rzymskich w kurtyzany. W drugim wieku po Chr. depopulacja szerzyła się już wśród wszystkich klas miasta Rzymu. (Jest to tragiczne prawo wielkich skupisk miejskich). Demagogia Cezarów, utrzymujących motłoch w spokoju przez zalew Italii egipską pszenicą zdruzgotała ceny płodów rolnych i zrujnowała italskiego chłopa. Wsie poczęły pustoszeć – jak dziś we Francji i Stanach Zjednoczonych – armie doprowadzonych do nędzy wieśniaków spływały do wielkich miast, niby do beczki Danaid, gdyż mimo tej stałej imigracji Rzym stracił w końcu II w. – połowę swej ludności. Sto lat później prowincje przeszły ten sam proces, co Italia. Wszędzie triumfujący kapitalizm, koncentrujący produkcję, rujnował drobnych posiadaczy i wrzucał ich do paszczy Molocha wielkich miast, z zawsze tym samym skutkiem…

Ruina drobnego rolnictwa, ruina rzemiosł – osłabiły siłę gospodarczą społeczeństwa. Fiskus począł odczuwać ten stan boleśnie na spadku wpływów podatkowych. Poczęto więc śrubować podatki w górę, wprowadzać – jakby dziś powiedziano – „dodatki kryzysowe”. Rozchody państwa wciąż rosły. Demagogia „chlebowo – igrzyskowa”, znana już za Sulli i Cezara, wysokie płace w armii, zwłaszcza wśród podstawy regime’u – pretorianów, wciąż zwiększająca się liczba płatnych urzędników, zastępujących wygasającą inicjatywę społeczną – rozdymały budżet do niebywałych granic. W końcu II wieku deficyt budżetowy zmusił rząd do inflacji monetarnej; uczynili to cesarze z rodziny Sewerów (Septimus, Caracalla, Heliogabal), których polityka zarazem absolutystyczna i demagogiczna była rujnująca. Poczęto na wielką skalę obniżać faktyczną wartość stopu monetarnego przy zachowaniu jego nominalnej wartości. Około roku 240 moneta złota spodlona była o trzy czwarte, po czym – znikła. Po prostu próba dalszego upadlania spowodowała tezauryzację i wywóz za granicę tego, co  jeszcze coś było warte. Wrócono do antycznego ważenia odłamków kruszcu lub – na wsi – do handlu wymiennego. Kapitalizm skończył tak, jak kończy każdy kapitalizm.

Jakże zachowywano się wobec tych przemian głębokich? Czy rozumiano ich wagę! Nic podobnego; wierzono powszechnie, że kryzys jest przejściowy. Rzucono hasło: przetrwać! W oczekiwaniu „lepszych czasów” wysilano się nad sztucznym podtrzymywaniem dawnych form, z których treść już uleciała. Społeczeństwo, zniechęcone i zniechęcane do wszelkiej inicjatywy, opuściło bezradnie ręce, zwalając troskę o przyszłość na barki rządzących, Ci zaś głosili coraz dobitniej zasadę omnipotencji państwa. I znów rolę przełomową odegrali tu Sewerowie, dynastia syryjska, przesiąknięta wschodnim – jakbyśmy dziś powiedzieli – „bizantynizmem”. Współdziałali w tej akcji syryjscy, semiccy prawnicy, przede wszystkim ów tak wynoszony jako wzór „rzymskości” Ulpianus, którego syryjską mądrość chłonie do dzisiaj każdy student prawa u zarania swych studiów.

Żeby chociaż ta wszechwładza państwa została użyta do głębokich reform… Ale cała ta polityka interwencjonistyczna miała na celu tylko – przetrzymanie. Chciano stabilizować przemocą wszystkie rzeczy tam, gdzie się znalazły. Polityka monetarna, skarbowa, gospodarcza, demograficzna – wszędzie widziano już „dno kryzysu”, wszędzie… przetrzymać, przetrzymać, przetrzymać…

Aby utrzymać równowagę budżetową, rząd wpadł na genialny pomysł nie interesowania się możliwościami płatników, lecz niewzruszonego egzekwowania podatków w wysokości ustalonej jako niezbędne. Nie znano wówczas staropolskiego przysłowia, dziś znów zapomnianego: z jednego wołu dwu skór łupić nikt nie może. Rozdzielano ciężary jak u nas pożyczki: rolnictwo tyle a tyle, rzemiosło tyle a tyle, handel tyle a tyle – w zależności nie od dochodu, lecz np. od wielkości obszaru rolnego lub ilości rąk najemnych. Resztę wypełniały podatki pośrednie, rujnujące zwłaszcza najuboższych.

Nie dość na tym. Rząd, utrzymujący kurs przymusowy zdeprecjonowanej waluty, pragnąc uniknąć strat przy wpływaniu w tej walucie podatków, wprowadził system częściowego niszczenia ich w naturze. Skonsygnowane w ten sposób zapasy służyły następnie do wypłacania pensji i żołdu, gdyż funkcjonariusze państwowi uchylali się od brania bezwartościowej monety. Ale ten system wymagał znów nowych urzędów: transportowych, koncentrujących i rozdzielczych, a więc nowej falangi urzędników, opłacanych przez państwo.

Jeżeli się porachuje tych funkcjonariuszy, dodając do nich urzędników monopolów: broni, złotogłowiu, purpury, lnu, wełny, dróg wodnych, jeśli się ich zliczy razem ze zwykłymi urzędnikami państwowymi: pocztowymi, skarbowymi, robót publicznych, domen państwowych, wreszcie stałej kadry wojskowej z emeryturami dla weteranów, nie zdziwimy się, przeczytawszy u Laktancjusza, że w czasach Konstantyna Wielkiego więcej było urzędników, płaconych ze skarbu, niż zwykłych obywateli,  wpłacających do skarbu.

Trzeba więc zabiegać o ilość tych obywateli. Ale ponieważ ludzi, biedniejących z dnia na dzień trudno skłonić do beztroskiego płodzenia dzieci, więc sprowadza się całe plemiona germańskie lub słowiańskie i osiedla w podwójnej roli: żołnierzy i robotników, zarówno rolnych jak przemysłowych. Jest to tym bardziej potrzebne, że nie można liczyć na niewolników, płodzących się niezbyt obficie, niewolników, których kupić nie było za co, a zdobyć siłą w braku wojen zaborczych nie było gdzie. Stopniowo więc płatny robotnik z konieczności zastępuje niewolnika, zwłaszcza w domenach państwowych i w latyfundiach prywatnych.

Ale czy utartym procesem robotnik ten nie ucieknie do miasta, nie powiększy szeregów karmionych obficie a za darmo bezrobotnych? Aby tego uniknąć, wprowadza się ograniczenia w migracji wewnętrznej, odstawia do gmin macierzystych ludzi bez zajęcia, aż wreszcie – przywiązuje chłopa do roli. System raz zastosowany szybko rozpościera się na całe życie gospodarcze: ponieważ z zawodów mniej rentownych lub ciężkich odbywają się masowe ucieczki do zyskowniejszych lub lżejszych, władze Imperium decydują, że nikt nie ma prawa zmienić zawodu. Zawód – uczą dekrety z tych czasów – jest „functio publica”. Każdy jest sui generis urzędnikiem państwowym. Jeszcze lat kilkadziesiąt i oto nowa ustawa: zawód dziedziczy się z pokolenia w pokolenie. Syn szewca musi być szewcem, choćby miał zdolności Fidiasza, syn żołnierza – żołnierzem, choćby był tchórzem podszyty. Syn chłopa – chłopem, zamknięto mu drogę do wyższego wykształcenia. Syn urzędnika – urzędnikiem, kupca – kupcem. Ale co najciekawsze: syn radcy miejskiego musiał być radcą miejskim. Dlaczego? – Od dawna państwo przerzuciło na rajców miejskich obowiązek kontroli podatkowej i uczyniło ich indywidualnie i zbiorowo odpowiedzialnymi finansowo za ich należytą globalną kwotę.  Rujnowało to – rzecz prosta – w epoce, w której zaległości podatkowe urastały w niezmierzone góry. Chciał pan rajca zrzec się zaszczytu – proszę bardzo, tylko trzeba dać wysoką kaucję na swym majątku za hołysza, który obejmie opuszczone stanowisko. Kaucja ta ciążyć będzie na synu i wnuku, o ile im jeszcze coś niecoś z majątku zostanie. W IV wieku doszło do tego, że mianowano rajcą miejskim za karę.

W tych warunkach nikt dobrowolnie nie rwie się do życia organizacyjnego. Korporacje zawodowe z którymi np. państwa XV wieku walczą w obawie o ich wpływy, w III wieku są sztucznie szczepione przez państwo. W roku 230 Aleksander Severus pod wpływem wszechwładnego Ulpiana wprowadził korporacje przymusowe w mieście stołecznym. Dioklecjan i Konstantyn wykończyli ów system przymusu. Nie wolno zmieniać korporacji, nie wolno żyć poza nią, nie wolno nie usłuchać poleceń zwierzchności korporacyjnej, wtrącającej się we wszystkie szczegóły. Armatorom np. przepisywało państwo ścisły program robót, narzucało plany okrętów, materiały  budowlane, wytykało drobiazgowo linie nawigacyjne, ustalało ceny za przewóz, słowem, prowadziło – powiedzielibyśmy dzisiaj – politykę „autobusową”.

Człowiek przestał być w tym ustroju sobą, stał się anonimową marionetką bezbarwną i pozbawioną głosu. Praca stała się nieznośnym przekleństwem wykonywanym byle jak i ze wstrętem. Za czasów Konstantyna np. armatorzy, rujnowani taksami na przewóz i podwodami dla państwa odbijali sobie straty przez możliwie długo trwające podróże, w czasie których uprawiali pokątny handel w małych portach z półdzikimi szczepami Korsyki lub Sardynii. Wreszcie wyszedł dekret cesarski, regulujący maksimum czasu podróży. Maksimum to dla dystansu Włochy – Egipt nie mogło przekraczać… dwóch lat!

I oto owo państwo omnipotentne przez swoją omnipotencję właśnie – doszło do impotencji. Nie potrafiło spełnić nawet prymitywnego zadania: zabezpieczyć bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne. Granice Imperium szarpały ciągłe najazdy Germanów, Partów, Arabów… Wewnątrz kraju, organizacja bezpieczeństwa publicznego, pochłonięta tropieniem prawdziwych i urojonych  spisków, dopuszczała do niebywałego rozwoju bandytyzmu. Aby wydobyć się z kręgów piekła, jakim stało się życie, jedni uciekali na pustynie afrykańskie, szukali opieki Boskiej w pierwszych klasztorach  chrześcijańskich. Inni szukali minimum bezpieczeństwa, czepiając się klamki możnych i wpływowych, którzy tworzyli z tych elementów posłuszne brygady, pierwsze zwiastuny późniejszego feudalizmu. Dominującym tonem opinii jest narzekanie, pomstowanie, przeklinanie wreszcie. Zajęcie Rzymu przez Alaryka poderwało do reszty wiarę w „wieczność” Romy. Poganie, jak Symmachus gorzko oskarżają  chrześcijan o spowodowanie nieszczęścia przez nieposzanowanie tradycji narodowej – święty Augustyn, przeciwnie, potępia z bólem haniebną przeszłość i teraźniejszość, która rozkłada naród. U obu dźwięczy jeszcze żywa nuta patriotyczna, lecz już w pół wieku później trudno mówić naprawdę o narodzie rzymskim. Wypowiada się otwarcie życzenia, aby zgniłe Imperium przestało raz istnieć, wzywa się tęsknie władztwa królów barbarzyńskich: wizygockich, burgundzkich, frankońskich, jakichkolwiek, byle nie było to Cesarz. W r. 476 tytuł ten był już pośmiewiskiem i Odoaker przestaje go po prostu używać. Państwo – Opatrzność przeszło przez fazę Państwa – Molocha, aby wreszcie stać się Państwem – trupem. Cesarstwo Rzymskie zabiło naród rzymski, po czym stało się samo pastwą obcych, młodych narodów.

Tak konają imperia.

Źródło: „Prosto z Mostu”, 37/1935



Kategorie:Artykuły, Historia, Źródła

Tagi: , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: