Jarosław Iwaszkiewicz – „Nieznane rękopisy pisarzy polskich” [1926]

1. Juljusz Kaden Bandrowski

A jej głos począł klaskaniem niesamowitem napełniać pokój aż po pułap, skąd zwisały pryjapowate ozdoby świecznika, aż po szyby, które dzwoniły głośno jak pijane szklanki…

— Naród — walił Budzia — naród! my zawsze z narodem… niby tak… razem…

Szamotnęła się gwałtownie i zadarłszy nogi ukazała niebieskawe kleksy wągrów nad kolanem. Budzia kwiczał donośnie, pociągając nozdrzami:

— Że to ona… że też tak… posobnie… sama…

I wciągał zdartą racią nosa zapach jej potu. Poduszki z kanapy potoczyły się na dywan.

A ona babrząc nogami w ustępliwem cieście jedwabnych materaców puklami loków zmiatała nastroszoną szczeciną dywanu…

— A to stypa! — charczał Budzia, podbierając się do skoku. Wypuczył gały oczu ni to ślimak i mówił sobie w środku: nic to… nic to… nie dziś to jutro…

— Że to ona… że też tak… posobnie… sama…

I targnąwszy ją za bluzkę rozdarł pajęczy jedwab.

 

2. Marja Jehanne Wielopolska: Renesansowe dogaressy.

Prababce mojej Henrjecie Piramida-Cybulskiej z Kurzych Stopek na pamiątkę naszego wspólnego pochodzenia poświęcam.

… nasycone purpurą ręce składając, niby na porcelanowych ołtarzach barokowe madonny, wkrąg przypominający japońskie farfury, Dolores i Agnes weszły do pozłocistej komnaty, podobnej do tej, w której koronowano ongi królów Francji i gdzie Joanna Święta (moja patronka) rozmawiała tajemnie z biskupem z Fiorawenny, tym, który usynowił przodka mojego, jaki się wybrał z uprzejmą wizytą do kwieciem płonącej Italji.

Leopardy i pardwy w kutych ze złota klatkach chciwym okiem powłóczyły za ogonami ich sukien, tkanemi ze srebra przez takich artystów, jak Gentile Fabriano albo Birra Nera. Zwierzęta nawet kochały się w ich wiotkiem ciele, jak moje konie, które ilekroć wejdą do stajni, wodzą za mną miłosnem okiem – i to wszystkie szesnaście cugowych, bo do fornalskiej stajni Pańcio czasami tylko zagląda.

Dolores rozplatała, to znów splatała miękkie i złote grzywy włosów, rozwijając je z wonnych obroży piżmowych bursztynów, jakie podobno za króla Zygmunta wyrabiała w Krakowie Barbara Parcianka, ale Agnes przytrzymała ją za ręce i rzekła głosem, podobnym do śpiewu św. Cecylji, pod której wezwaniem pisała moja ciotka Colonna-Walewska, choć w gardle złamał się jej ten dźwięk:

— Mów.

Ale Dolores zajęta była myciem swej piersi w miksturze z sześciu uncji oślej uryny i tłuczonych szmaragdów, co jej przynosiło szczęście.

Napisałam w dzień świętego Wita w 1235 roku Hedżry, od urodzenia mego 45-tym, w domu zbudowanym przez moich przodków w Snobiszkach Wielkich.

 

3. Tadeusz Miciński: Wiedźma i Templarjusz.

Ołyta siedziała w izbie—i grała na grzebieniu symfonję Szymanowskiego. Mrok połyskiwał bezmiarem fjoletów i złocenia. — Wieczór odbijał się echem w mosiężnem naczyniu, wielkiem jak komnata — gdzie zabiegliwa gospodyni hodowała gruszki miłosne, groch i kalafiory. — Po bliższem zbadaniu okazało się, że mechanizm, zbudowany przemyślnie w strzesze ukraińskiej chaty, rękami domorosłych inżynierów — specjalnym systemem rezonatorów odpowiadał na muzykę grzebienia, tworząc tajemnicze harmonje.

Ołyta w ciemnościach chaty rzuciła się do stóp Templarjusza, skoro ten nacisnąwszy znak róży i krzyża, wszedł uchyliwszy głowy. — Przed zczerniałą ikoną Perejasławskiej Matki paliły się trzy lampy czerwone, trzy szafirowe i dwie białe w niebieskie paski (zapaliła je wiedźma-Ołyta, zgodnie z przykazaniem Zend Awesty).

– Umieram z tęsknoty za wielką sztuką — szlochała Ołyta na kolanach — muszę być w Rzymie — który znam z cudnych drzeworytów Pirandella — muszę widzieć wazy bogów i rzeźby etruskie—muszę ognie czarnoksięskie wcielić w tęczowe drzewa, skały, obłoki i cienie. — Mam świat wizyj.— Muszę zmienić królestwo Bachusa na świat wolnej idei.

— Kochanko Heljosa, przybita do krzyża — templarjusz podkomorzy usiadł przy oliwkowym stole — podaj mi małorosyjski barszcz, przyprawiony tak jak na dworze Zygmunta Starego podawał pewien kucharz włoski.

Ołyta rzuciła się do pieca i odsunąwszy zasuwę, wykutą z jednego kawałka malachitu, wyciągnęła zakopcony garnek wrzącej wody (jak wiadomo woda dochodziła do temperatury wrzenia przy 100% Celsjusza). Podkomorzy odrzucił swój płaszcz z wyhaftowanym nań sybirskim szlakiem i cierniową koroną. Ujrzał swe zaciśnięte usta, swe oczy zielone, swą twarz tatarską — wynurzała się z zakopconego garnka wiedźmy.

Wówczas sobowtór ten ubrany w cejlońską czapeczkę, podobną do tej, którą wszeteczna Katarzyna wkładała w rocznicę pierwszego rozbioru Polski, otworzył usta i zaśpiewał perską pieśń mądrości:

Ptaki staną się ludźmi w nowym awatarze
Jak ty —jak ja—jak wszyscy— zielone mamy twarze.

Templarjusz pogrążył się w czarną noc nicości.

 

4. Stanisław Witkiewicz: Radość Kwiczyducha czyli Metafizyka na podwórku. Dramat W 3-ch aktach i jednej odsłonie.

Kwiczyduch Smólikiewicz (duży niecierpliwy blondyn ze śladami wielkiego powodzenia u kobiet wchodzi nonszalancko i obejmuje Hipolitę). Czy pani wiesz, że przychodzę z tropików? Nie jest niemożliwe, że mogę stać się pani kochankiem.

Hipolita Orsza (podstarzała bruneta ze śladami wielkiego powodzenia u kobiet). Jeżeli, Dusiu, pragniesz zostać dla mnie czemś więcej, niż był ś. p. hrabia Baltazary Orsza, musisz się poświęcić na ołtarzu moich nigdy nieprzebranych chuci.

Kostrojnisia (perwersyjna dziewczynka—lat trzynastu). Ależ, Hipolito, skoro pan Kwiczyduch Ciebie pożąda, dlaczegóż nie zadośćuczynisz jego słusznemu żądaniu?

Hipolita. Odejdź, bo ci dam w mordę!

Żandarm (wchodzi, salutuje). Melduję panu profesorowi, że Akademja Nauk Metafizycznych powołała go na katedrę glosatora Bertranda Russela (wychodzi).

Hipolita. Mój mąż ś. p. Szambelan Baltazary nie zwracał uwagi na takie głupstwa metafreyczne.

Kostrojnisia (do Hipolity). Patrz, oto nadchodzi nasz kochany Ludwik XVI. Jakże się cieszę z jego widoku.

Ludwik XVI. Wprawdzie mam zginąć na szafocie, ale lubię ładne kobietki (obejmuje Hipolitę i całuje ją).

Hipolita. Ludwisiu, jak Ty umiesz całować!

Kwiczyduch (wyrywa palmę z wazonu i uderza nią Hipolitę).

Hipolita. Umieram niewinna (pada i umiera).

Kostrojnisia (usiłuje otworzyć drzwi). Puśćcie mnie! Puśćcie!

Ludwik XVI. Moi państwo, te drzwi są zamknięte. Tu w ogóle niema wyjścia.

Kwiczyduch. Wasza Królewska Mość racz teraz zdechnąć. (Rzuca się nań, Kostrojnisia usiłuje ich rozdzielić. Trup Hipolity powstaje i bierze udział w bijatyce. „Obszczaja rukopasznaja schwatka“).

Kurtyna.

 

5. Eliza Orzeszkowa

Nazajutrz całkiem już o zmroku znowu Petronelcia od kowalowej świekry wracała. Szła tym razem rozmarzona, nie myśląc o dziadźkowych kułakach i babczynych ślepowrotach. Co moment przy ciskała ręką to coś, co na piersi pod koszulą miała. Mrucząc pod nosem powtarza wciąż: niby gdzieś., podzieli się, poszli, niby gdzieś… z strzelbami…

Wtem, u końca ścieżki, przy urwisku, porośniętem liśćmi drobnej maciczki polnej, gdzie niebieskie kieliszki mysich nocniczków pachniały mocno pomiędzy pękami lisich kitek, gdzie niegdzie przetykanych wielkiemi gwiazdami żółtych judzkich oczek, pomiędzy gęstemi krzakami ostów, a rosnącą za płotem ogrodu jabłonią, ktoś ją czarnem opalonem rękiem za kraj zgrzebnej koszuli, wymykającej się z pod czerwonej spódnicy, przytrzymał. Zwinnie przez niski płot przeskoczywszy Petronelka świszczącym głosem powtarzać uporczywie jęła:

— Niby gdzieś… poszli, podzieli się… u kowalichy… niby jakieś…

Środkiem domostwa, które było starem, zgrzybiałem i czapką strzechy przykrytem, z naręczem sapieżanek w wydętym fartuchu stary Ambroży ku niej postępował.

— Przybiegliśmy, zobaczyliśmy — krzyknął do nas — ano oficer, tatku, oficer! — Tu żegnać się świętym krzyżem począł, jak gdyby widmo jakieś czy krwawego upiora spostrzegł.

— Niby gdzieś… poszli, do lasu… do lasu…

 

6. I. K. Iłłakowicz: Obrazy imion.

 

IGNACY

W każdym stanie ze swoim fachem się rozminie:
Jak urodzi się stróżem — to będzie grał w kinie;
Gdy chemik — to mąż stanu; polityk — gdy pianista,
Gdy wielki pan lub aktor—to z niego dzielny socjalista.
Do ciężkiej często u nas używany pracy:
Maluczki może zwać się jak wielcy — Ignacy.
W każdym fałszywym fachu szczęściem znaczony Ii weną
Lecz biada mu, gdy jarzmem sprzęgnie się z Heleną.

LUCYNA

Imieniem tem znaczone nici kiedy snują Parki,
Piękna jarzmi najeźdźców, a brzydka kucharki.
I chyba w zdaniu mojem wcale nie przesadzę.
Gdy powiem, że obydwie czyhają na władzę.
Jeżeli jednej śpiew syreni nami sprawiał rządy,
Inna nad grzesznym literatem srogie odprawuje sądy.
Zawsze jednak ogromne talenta w pięknej głowie chowa.
Władcze gdy Kotarbińska, a kulinarne kiedy Ćwierciakiewiczowa.

Źródło: Julian Tuwim, „Antologja polskiej parodji literackiej”, Warszawa 1927



Kategorie:Satyra, Źródła

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: