Jan Twardowski – „Tryptyk” [1935]

l. NARODZINY.

Zejść z łóżka bosymi nogami na chłodnej podłodze zapłakać  –
l dziecko z siebie jak światło na rękach w pokój wyśpiewać –
przytul się cieplej do piersi, nie wiem, noc zimna jakaś
przeżarła mnie bólem na przestrzał i ciebie w życie zamknęła.

Wplątane w gwiazdy balkony zamilkły mych kołder szelestem  –
leżysz na piersiach z księżycem w swych włosów najbielszej zieleni –
okna przekwitły w rolety, nie płacz, z mamusią jesteś
ktoś niebo zamyka w podwórzach – wiatr – cichy poeta Jesienin.

Będziesz się targał, szamotał, pięściami po niebie wiosłował –
nogami szkło ziemi rozbijał, ustami darł szmatę przestworzy –
aż kiedyś, kiedyś o świcie, śmierć ciebie srebrem wywoła –
l pójdziesz o oczach zamkniętych gdy z życia cię wolno otworzy.

2. LUNATYK.

Wymiary dalekich krajów – twe oczy – z wieczorem płyną –
i usta rozplotły się w ciszę jak zboże w niebo i w lato –
nie wiemy nic, że nie żyjesz, że przyszło dawno ci zginąć –
że w oknach cieniami rolet jesienią szlochasz ku kwiatom.

Gdzie jesteś? Przez szpary we drzwiach deszczem swych włosów przetryskasz –
spojrzeniem oczu zamkniętych wtulasz nas w pościel jak w błękit –
kiedy zbudzimy się ze snu, dzień cię pochłonie jak kryształ –
tylko na dachach blaszanych rozkwitnie liściem kwiat ręki.

A kiedy wzniosą rolety i ścichnie najbielszy deszcz włosów –
i miasto złoży się świtem w kamienny ulic prostokąt –
wyjdziemy znowu jak wczoraj wsłuchani w butów swych odgłos –
my ludzie, zwyczajni ludzie, jak wczoraj wyjdziemy – dokąd?

3. AKT.

Wisła wszeptała się w ciszę – domami bawi się we śnie –
pójdziemy razem do domu – gdy księżyc w oknach się zwełni –
położysz mi dłonie na piersiach – przedłużysz w wiersze i w pieśni –
wiedziałem, że kiedyś tak będzie, wiedziałem, że kiedyś się spełni…

A potem wkołysać się w łóżko jak łzami zapachem drzewa –
wsłuchać się w drzwi rozpłakane i w księżyc w krzesłach uśpiony –
i włosy Twe rozcałować, ustami Twe ciało rozśpiewać –
aż śniegiem spadną rolety – akacją koszul zrzuconych.

Nogi pod kołdrą się splotą kwitnącą, zieloną trawą –
zapaść się razem i zasnąć – trzymając się mocno rękami –
wsłuchać się w księżyc co w łóżko dzwoniącym się weśnił zegarem –
i w wiatr, w ten wiatr co w nas zapadł o domy się tłukąc drzewami.

Źródło: „Pion”, 36/1935



Kategorie:Poezja, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: