Stefan Napierski – „Elegia” [1936]

W blasku, któremu równa bielą pusta karta,
Rozścielam się pod tobą jak dłoń rozpostarta,
O, wielkie niebo! widne odziemskim obłokiem,
Jasną bezdeń widzący już nie własnym wzrokiem.
Jak rozsadzane wzdętym naporem tętnice,
Spod brwi sklepionej stromo tnące błyskawice
W dno ryją się przepaści: odwróconą wieżą;
Drgają struny promieni, które bezkres mierzą.

Rzece, zamknionej w sobie, brzeg mrokiem nie przeczy,
Oswobodzone od nas, spoczywają rzeczy,
Tam morze leży płasko, snem zdjęty artysta,
Cisza przed nawałnicą i melodia czysta.
Warga szemrze bezgłośnie, nie znająca dźwięku,
Oddech drga zawieszony, jak ptak drżący w ręku,
Krew wzbita do zenitu, jak gwiazda polarna,
Czuwająca by słońca mełły się jak żarna,
Niebiosa są otwartą w uniesieniu zgłoską,
Która ryje swą słodycz na tablicach z wosku,
Płuco, unosząc zwolna pierś, jakby nakłutą,
Zapomina o żebrach, ciosanych przez dłuto.
Po szczeblach tych się wspinam, ledwo przebudzony,
W błogość różano-mroźną, w młody raj zielony.

Jak na szypułce jabłko, spada w czeluść oko,
Oglądając dno blasku jak piasek potoku.
Znów fala zwisa stromo na spienionym szczycie,
Samo sobie zastygłe przygląda się życie,
Warga trwożna uśmiechem nad jabłonką białą
Nie nazwie kształtu, który wyśpiewa jej ciało.
Onieśmielone ptaki trwają lotu cieniem,
Przesuwanym po tafli skrzydeł przypomnieniem,
W liściach wiąże się ranek zarysem westchnienia,
Który strugom dowodzi mgiełką ich istnienia,
Z obłoków łowi oczy, martwo rozchylone,
Gałęzie gięte wodą, odbiciem zjaśnione,
Po czym w otchłań różaną, światłem rozśnieżoną,
Opadają łodygi na śmierć wyznaczoną.

Powierzchnię toni wiatry gdy wyjące wzburzą,
Słońce rozkwita nagle płomienistą różą,
Jak tętno, które sączy zblakłej krwi ostatki,
Błamy wód zasnuwają purpurowe płatki,
Opada czerń wypukła, a zieloność siwa

W grozie ku księżycowi samotnie podpływa,
U góry wytężona trwa w zmiennym kołysie,
Jak Bóg, któremu wszechświat po raz pierwszy śni się.
Po czym rozpęka fala; tak senna źrenica
Łamie horyzont, który blaskiem ją zachwyca,
Przestrzeń pustynną zwiera w niebotyczne kręgi
Punkt światła, do okropnej rozrosły potęgi,
Lin ją, co biegnie w czeluść z oka wystrzelona,
Okala przestwór: zanim krąg więziony skona.

O, nieistnienia prawo! Bieli! Światło czyste,
W bezkres, znikąd i w nigdzie, dla siebie rozprysłe,
Które ogląda ślad swój jak odrębną strzałę,
Co bezcielesnym w pustkę posuwa się ciałem;
Zawieszona dygoce i przez wieczność zwleka,
Aż pchnie ją, aż odrzuci źrenica człowieka.
O, locie nieruchomy! Cóżże łzy te znaczą,
Gdy spływam, trup spłukany, na szczęśliwym płaczu?

Źródło: „Skamander”, grudzień 1936



Kategorie:Poezja, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: