Karol Irzykowski – „Niezrozumialstwo inter augures (słaba odpowiedź osaczonego zrozumialca)” [1924]

Jeżeli dotychczas jeszcze nie ma dzieła, które by szczegółowo, a nie pobieżnie i „syntetycznie”, ukazało całokształt poezji polskiej od r. 1918, to z powodu nie wyznanej trudności: oto znaczna część utworów tej doby jest niejadalna, to znaczy niezrozumiała. Weźmy choćby kilka ciężkich tomów działalności poznańskiego „Zdroju”, utwory obu Hulewiczów, Stura, dalej ostatni zbiorek Brzęczkowskiego, znaczną część utworów Iwaszkiewicza, Millera, Kozikowskiego, Zegadłowicza, Napierskiego – ba, trzeba by dużo wyliczyć, bo zdaje mi się, że tylko utwory Tuwima, Lechonia, Wierzyńskiego są zupełnie wolne od ustępów niezrozumiałych. Napotykamy na gąszcze, grzęzawiska, trzeba omijać, przeskakiwać, bo przebrnąć się nie da, a najczęściej wypada zawrócić z drogi.

Przed kilkunastu laty zajmowałem się sprawą niezrozumialstwa w Polsce (w zbiorku „Czyn i słowo” rozdział pt. Niezrozumialcy). W Polsce, która by chciała być Francją Północy, lecz zamiast naśladować francuską jasność i dobitność, woli niemiecką mglistość – zaiste ponad swój rzeczywisty stan intelektualny, który by takich nadzwyczajnych sposobów wysłowienia jeszcze nie potrzebował.

Każdy autor ma prawo do pewnego procentu niejasności, lecz usiłuje go chytrze powiększyć. Pośpiech i trudność czy połowiczność w chwytaniu swych myśli dyktuje mu słowa i zdania pierwsze z brzegu i tak powstaje niezrozumiałość, powstają okresy i ustępy, które on sam wprawdzie może rozumie, póki jeszcze żyje pełnią wrażeń z tego zdarzenia wewnętrznego, co go popchnęło do szukania słów i zdań – lecz których nie rozumie już czytelnik ani krytyk, nie znający owych przesłanek. Rozgrywa się cicha walka między stroną piszącą a czytającą. Mimo częstego szykanowania poetów przez prasę, mimo bojkotu handlowego, tj. niekupowania ciemnych książek, walka ta od dawna skończyła się klęską czytelnika i krytyka. W pomoc przyszły autorom cztery walne autorytety: Wyspiański i Brzozowski, Miciński i Norwid, twórcy mgieł i ciemności, i wytworzyli atmosferę tolerancji dla wszystkich zarozumiałych niezrozumialców. Terroru dokończyły potem najnowsze doktryny estetyczne, usłużnie dając ordynarnej niezrozumiałości teoretyczne uzasadnienie.

Raz, zdobywszy się na odwagę, poprosiłem jednego z młodszych poetów, aby mi był łaskaw wyjaśnić tak po prostu, po ludzku, swój niezrozumiały dla mnie utwór. Jestem bowiem zdania, że da się to zawsze uczynić, choćby oczywiście przy tym padały ofiarą delikatniejsze odcienie utworu. Szło mi nie o to, żeby ten pan pomógł mi zrozumieć wszystkie głębie utworu, bo takie zrozumienie ma być niejako miłosnym stosunkiem między autorem a czytelnikiem, więc – odbywać się w cieniu – lecz o to, żeby mi pomógł utwór przynajmniej przeczytać, to znaczy: przeczytać nie tylko litery i słowa, lecz i to, czego bym ewentualnie miał nie zrozumieć, czyli żebyśmy ustalili przedmiot nierozumienia.

Spojrzał na mnie z litościwą pogardą, bo już sama propozycja wydała mu się czymś okropnym i bluźnierczym. Streścić!? Wytłumaczyć!? Nie, stanowczo Irzykowski nie zna się na poezji. Wreszcie z uśmiechem pobłażania jął mi tłumaczyć jak dziecku, powiedział na wstępie, że to jest wizja, że należy sobie wyobrazić taką a taką sytuację, że to a to się dzieje, a wówczas z tego wypływa to właśnie, co jest napisane. Nie chcąc go fatygować, wnet mu przerwałem, bo zobaczyłem, tak jak się tego od razu domyślałem – że żadna otchłanna myśl tam się nie zawierała, tylko że po prostu wysłowił się niedobrze i niedostatecznie, nie przemycił czytelnikowi niepostrzeżenie przesłanek, potrzebnych do wywołania wizji. Gdym to poecie oświadczył, ubolewał nad moim racjonalizmem, nad chęcią zredukowania rzeczy delikatnych do trywialności itp.

Tak postąpili ze mną pp. Słonimski i Witkiewicz.

Przez pewien czas miałem pewien respekt przed tymi niezrozumialcami, zastanawiało mnie bowiem to, jak oni siebie wzajemnie rozumieć mogą. Wydawali mi się sektą wolnomularzy, którzy porozumiewają się z sobą tajnymi znakami, mnie nie znanymi. Tak się przecież wzajemnie wychwalali. Aż razu pewnego p. Iwaszkiewicz tu, w „Wiadomościach”, napisał, że nie rozumie wierszy Millera czy kogoś innego. Odetchnąłem. Jeżeli Iwaszkiewicz, ten ostatni krzyk polskiej poezji, nie rozumie Millera, to mogę się i ja nie wstydzić, że nie rozumiem ani Millera, ani Iwaszkiewicza, ani tym bardziej Rytarda. A nawet zatarłem ręce swojej duszy, to znaczy ogarnęło mnie uczucie złośliwego zadowolenia z tego powodu, że ci wszyscy panowie nie tylko się wzajemnie nie rozumieją, lecz nadto muszą udawać, że jest inaczej.

Ale co oni sobie z tego robią! Piszą w natchnieniu, każde ich słowo jest „konieczne” – oni sami nie są od rozumienia, tylko od pisania, a ty, krytyku, czytaj i susz sobie głowę!

Pewien samotny poeta, mieszkający na prowincji, przysłał mi swoje dramaty ekspresjonistyczne. Nie rozumiałem i napisałem mu to, przytaczając innych niezrozumialców. Odpisał mi:„Utworów Hulewicza i Stura nie rozumiem, poematy Zegadłowicza – niekiedy, Olwida – zawsze. Mój dramat czytało kilkanaście osób. Wszyscy zrozumieli. Byli wzruszeni. A to jest najważniejsze”.

Więc oni zrozumieli, a Irzykowski był taki tępy, że nie zrozumiał. Lecz co się okazuje? Byli wzruszeni, a to najważniejsze. Nasuwa mi się podejrzenie, że zadowalali się tylko jakimś ogólnym uczuciem, nastrojem, nie troszcząc się o zrozumienie związków pragmatycznych wewnątrz dramatu. Czytelnicy i widzowie w Polsce stali się bardzo mało wymagający co do zrozumienia. Niezrozumienie tego, co się czyta lub widzi na scenie, stało się czymś normalnym. Mało kto stara się zrozumieć. I z tego powodu teatr w tym przynajmniej upodobnił się do obrządku religijnego, że jak pobożni chłopi słuchają mszy śpiewanej w tekście łacińskim, tak nabożny widz posłusznie pozwala, żeby mu ze sceny gadano wszelkie nonsensy i brednie w imię ekspresjonizmu.

Drugi akt Strasznych dzieci Rostworowskiego zawiera mnóstwo ustępów niezrozumiałych. „Zamknę jej sztyletem paszczę”. Aktora, który grał główną rolę w tej sztuce, pytałem, czy rozumie te ustępy. Odpowiedział szczerze, że nie. Mimo to grano tę rzecz kilkanaście razy. Autor był na próbach, nikt jakoś nie starał się dowiedzieć, o co chodzi. Wytrzymał i on, i aktorzy, i publiczność.

W polskiej literaturze rozchodzą się od lat wielu smrodliwe dymy niezrozumiałości.

Niezrozumialcy są smutni, ale dumni. „Nie rozumiecie nas? Nic nie szkodzi, poczekamy. Tyle arcydzieł okazało się później łatwymi (?). My piszemy, co nam natchnienie(konieczność) dyktuje”.

Ale powiadam wam: Więcej bredni powiedzieć może głupiec w pięciu minutach, niż mędrzec przez pięć lat odgadnąć.

Czy z tego powodu głupiec ma tryumfować nad mędrcem?

Czytałem i rozumiałem Kanta, Simmla – ale nie rozumiem wyżyn pana poety Iksa. Na mecz rozumienia rzeczy trudnych istotnie, a nie formalnie, gotów jestem wyzwać wszystkich w Polsce – weźmy sobie za pole do popisu wydane świeżo rozprawy Lacka o Wyspiańskim, zobaczymy, kto więcej zrozumie. Lecz powiecie, że to są pisma rozumowe, których psim obowiązkiem jest przemawiać do rozumu – że inne prawa mają pisma poetyckie, które mówią do uczucia. Więc owszem – czytywałem z wielką satysfakcją utwory maga niemieckiego, Momberta, zwłaszcza Der Gluhende, i gotów jestem wyjaśnić, jak je należy czytać i „rozumieć” – wątpię, żeby kto wytrzymał ze mną konkurencję pod tym względem. Wiem, że „rozumieć” – to nie znaczy redukować utwór do jakiejś trywialnej maksymy. Lecz musi być przecież jakiś godziwy stosunek między wysiłkiem rozumienia a wartością rzeczy zrozumianej. Za geniusza widocznie uważa się pan Iks, jeżeli imputuje mi, że dla zrozumienia jego wierszy muszę poświęcić tydzień czasu. Jeżeli już mam koniecznie czytać łamigłówki, to wolę studiować teorię Einsteina.

Pojmuję i uznaję prawa i urok niezrozumiałości. Fascynował mnie niegdyś wiersz Goethego „Wanderers Sturmlied”, którego nie można zrozumieć bez komentarza; lecz poznawszy komentarz, ma się z tego wiersza swoistą przyjemność. Goethe, idąc wśród burzy do Sesenheim, do swojej Fryderyki, krzyczał te wiersze do grzmotów i błyskawic, upojony burzą, miłością i własnym geniuszem – na szczycie tych swoich uczuć i wrażeń nie znajdował logicznych zdań, mówił chaotycznie, próbując jakiejś nowej mowy bogów.

Są utwory sezamowe; są utwory – tajemnice, do których nie ma klucza, bo autor go utopił; są inne, w których klucz jest schowany tak, by go odkryła tylko współczująca dusza. Niezrozumiałość staje się tu wprost formą, ale ta forma musi być uzasadniona szczególnymi okolicznościami. Trzeba się przynajmniej przed samym sobą i swoim Bogiem wylegitymować, że się naprawdę miało co ukrywać lub że naprawdę nie mogło się znaleźć słów odpowiednich.

Te utwory, które mam tutaj na myśli, są niezrozumiałe, lecz są czytelne. Można po nich niejako spacerować myślą wzdłuż i wszerz z wrażeniem, że się chodzi wśród skrzyń z zamkniętymi skarbami. Jeżeli się nie rozumie, to się wie, czego się nie rozumie. Utwory naszych niezrozumialców są po prostu niedostępne, to znaczy, że gdy się np. przeczyta pierwsze cztery linie, nie można się już posuwać dalej. Wiem – trzeba dać poecie pewne „for”, trzeba mimo przeszkód czytać go dalej, często dopiero koniec objaśnia początek. Ale czytywałem niektóre wiersze pana Napierskiego dwa razy- bez skutku, nic mi się nie sumowało.

Tajemnica jest źródłem i rdzeniem poezji, powiada Hebbel. Lecz niezrozumiałość i bredzenie nie jest jeszcze tajemnicą ani głębokością. Poeci wielkiej miary kończą swoje utwory dotarciem do ostatecznych tajemnic, otwarciem perspektyw nieskończoności i szaleństwa; poeci małoduszni i aroganccy od razu zaczynają z najwyższego tonu niezrozumiałości.

Więcej zagadek beznadziejnych wytworzy głupiec w ciągu pięciu minut, niż mądry zdoła przez lat pięć rozwiązać!

Niezrozumiałość jako gatunek jest co prawda poniekąd uzasadniona nowoczesną i chwalebną potrzebą poezji, by się demokratyzować. Nie na tym bowiem polega demokratyzacja poezji, żeby pisać o chłopach lub chłopskim językiem i chłopskim rozumem. Lecz na tym, że oto poezja powoli anektuje dziedziny dotąd jej niedostępne:1) dziedzinę rzeczy niesalonowych i „wulgarnych” (pionier Boy); 2) dziedzinę rzeczy „nudnych”: bo powiedzenie Woltera, że każdy gatunek poezji jest dobry, byle nie nudny, przestało być aktualne; czasem przygotowanie pewnych wyjątkowych efektów wymaga wiele nudziarstwa, i oczywiście źródłem rozkoszy estetycznej są nie te nudne etapy, lecz ów nienudny już efekt; 3) dziedzinę rzeczy niezrozumiałych lub zbyt osobistych, albowiem poezja nie może się zrzec swoich ziaren, także i tutaj zawartych.

Ale ta niezrozumiałość, która śmierdzi w naszej literaturze, nie stąd pochodzi. Jest ona po części mimowolna, a po części wypływa z doktryn mylnych, lecz dających pole żądzy imponowania.

Zna Pan (Pani) zapewne ludzi, zwłaszcza kobiety, które w rozmowie z tobą od razu wpadają in medias res i o sprawach i osobach, których wcale nie znasz, mówią ci tak, jakbyś je znał również, bo nie przyjdzie im na myśl, że to, co im głowę wypełnia, mogłoby tobie być obce. I dopiero w kwadrans zaczynasz się orientować, o co chodzi; jesteś jak na przedstawieniu w kinie, gdyś przyszedł w środku seansu. Tacy są i niektórzy pisarze: bez wyobraźni czy bez litości, bo nie mogą czy nie chcą wczuć się wduszę czytającego. Nie mogę o nich powiedzieć, żeby mieli siano w głowie, ale mają tam z pewnością kiełbaski. Oczywiście nie chodzi o każdego czytającego, lecz o tych, którzy przystępują do lektury przecież z dobrą wolą i znacznym przygotowaniem intelektualnym.

Istnieje też pewien typ umysłów, które jak gdyby od urodzenia posiadały pociąg do skojarzeń paranojskich, do skoków wyobraźni, które nie są lotem, lecz wybrykiem. Miałem kolegę dziennikarza pisującego wierszowane szarady, których absolutnie nikt odgadnąć nie mógł, bo autor zamiast swoiście szaradowego definiowania pojęć dawał jakieś pokiełbaszone poszlaki. Szkoda, że nie mogę tu przytoczyć tego futurysty. Takimi poszlakami pisuje dzisiaj wielu naszych poetów. Lecz gra skojarzeń nie jest jeszcze grą wyobraźni.

W niniejszym artykule, który ma cel raczej publicystyczny, nie chcę się wdawać w polemiki i roztrząsania zbyt fachowe, ale muszę zwrócić uwagę, że teoria futurystów o jukstapozycji i o jak największym rozpięciu różnic między rzeczą porównywaną a tą, z którą się porównywa, że ta teoria sprzyja plenieniu się zupełnie jałowej niezrozumiałości. Szukać dzikich metafor, obcinać węzły logiczne – dobrze, ale za tę swobodę trzeba prawdziwym złotem zapłacić i jeszcze samą treścią utworu udowodnić, że tak było naprawdę potrzebne. Ale czytam np. wiersz p. Brucza na temat ulicy i widzę w nim tylko ornamentację futurystyczną; natomiast treść, to jest przebieg wrażeń i szeregowanie ich, wyjęte spod tych obsłonek, jest po prostu jakby ustępem ze zwykłej powieści opisowej.

W pracowniach poetyckich odbywa się na gwałt tasowanie różnych słówek i próbowanie, co z tego wyniknie. Ale przyłóż nawet cholewę do księżyca, zawsze coś z tego będzie, dziwne i niespodziewane. Kalejdoskop słów dla dzieci. Zielona biegunka skojarzeń, czyli „Wniebowstąpienie” p. Rytarda.

Wielu poetów myśli też, że tak należy postępować, że takie skojarzenia są uzasadnione, ponieważ dusza jest faktycznie państwem samych niezrozumiałości, irracjonalności, a to małe pole, które jest w niej zrozumiałe, jest wyjątkiem na rzecz podłej praktyki życia. A więc poeta, chcąc być szczery, musi gadać językiem tego państwa.

Lecz to jest myślenie impresjonistyczne, a wszakże my chcemy dziś być ekspresjonistami, chcemy szukać wyrazu. A wyraz musi być przecież czymś odrębniejszym niż rzecz wyrażona. Tedy nie potrzebuje być także sam chaosem ani naśladować chaosu. Wyraz jest rodzajem rezygnacji z pełni chaosu, dobrowolną degradacją, wybraniem jednej wąskiej uliczki. To jest jasność. Czytałem raz, że kubizm w malarstwie jest odrodzeniem świata z ducha geometrii. Chaos rzeczy zyskuje w kubach przejrzystość. Takie też mogłoby być nowoczesne uzasadnienie jasności i zrozumiałości w literaturze.

Jasność jest wyspą wulkaniczną…Zresztą proszę zobaczyć zacytowaną tu już rozprawę o „niezrozumialcach”. Tam jest wykazane, że i jasność jest fikcją, zrobioną z materiału chaosu. A więc skoro tak jest i skoro chaos ma być czymś szczególnie dostojnym, tedy i tej jasności wstydzić się nie potrzebujemy. Ale o tę fikcję właśnie chodzi, bo jest ona wartością wyższego rzędu.

Teraz z kolei zapewne ja wpadam w niezrozumiałość. Ale właśnie na tym kończę, kiedy wy od tego zaczynacie.

PS. Jestem świadom tego, że także w moich pismach i artykułach znajduje się wiele ustępów niezrozumiałych, niedostatecznie wyrażonych. Jest to wynikiem pośpiechu, niedokładnego skontrolowania siebie, lub wynikiem tego, że są rzeczy, które zachowuję dla siebie samego. Ale gotów jestem udzielać o ile możności wyjaśnień na bezimienne zapytania każdemu, kto tego zapragnie i zwróci się do mnie, wskazując szczegółowo taki ustęp.

Źródło: „Wiadomości Literackie”, 21 września 1924



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: