„Podróż do Rzymu odbyta w roku 1861 przez Feliksa Borunia, Włościanina wsi Kaszowa pod Krakowem” [część I]

I.

Od trzech lat przyszła mi myśl z serca, aby iść w świat do Rzymu na takie utrudzenie ciała, czyli na pokutę. Lecz że straszyli wojnami, więc się wstrzymywałem. Ale kiedy mi Bóg przemówił do serca, aby spełnić przyrzeczenie i pragnienie wewnętrzne, przeto nie uważałem na wojnę ani na to, że potrzeba mieć kilka języków w obce kraje, tylko z moim polskim poszedłem. – Chciałem iść do Jerozolimy, ale mi Ojcowie Kapucyni odradzili, iż tam znajdę wielkie przeszkody; mimo tego, gdyby mi Bóg pozwolił, tobym i tam zaszedł, tak jak się i do Rzymu dostałem. – Moje pragnienie udania się w podróż chowałem w tajemnicy, i przed córką nawet dopóty nie powiedziałem, dopóki mi paszport nie przyszedł. Umówiłem się nawet z urzędnikiem paszportowym, aby nikomu nie powiedział i tak też było. Ale gdy się urzędnicy paszportowi przemienili, ten drugi następca, którego tajemnicą nie zobowiązałem, rozgłosił moją podróż i powołał mnie do stawiania się w urzędzie, Córka moja myślała, że mnie do aresztu wołają, ale gdy się jej przyznałem, płakać rzewnie poczęła, mówiąc: „Już też tatusiu nie wrócicie, kiedy się w tak daleką podróż wybieracie.” Odradzali mi i panowie urzędnicy, lękając się, abym się w drodze gdzie nie zatracił. Ale ja na wolą Boską się spuściwszy i opiece Matki Boskiej oddawszy, ruszyłem w podróż. Gdy już otrzymałem paszport, opowiedziałem się księdzu proboszczowi w Liszkach, który mi też podróż odradzał, mówiąc: „Masz tu pielgrzymki blisko, więc je tu odprawić możesz, a daleko nie chodź, bo tam są wojny i źli ludzie, to cię zabiją a marnie zginiesz i do domu nie wrócisz” – Alem ja na to nie uważał, tylko pożegnałem pięknie księdza proboszcza, a do Pana Jezusa w kościele się pomodliłem i w mojej myśli trwałem. Wreszcie, gdy ksiądz proboszcz raz jeszcze mnie odwodził od niego postanowienia, a to przez miłość i troskliwość o mnie, rzekłem mu: „Już Dobrodzieju, co postanowiłem, nie odmieni się; ale ja proszę księdza proboszcza o metrykę, bo jeśli mi śmierć zajrzy w oczy, to ją przyjmę z woli Bożej, ale ludzie wiedzieć przecież będą, że jestem chrześcijaninem i chociaż „Zdrowaś Maryja” za duszę moją zmówią” – Potem wybierając się w drogę, prosiłem księdza proboszcza o błogosławieństwo kapłańskie, bo też to jest pierwszym krokiem; a gdy mi go ksiądz proboszcz dał, gotowałem się do podróży. Nazajutrz rano przeprosiwszy sąsiadów i córkę, oraz pożegnawszy ich serdecznie, ruszyłem w drogę, a to było w tydzień po świętym Wojciechu. Córka w wielkim lamencie i żalu odprowadziła mnie aż milę przy Wiśle, gdzieśmy się nad sobą popłakali i pożegnali. Ja ztamtąd poszedłem sobie już sam piechotą do Kalwaryi pod Wadowicami. Tam obszedłem dróżki, a po odbytej drodze krzyżowej, przez którą chciałem uczcić święte ślady Pana Jezusa, zażądałem spowiedzi świętej, której też dzięki Bogu dostąpiłem, i tak pokrzepiony na duchu, zastanawiałem się, którędy by się tu najlepiej dostać do Rzymu?– Byli wprawdzie w naszej wsi wojacy, którzy włoski kraj znali, ale nie bardzo im dowierzałem i szukałem lepszej rady. – Otóż i łaska Boża tego dokonała, iż spowiadając się i oświadczając ojcu duchownemu, że mam intencyą iść do Rzymu, tenże zakonnik mi powiedział, iż w liczbie duchownych na Kalwaryi, znajduje się jeden kapłan, który był w Rzymie i którego mam się zaradzić. – Jakoż udałem się po spowiedzi do niego, i ten poczciwy zakonnik wszystko mi opowiedział i doskonały trakt oznaczył. Ja pragnąłem całą tę podróż piechotą obejść i morza ominąć, ale mi na to zakonnik powiedział, że tam lądem są wielkie góry i droga nie do przebycia. Kazał mi więc iść na Wiedeń i Tryest, a z Tryestu przewieść się morzem do Wenecyi, a ztamtąd przez piemoncki kraj do Rzymu. – Usłuchałem go więc i ruszyłem odrazu w dalszą drogę. – Miałem na całą podróż sześćdziesiąt reńskich, które sobie z własnej pracy, jako nie posiadający gruntu, przez wiele lat oszczędzałem; lecz z tych ukradziono mi 15 reńskich, a więc mi 45 pozostało. – Ale że zrobiłem sobie taką intencyą na chwałę Bożą, aby od nikogo, na tę drogę, ani też w drodze pieniędzy nie brać, i całą podróż piechotą odbyć, a nawet podwody gdyby mi ją kto ofiarował, nie przyjmować, przeto i o tym funduszu puściłem się w drogę, mówiąc sobie tak: „że Pan Bóg i to odebrać może, i dać drugie tyle, jeżeli się Mu intencya moja podobać będzie.” Ułożyłem sobie więc modlić się najprzód za podwyższenie kościoła Bożego, za wszystkich braci, i za przyjaciół i nieprzyjaciół. Za grzeszników zatwardziałych i za dusze zmarłych, oraz za inne intencye moje wewnętrzne, o których nie mówię.

II.

Wyszedłszy z Kalwaryi opatrzony świętemi Sakramentami i dobrą radą zakonników OO. Bernardynów, ledwie na noc zaszedłem do Wadowic, gdzie na nocleg zostać musiałem; ale mnie, jako biednego, nikt przyjąć nie chciał, chociaż żadnej nie domagałem się jałmużny. – Jeden mieszczanin do domu mnie przyjął, ale zaraz o paszport pytał i podejrzywał, ciekawym będąc, po co ja się w tak daleką podróż puszczam? – Widząc, i do mnie zaufania nie ma, odebrałem paszport i trafiłem na innego, który mi wdzięcznie nocleg ofiarował, a więc u niego zanocowałem, a potem wstawszy rano, poszedłem do Kęt z kartką od zakonnika z Kalwaryi. – Tam mi radzono, abym wstępował po dworach i plebanijach, iżby mnie na drogę opatrywali, ale ja rzekłem: „Po co ja mam grosz ubogim zabierać, kiedy ja mam z łaski Boga swojego dorobku sześćdziesiąt reńskich.” A gdy mi mówiono, że mi nie wystarczy, to sobie pomyślałem, „że ani moja w tem, ani ludzka głowa, ale wola Boska i Opatrzność święta? Tak więc z Kęt szedłem przez Białą. i Cieszyn na Ołomuniec. ––Zanim doszedłem do Ołomuńca, przypadł mi nocleg w Skoczowie. Ale nie wiedząc gdzie się obrócić, spotkałem żyda polskiego, który poznawszy po mojej odzieży, że jestem Polakiem, zapytał: A gdzie ty idziesz? – Rzekłem: Idę do Rzymu do Ojca świętego, i pokazałem mu paszport, – Po co ty tam idziesz do tego papieża, (rzecze żyd) kiedy on ci nic nie da, bo sam już nic nie ma, gdyż mu wszystko odebrali? – Tego mu nie odebrali (rzekłem), po co ja idę, i co od niego będę żądać. – – A cóż ty będziesz żądać? (zapyta żyd) – Nic, tylko błogosławieństwa, Żyd się zdziwił, że po to aż idę do Rzymu, kiedy i tu można tego dostać i opowiadał, że gdy raz Biskup błogosławił, to się on aż skrył pod ławę, aby się zaś jemu co z tego nie dostało. – Ale żyd i tak niewierny, myślił, że jestem jaki zbieg i zaprowadził mnie do żandarmów, którzy gdy mój paszport przeczytali, zapisali go do książki i pozwolili, abym się przenocował. W Ołomuńcu spotkałem kilku Polaków którzy przy wojsku służyli, i jeden był z sąsiedniej wsi od nas, która się nazywa Nowa Wieś, należąca także do hr. Wita Żeleńskiego, tak jak i Kaszów, Ten więc wojak oprowadził mnie po kościołach, a potem na nocleg do koszar, gdzie spocząłem. Och! miło-to było spotkać się ze swoimi w cudzym kraju i przecież się po polsku rozmówić! Gdy już wszedłem w niemiecki kraj pod Wiedeń, to mi się bardzo ludzie dziwowali, i zaraz się koło mnie gromadzili, chcąc widzieć takiego chłopa, którego nie widują. A zaś taki miałem sposób rozmawiania się z ludźmi, których nie rozumiałem, że pokazywałem rękami, czego chciałem i kładłem na ręce pieniądze, a oni zaś brali ile chcieli i wiele się im tam należało. Gdy więc potrzebowałem chleba, tom na niego pokazywał – a nic też więcej prócz chleba nie potrzebowałem i nic więcej nie jadłem, boby mi było pieniędzy nie starczyło.

III.

Idąc gościeńcem ku Wiedniowi, natrafiałem na różne miasteczka, gdzie się krótko zatrzymywałem, bo mi się spieszyło do Rzymu, a i tak z domu do Wiednia szedłem dni czternaście. – Doszedłszy do Wiednia, szedłem prosto ulicą, która mnie w sam środek miasta zaprowadziła, a za każdym krokiem pytałem się o policyą, chcąc pasport mój okazać. – Ale z nikim zmówić się nie mógłem, bo mnie nikt nie rozumiał. Spotkałem wreszcie jednego Polaka, który mi ręką ulicę wskazał, dodając, aby się pytać o habdyrekcyą (Haupt-Direction) ale i tak trafić nie mógłem; dopiero mi Opatrzność nastręczyła małego chłopaczka, z kilkanaście lat mającego, który po polsku się ze mną rozmówił i do policyi zaprowadził. Obejrzano paszport i oddano mi go, mówiąc, że mogę iść w dalszą podróż.

Bałem się zatrzymywać w Wiedniu, bo dużo kosztuje, a wreszcie nie miałem interesu żadnego do Wiednia tylko do Rzymu, więc szedłem prosto i tak zabłądziłem w mieście, żem się już z tego Wiednia wykopać nie mógł. Ledwie wyszedłem wieczór na gościeniec i nocowałem za Wiedniem, gdzie spotkałem Polaka z austeryi, który mi dopiero pokazał, którędy mam iść do Gracu. Ale cóż, kiedy ten poczciwy człowiek myśląc, że ja chcę po drodze zbierać jałmużnę, ztrącił mnie z prostej drogi, a wypisał mi inny trakt boczny, gdzie miało być dużo dworów i plebanij. – Ten trakt największego nabawił mnie kłopotu, bo po różnych drogach utykałem, nie wiedząc czy dobrze lub źle idę? Pytałem się, ale mnie nikt nie rozumiał; ratowała mnie więc tylko kartka, którą pokazywałem i przecież się do Gracu dobiłem. – W Gracu natrafiłem szczęściem na Polaka i tam na strychu stajni przenocowawszy, poszedłem na Lajbach, gdzie z wędrownymi nocując, utraciłem piętnaście reńskich, ale nie wiem czyli mi wzięto, lub czy je wyroniłem. Z Lajbach szedłem do Tryestu o głodzie, bo nie było gdzie chleba kupić, aż zaszedłem nad morze w Tryeście, i spojrzawszy na tę moc wody, zapłakałem sobie myśląc, iż Bóg tak wielki zbiór wód stworzył, a wszystko dla świata dobrze uczynił. – Długo myśliłem, zkąd się ten obszar wód bierze i gdzie się podziewa? Ale rzekłem sam do siebie, iż to musi być potrzebne i musi to mieć swój użytek, gdy Bóg tak rozrządził.

W Tryeście spotkałem znowu dwóch wojaków z naszego kraju, którzy ujrzawszy mnie, chcieli mnie utraktować jako Polaka, ale ja im się wymówiłem, iż trunków nie używam, i tylko się im oddałem w opiekę i bardzo mi wiele dopomogli . tak przy zmianie pieniędzy jak też w wynalezieniu noclegu. Ale że oni byli ze szpitalu wojskowego, więc musieli do służby wracać, a ja już sam się znowu zostałem między obcymi ludźmi. – Nazajutrz rano wyszedłem nad morze, pytając się o okręt do Wenecyi, według tego, jak mi mówił ksiądz Bernardyn w Kalwaryi, ale nie wiedziałem jak się pytać, bom języka nie umiał, więc mnie nauczyli, abym się pytał: „Ja szif do Wenedig” i zrozumieli mnie, doprowadzając mnie do okrętu. Lecz tu mi się pytają o bilet, – ja zaś nie wiedząc czegoby odemnie żądali, powiadałem że nie rozumiem. Wtem jakiś Słowak ze służby okrętowej rozumiejąc po polsku, wytłumaczył mi, że trzeba kupić kartkę i dać za przewóz pieniędzy. – Nie wiedziałem, komu je dać?…

Kazano mi usiąść, a gdy statek miał wychodzić, kapitan mnie zawołał, pieniądze odebrał i zapisał, i kazał mi zejść na dół okrętu. Dziwnie mi się zdawało na morzu, iż obłoki na wodzie poopierane, a sprawy Boskie te cuda zrządziły. – Już ziemi nie było widać z żadnej strony, ale mię ani żaden strach nie zdejmował, ani mnie żadna mdłość nie trapiła, lecz się modliłem i oglądałem się na morze, które jakby się z samem niebem stykało. – Tak przez ośm godzin płynęliśmy do Wenecyi i szczęśliwieśmy stanęli, za co niech będzie Bogu najwyższemu chwała.



Kategorie:Pamiętniki, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: