„Podróż do Rzymu odbyta w roku 1861 przez Feliksa Borunia, Włościanina wsi Kaszowa pod Krakowem” [część II]

IV.

Gdy przybyłem do Wenecyi, strasznie byłem zadziwiony, że takie duże miasto ludzie zbudowali na morzu! – Gdzież się tam gruntu dobrali pod takie domy? i jak mogli się ludzie sadowić wśród takiej wody? – Jednak co prawda, miasto jest bardzo piękne – wszystkiemi ulicami woda płynie, a tylko gdzieniegdzie mosty są przerzucone ponad wodą. – Zawieźli mnie na łódce do miasta i dałem za to dwanaście czeskich, a ztamtąd kazałem się zawieść do XX. kapucynów, myśląc, iż tam nocleg znajdę. Ale zakonnicy pożywiwszy mnie i przykazując przewoźnikom aby ode mnie zapłaty nie brali, kazali mi jechać na policyą, gdzie paszport pokazałem. – Wychodząc z policyi spotkałem znowu żołnierza polskiego, któremu gdy oświadczyłem cel mojej pielgrzymki, zaprowadził mnie do klasztoru franciszkanów, którzy mnie radośnie przyjęli, ugościli, dali wieczerzą, nocleg i śniadanie, a potem zaprowadzili mnie na kolej. – Byliby radzi ze mną rozmawiać, ale kiedy tam włoska mowa panuje, i nic po polsku nie rozumieli. – Gdy mnie już odprawili, pojechałem koleją do Padwy, zkąd jest święty Antoni Padewski. – Tam poszedłem najprzód do kościoła świętego Antoniego, i szczęściem spotkałem znowu poczciwego Polaka z wojska, rodem z Kalwaryi, który się zaraz do mnie zbliżył, i zaczął rozmawiać, ucieszony że widzi swojego rodaka. – Ten mi mówi: „nie chodźcie do austeryi, bobyście musieli zapłacić najmniej szóstkę za nocleg; pójdźcie do nas, a my was przenocujemy.” I jakoż poszedłem z nim do koszar. – Wojaki mile mnie przyjęli, wieczerzą dali, i tam u nich nocowałem. – Ow poczciwy rodak z Kalwaryi, list mi do mojej córki napisał, i na drugi dzień dał mi kartkę do wojaka z naszej wsi, to jest z Kaszowa, imieniem Jan Hajduga, który stał kwaterą w Krispino, przy samych · Piemontach. – Z Padwy szedłem już piechotą, a chociaż mi było dwie mile z drogi, to przecież chciałem wojaka z naszej wsi widzieć, i do miasteczka Kryspino podróż skierowałem. – Przybywszy tam, nie wiedziałem, gdzieby Jana Hajdugi szukać? Wszedłem więc do austeryi, gdzie zastałem dwóch starszych, których się o Jana Hajdugę pytałem. – Ci wzięli mnie za Kroatę, i śmiejąc się, rzekli: „pocobyś ty „Krowaczu do Rzymu szedł? Ja im odrzekł, że nie jestem krowacz tylko Polak, i paszport im ukazałem. – Zaraz więc przeczytali i kazali mnie odprowadzić do koszar, gdzie mój rodak mieszkał. – Wielka była radość, gdyśmy się zobaczyli, gdyż ja mógłem mu opowiadać o jego ojcu i matce którzy żyją, i o jego krewnych i całej naszej wsi! – Ucieszony Jan, pieniądze mi zmienił, uczęstował mnie wieczerzą i śniadaniem, i dał mi jeszcze trzy złote podarunkiem, a nazajutrz mnie na drogę ku komorze odprowadził. – O milę od miasteczka Krispino, był znowu na kwaterze drugi Polak, który mnie mile przyjął i do kómory, między cesarskiem państwem a Piemontem, zaprowadził. – Tu surowo się ze mną obeszli, bo podpisawszy paszport, zaraz mnie na przewóz na rzece zaprowadzili, i ani mi się ostać na tej stronie nie dali, a przewoźniki, zamiast wziąść ode mnie dwa grosze, wydarli ze mnie dwa czeskie.

Na piemonckiej kómorze mile mnie przyjęli, paszport podpisali i pieniędzy zmienili, pokazując drogę ku Ferarze. – Jeden z urzędników rozumiał trochę po polsku i powiadał, że tylko do Ferary jedna ura czyli godzina. – W Ferarze po podpisaniu paszportu w policyi, wyprowadzono mnie za miasto, stręcząc mi nocleg w biednej i lichej chałupce, jakiej i w Polsce nie zawsze napotka. – Ferara mi się podobała, bo miasto wielkie i piękne, ale jeszcze piękniejsze zdaje mi się Bolonija. – Nie raz myślałem sobie, jak to ziemia święta uniesie takie wielkie i wysokie miasta?! – Przeszedłszy przez Boloniją, szedłem do miasta Cesano, a ztamtąd do Saviano. – W tem ostatniem mieście poszedłem do szpitalu, ale nie zastawszy tylko jakąś niewiastę, czekałem do wieczora, spodziewając się, że mi w szpitalu dadzą nocleg. – Ale wkrótce dwóch panów naradziwszy się z sobą, kazali mnie odprowadzić do policyi miejskiej. – Tam mój paszport przeczytano i puszczono, mówiąc: abym sobie szukał noclegu. – Lecz na mieście, ten który mnie do policyi prowadził, spotkał się z drugim urzędnikiem, który mnie kazał odprowadzić do więzienia. – Siedząc zamknięty i pozbawiony paszportu, pieniędzy, tobołka mojego, miałem jeden tylko przy sobie różaniec święty, na którym się modliłem. Nietylko strach ale i ciężki smutek mnie ogarnął, gdy się do więzienia dostałem; bo raz obawiałem się, aby mnie niewinnie nie zatracili, a znowu żal mi było, iż zrobiwszy tyle już drogi, do Rzymu nie dojdę i do nóg Ojcu świętemu nie upadnę. Modliłem się więc gorąco, polecając moją biedę Matce najświętszej Częstochowskiej i Leżajskiej, i prosząc o pocieszenie i wybawienie z tej niewoli. – Przez trzy dni trzymano mnie w więzieniu pod zamknięciem, dając mi na rano małą bułeczkę chleba, a na obiad trochę ryżu na misie. – Wieczór zaś pytano mi się, czy nie chcę (aqua) wody? – Przez trzy dni jadłem, ale czwartego już nic jeść ani pić nie chciałem, aż mnie do jadła gwałtem przymuszali. – Potem zaszedł wózek i koło niego stało dwóch żołnierzy na koniach; wsadzono mnie na ten wózek i odwieziono do Cesano, gdzie w policyi po obejrzeniu moich papierów uwolniono mnie. – Gdy byłem tam na obiedzie w zamku, gdzie była policya, urzędnicy na złość mi robili i pacierza mówić mi nie dali, targając mi różaniec, który miałem w rękach. – Modliłem się za tę obrazę Boską i za tych głupich ludzi, którzy myślą krzywdę Bogu robić, kiedy własnej duszy największą krzywdę wyrządzają.

Gdy mnie już wypuścili, tobołek mój i paszport oddali, byłem tak szczęśliwym i wesołym, jak gdybym się na świat narodził. – Podziękowałem Bogu za wolność, i za tę łaskę, iż będę mógł dokonać tego co sobie zamierzyłem. – Ztamtąd poszedłem do Rimini, gdzie jest Matka Boska cudowna, ale jej widzieć nie mógłem, gdyż kościół był zamkniętym. – Nie mógłem też tam dostać noclegu, więc poszedłem na wieś szukać przytułku. – Wreszcie doznawszy w Saviano takiej przygody, już się strzegłem miast, i wolałem u chłopów nocować. – Wszyscy się moim butom dziwowali, bo tam lud w trzewikach chodzi i butów nie nosi.

 

VI.

Idąc za gościńcem, doszedłem do Ankony wedle morza, i ciągle sobie o tem morzu myślałem, które mi szumiało jak las. – Patrzyłem na te bałwany, które się wznoszą jak pagórki, a znowu jak zagóny na polu się karbują. – W Ankonie paszport w policyi pokazałem, ale krótko tam zabawiłem, bo mi się spieszyło dojść czem prędzej do Loretu na cudowne miejsce. – Szedłem około Kopertynu gdzie święty Józef, ale wstąpić tam nie mógłem, bo mi było z drogi. Doszedłszy do Loretu, dopiero uciechy duchownej doznałem, modląc się w cudownym domku, gdzie Matka najświętsza Pana Jezusa wychowywała. – Tam półtrzecia dnia bawiłem, modląc się i dziękując Panu Bogu, iż mi taką łaskę wyświadczył, że mi na takiem świętem miejscu przebywać dozwolił. Wchodząc do kościoła, odezwałem się do jednego księdza kapucyna, który mowy mojej nie rozumiał. Nie wiedziałem gdzie się obrócić, ale spostrzegłszy jakiegoś pana w latach klęczącego w ławce, udałem się do niego, mówiąc iż jestem (Polako) niby że jestem Polakiem.– Ten pan pobożny zaraz mnie do szpitala, gdzie są zakonnice, zaprowadził, paszport mój oddał, i zawiedli mnie na trzecie piętro, gdzie wkrótce ksiądz polski nadszedł, i z nim się rozmówiłem. – Dano mi jeść i nocleg przez trzy dni, a ten uczciwy ksiądz polski już się mną opiekował. – Wskazał mi konfessyonał, spowiedzi wysłuchał i radą oraz miłością mnie podpierał. Trudno tego opisać, co się ze mną działo, gdym się znajdował w tym świętym domku, gdzie Duch święty nawiedził Matkę najświętszą i gdzie Matka Boska z przenajświętszym synem swoim mieszkała. – Zdawało mi się, iż jestem w niebie, a wszystko mnie tak do łez pobudzało, iż nie wiedziałem jak się modlić w takim domeczku, który się cudownie przeniósł w to miejsce, aby ludziom dopomagał do zbawienia. Bo któż może tam być, aby sercem ku Panu Bogu się nie skłaniał i miłością nie gorzał. – Po trzech dniach chciałem iść do Rzymu, ale iż napisano mi trakt przez Assyż, więc też i to święte miejsce odwiedzić chciałem; lecz mi mój spowiednik, ów ksiądz polski w Lorecie, odradził, mówiąc, iż teraz czasy niespokojne, i że mnie ladagdzie nieszczęście spotkać może, bo mnie albo napadną i zabiją, albo z reszty majątku obedrą. – Gdy więc byłoby mi z drogi, a spodziewałem się z powrotem iść jeszcze tamtędy, przeto zostawiwszy u księdza polskiego resztę moich pieniędzy do przechowania, puściłem się do Tolentynu, gdzie jest święty Mikołaj. Ksiądz mnie w Lorecie serdecznie pożegnał, i ja mu też podziękowałem za wszystkie jego łaski, i szedłem sobie dziękując Panu Bogu, iż mi pozwolił być w Lorecie. – Muszę tu powiedzieć jeszcze, że za tego księdza polskiego w Lorecie, zawsze Boga proszę, aby mu błogosławił, bo bardzo pobożna i miłościwa dusza.

Z Tolentynu szedłem do Foligno! Ale też to tam góry straszne, jakich w naszym kraju ani kto widział! – Temi górami szedłem półtora dnia a nie mógłem ich skończyć. – Zastanowiłem się, że te góry świadczą o wszechmocności Bożej, bo tylko Bogu upodobać się mogło takie góry stworzyć. – Tu dopiero widziałem morze niezgłębione, a tu znowu góry niczem niezmierzone, a wszystko dzieło Boskie i sprawy wszechmocy Pana Boga.

Z Foligno, pytałem się tylko o drogę do Rzymu, i pokazywano mi gościniec przez puste pola, gdzie ani domu nie ujrzysz, ani drzew, tylko pustki i pastwiska, na których się pasły kozy i owce, a gdzieniegdzie muły i osły. Czasem mnie strach zdejmował iść przez takie obszerne puszcze, gdzie tylko spotykałem gdzieniegdzie pasterzy z trzódą. – Dziwiłem się, iż takie piękne i szerokie pola bez uprawy leżą naokoło Rzymu, ale mi dopiero powiedziano, iż tam w lecie choroby panują, a ziemia od upałów ssecha się i nie dobre powietrze wydaje. – Niema też tam i wozów jak u nas na czterech kołach, tylko takie biedy na dwóch. – Z Foligno . szedłem trzy dni do Rzymu, aż mi się sprzykrzyło. – Na ostatnim moim noclegu przed Rzymem, widziałem w oddaleniu szerokie miasto, ale nie wiedziałem, że to Rzym; gdy mi zaś Włoch powiedział, iż to Roma, to tak byłem ucieszony i uradowany, że pragnąłem jak najprędzej doczekać się ranka, aby iść czem prędzej do tego świętego miasta. Już nawet z tego byłem kontent, że go chociaż z daleka widzę, a szczególniej kościół świętego Piotra, który wyższym jest od wszelkich kościołów. – Wybrałem się raniuteńko i modląc się doszedłem na dziesiątą rano do Rzymu. Wchodząc do bramy miasta, odebrano mi paszport i oddano drukowaną kartkę; ale ja nie wiedziałem co z nią zrobić i gdzie się obrócić w takiem wielkiem mieście; aż idąc naprost ulicą, zaczepił mnie jakiś pan odzywając się do mnie po polsku: „Toś ty Polak, mój człowieku! – A jużci Polak, odpowiedziałem, rozpłakawszy się z radości, że w Rzymie Polaka spotkałem. Rozmówiliśmy się pięknie, i ten pan rzekł mi w końcu: „Ja jestem z Warszawy, ale w Rzymie zamieszkały, więc znam Rzym, i chętnie cię zaprowadzę do księży polskich, którzy tu są, a oni cię przyjmą i będą się tobą opiekować.” Poszedłem więc za nim, a ten prowadząc mnie do kościoła polskiego, pokazał mi zakrystyję i odszedł, a od tego czasu już go nigdy nie widziałem i w Rzymie nie spotkałem. – Jamyślę, że to może nie był prosty człowiek, ale zesłana pomoc od Pana Boga. Z zakrystyi zaprowadzono mnie do księży polskich, a zastawszy księdza Kajsiewicza, opowiedziałem mu wszystko, a On mnie też z dobrocią i z sercem pełnem radości przyjął. – Ugadał się ze mną i ucieszył, że taki biedny chłopek polski przyszedł tylą drogę po błogosławieństwo Ojca świętego. Już mnie ksiądz Kajsiewicz od siebie nie puścił, tylko mi nietylko dał stancyą i przytułek, ale i żywność, oraz wszelkie o mnie miał staranie, za co niech mu Pan Jezus stokrotnie wynagrodzi i zakon jego pomnaża a błogosławieństwa mu użycza, i na tamtym świecie da mu po śmierci koronę niebieską, bo poszukać trudno takiej duchownej osoby miłosiernej i pobożnej, a dla bliźniego przystępnej.



Kategorie:Pamiętniki, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: