„Podróż do Rzymu odbyta w roku 1861 przez Feliksa Borunia, Włościanina wsi Kaszowa pod Krakowem” [część IV]

VIII.

Wyszedłszy ze wzgórza świętego Piotra, zaprowadził mnie braciszek od naszych księży do Kolyzeum (Coloseum) gdzie poganie zabawy i igrzyska miewali. – W temto miejscu, gdzie się do stu tysięcy ludzi na ławach mieściło, wszyscy męczennicy Pańscy w Rzymie za wiarę śmierć chwalebną ponieśli. – Mówił mi braciszek, iż te mury ogromne wystawione zostały w lat siedmdziesiąt po narodzeniu Chrystusa Pana, a dwanaście tysięcy żydów w niewolę wziętych, ciągle nad niemi pracowało. – Na dole zamkniętych było pięć tysięcy dzikich zwierząt, z których najgorsze i wygłodzone na chrześcijan puszczano. – Co tam ludzi wiernych katolików za wiarę zginęło, to tego ani obliczyć! aż w końcu śmierć świętego Ignacego, którego lwy pożarły, i tylko kości zostawiły, zakończyła te straszne męczeństwa. Ten gmach zwany Kolyzeum, jest okrągły i ma pięćset ośmdziesiąt jeden stóp długości, a czterysta ośmdziesiąt jeden szerokości i tysiąc sześćset ośmdziesiąt obwodu. W środku jest dziedziniec, gdzie się dzikie zwierzęta za świętymi naszymi męczennikami uganiały, a dzisiaj postawiono tam krzyż na pamiątkę, pod którym w wielki piątek przychodzi ubogi zakonnik mówićkazanie do wierpego ludu i przypominać mu Mękę Chrystusową. – To mnie podziwiało w tem miejscu, iż siła Boska to sprawiła, iż z owego miejsca gdzie się pogań- stwo pastwiło nad wiernymi Chrystusowymi, dzisiaj urządzono miejsce święte ze stacyami, gdzie wierni a bracia tych samych męczenników mogą wspominek za ich dusze odbyć, i sani się w wierze świętej utwierdzać. – A kiedy spojrzałem w górę na ten wielki budynek, gdzie kamienie jak skały ręką ludzką są wyniesione, podziwiałem znowu ten dowcip, który takie gmachy mógł powynosić do góry. – Ale gdy te cuda oglądałem, to zawsze jedno miałem sobie na myśli, iż są głupi ludzie na świecie, którzy prawdę Bożą zaprzeczają i nawet o sądzie Bożym wątpią. – Tych-to ludzi żałować wypada a prosić za nich Pana Boga, iżby oczy i uszy im otworzył, a dał poznać prawdę. – Chciałbym był, aby wszyscy tacy ludzie przyszli do Kolyzeum, i widząc miejsce gdzie tylu męczenników za wiarę świętą życie położyło, przekonali się, iżby przecież za fałsz tylu ludzi umierać nie chciało, ani od drapieżnych zwierząt poszarpać się nie dozwoliło, gdyby w przyszłe życie nie wierzyli. – Ale biada światu! iż większa część jest zagłuszonych, i ani oczu ani uszu na prawdę nie chcą otworzyć, ale sobie tylko swoje głupstwa wymyślają.

Na uroczystość świętego Alojzego byłem w kościele OO. Jezuitów; a w życiu mojem ani takiego mnóstwa światła, ani ozdoby domu Pańskiego, ani też takiego porządku nie widziałem jak tam, bo wszyscy studenci z Rzymu przyjmowali najświętszy Sakrament, który im udzielało dwóch kardynałów, a ci studenci chociaż dzieci, nie pchali się tak do ółtarza, ani nie szturchali, jak to u nas bywa, w dzień wielkiejnocy, albo w wielki czwartek, ale parami jeden za drugim postępowali, i przyjąwszy Ciało Pańskie, na bok w porządku odchodzili; wszystko tam szło jak na musztrę, czy ubieranie biskupa, czy nabożeństwo, w największym się ładzie odbywało, tak że gdzieindziej tego nie widziałem. –

Studenci dla tego tam tak licznie zgromadzeni byli, iż święty Alojzy skończywszy swój żywot jako młodzieniaszek, patronem jest młodzieży chrześcijańskiej, tak jak też święty Stanisław Kostka, który jest w wielkiej czci nawet w samym Rzymie.

 

IX.

 

Powiadali mi księża a razem inni Polacy w Rzymie, iż bardzo wątpią, aby mi się udało Ojca świętego widzieć, gdyż wówczas chorował i nie miał odprawiać nabożeństwa na dzień uroczysty świętego Piotra. – Bardzo się tem zafrasowałem, bo odbywszy tak daleką podróż, było mojem największem pragnieniem mieć to szczęście widzenia głowy całego kościoła katolickiego, ojca wszystkich wiernych, bez którego bylibyśmy sierotami. – Albowiem święty Piotr, jak to powiedziałem, jest furtyanem nieba, to też jego następca te same klucze od bram niebieskich posiada i te klucze nie kto inny tylko Chrystus Pan Zawiciel mu powierzył. – Myślałem sobie: „Po cóż też moja podróż tak daleka, jeżeli ja nie otrzymam błogosławieństwa dla siebie i dla moich od tego Ojca, który po Bogu, jako Ojcu niebieskim, pierwszym jest ojcem naszym na ziemi i rozdawcą łaski Bożej?* – Widziałem wprawdzie wiele, tak w Lorecie jak i w samym Rzymie; widziałem grób apostołów i wiele świętych relikwij, ale żywego następcę Chrystusa i zarządcę duchowego na cały świat, pragnąłem widzieć w jego własnej osobie i przynieść błogosławieństwo od niego dla wsi i dla kraju. – Otóż kiedy na nieszpory w wigilią świętego Piotra poszedłem do kościoła, widziałem schodzące się w wielkim tryumfie wojsko, którego w takiej paradzie nigdzie nie oglądałem, ani też widzieć nie można. Trąby z wieży kościołów odezwały się naraz jeden, kapele grać poczęły; czerniawa ludzi cisnąć się zaczęła i ztąd była wiadomość, że Ojca świętego ujrzymy. Myśliłem sobie, że kiedy na ziemi taki jest tryumf wielki dla namiestnika Bożego, to cóż dopiero w niebie dziać się musi przed tronem samego Boga, gdzie wszyscy Święci, chóry anielskie i duchy błogosławione chwałę Pańską głoszą. – Ztrętwiałem i prawie oniemiałem na widok tych wielkich rzeczy, o których nie miałem wyobrażenia i z trwogą a wielkiem pragnieniem zdążałem do kościoła. – Wszedłszy do domu Bożego, poczekałem chwilkę, a oto nie długo wysunęła się wielka rzesza duchownych parami w białych komźach i ornatach a za nimi w czerwonych ubiorach niosło ośmiu tragarzy na ramionach tron papieski czyli takie krzesło, na którem siedział Ojciec święty, błogosławiąc lud na wszystkie strony. – Ukląkłem wraz z drugimi skłaniając się twarzą ku ziemi, dla przyjęcia błogosławieństwa Ojca świętego, i serce moje ledwo we mnie nie pękło z wdzięczności dla Pana Boga, iż mi pozwolił dożyć takiego szczęśliwego czasu i takiego dobrodziejstwa, jakiego rzadko kto z naszych stron dostępuje. – Chciałbym był widzieć wówczas ludzi oziębionych na sercu, którzy sobie lekkomyślnie z rzeczy Boskich pokpiewają, coby powiedzieli na ten majestat Ojca świętego, który lud wszystek jaki jest na całym świecie, w imię Boskie błogosławi? Poprzestaliby oni zapewnie śmiechów, aleby się przed Panem Bogiem upokorzyli i o pokucie i poprawie życia pomyśleli. – Tragarze zanieśli Ojca świętego na tron stojący z drugiej strony ółtarza, i nieszpory zaczęły się odprawiać. Chociaż one długo trwały, to dla mnie zdawały się tylko chwilką, tak mnie zajmowała uroczystość tych wszystkich duchownych obrzędów. Po nieszporach znowu ci sami tragarze nieśli papieża na tronie, otoczonego białemi piórami i zanieśli go aż do mieszkania. Wszyscy też padli na kolana chcąc jeszcze powtórne odebrać błogosławieństwo, a mnie się bardzo tęskno na sercu zrobiło, że go już może ostatni raz widzę i długo za nim z wielką miłością spoglądałem. Trąby i kapela znowu się ozwały, a po skończonem nabożeństwie cały lud się po mieście rozsypał i ja powróciłem do domu.

Gdy się wieczór zrobił w wilią świętego Piotra zaprowadzili mnie księża polscy na wzgórek po schodach, zkąd doskonale było widzieć oświetlenie kopuły świętego Piotra. – Nikt sobie wyobrazić nie może, co to tam za światło, i ktoby nie wiedział, myśliłby, iż się kościół pali, bo tam krocie lamp w mgnieniu oka od dołu do góry się zapalają najprzód płomieniem, białym, a potem od razu jakby z bicza trzasł, wszystkie się czerwono palą, tak, że aż łuna na całą okolicę bije. Mnóstwo ludu się temu przygląda, a ta cała parada nie tylko jest na chwałę Boską, aby uczcić majestat święty, ale i na to, ażeby ludziom okazać, iż na uczczenie świętego apostoła ludzie trudów i kosztów nie żałują. I miasto też całe było oświetlone, i nasi księża więcej jak czterdzieści kaganków zapalili; bo w dzień takiego święta każdy powinien okazać radość i uciechę, a tak ziemię oświecać, jak niebo jest na chwałę Bożą gwiazdami oświecone.

Czekałem ja niecierpliwie na przyjście dnia uroczystego (świętego Piotra i Pawła) bo mi powiadano, iż jeszcze większe rzeczy zobaczę i że serce moje będzie ucieszone widzeniem Ojca świętego i różnych niesłychanych dziwów w tym wielkim dniu, jaki jest dla wszystkich wiernych. Jakoż od samego rana już się ludzie po mieście kręcili, wojsko się zbierało, szlachta w złocistej odzieży na karych koniach (dużo większych jak są nasze) zbierała się przed kościołem świętego Piotra. – Z armat strzelają i wszystko się do oddania chwały Bogu gotuje. – Wyszedłem rano o ósmej do kościoła i doczekałem się solennego nabożeństwa! Ojca świętego tak jak na nieszpory wnieśli tragarze na tronie i wkrótce przy ołtarzu na grobie świętego Piotra rozpoczął Ojciec święty odprawiać mszę świętą. – Papież siedzi na tronie w samym końcu kościoła a ewangielią czytają dwaj dyakoni obrządku łacińskiego i greckiego a to na ten znak, że jest jedna wiara święta, chociaż mogą być dwa obrządki. Bo obrządek grecki, jak to u nas nazywają ruski, wtenczas się tylko różni od naszego w prawdzie i w istocie, gdy sobie co innego zmyśla, czego kościół nie uczy, i gdy Głowie kościoła, którą jest papież rzymski, poddać się w posłuszeństwie nie chce. Dlatego więc dwóch dyakonów, jeden ruski, a drugi łaciński śpiewają ewangielią, aby pokazać światu, że wszystkie wiary chrześcijańskie podlegać mają jednemu następcy Chrystusa Pana, Ojcu świętemu rzymskiem. Msza święta tak się odbywa, iż papież schodzi z tronu swojego i przystępuje do ółtarza podczas ofiarowania i zostaje aż do pożycia ciała i krwi Pańskiej, z tą jednak różnicą, iż całej hostyi świętej nie pożywa, tylko połowę, połowę zaś pożywają dwóch dyakonów, a również złotą cewką część kielicha z krwi Pańskiej pożywa, a resztę wypróżniają dyakonowie.

Po mszy świętej papież znowu lud cały błogosławił z tronu swojego, dzwony wszystkie dzwonić poczęły, trąby huczeć, muzyka grać, a lud cały padłszy na kolana przyjmował błogosławieństwo Ojca świętego.

Odniesiono papieża tym samym porządkiem na ramionach tragarzy, a ja wybiegłem przed kościół, spodziewając się, że go tam jeszcze ujrzę – ile go już nie widziałem, bo jak mi powiadano, że ma śwój pałac przy samym kościele i nie potrzebuje z kościoła się wychylać, aby do swego mieszkania powrócić.

Tego samego dnia poszedłem jeszcze na nieszpór do świętego Piotra, ale już Ojca świętego nie widziałem. Po nieszporach, kiedy się już na dworze zciemniło, zaprowadzono mnie na duży rynek przed bramą (piazza del popolo), gdzie ognie rozmaite porozpalano (fajerwerki). Te ognie z prochu strzelniczego były dziwne, bo jedne się kręciły młynka i udawały słońce, to znowu sycząc szły do góry wężykiem i tam pękały, a z nich sypały się gwiazdy różnobarwne, to znowu pokazywano krzaki ogniste, które się w różne gałęzie iskier i płomienia rozrastały. To znowu taki był przyrząd zrobiony, iż udawało dom, a w każdem oknie był ogień i z nich różne kawałki ogniste wylatywały a za każdą taką sztuką co się ukazała, dwie armaty na boku strzelały, tak, że ich huk po całem mieście się rozlegał. – Dosyć powiedzieć, że tego nikt nie opisze, kto nie widział, i nawet ci, co tu u nas na Kalwaryi wczasie odpustu takie ognie pokazują, toby musieli tam iść na naukę, jeżeliby chcieli taką sztukę potrafić. Znowu były takie druty, po których sam ogień przebiegał, a każdy drut był skierowany do słupa, od którego znowu szły do figury wiązadła, a gdy w jednem miejscu zaplono, od razu ogień obiegł wszystkie słupy, których było z dziesięć i które w środku kamienną figurę otaczały. – Po tem ostatniem oświeceniu rozeszliśmy się wszyscy na nocny spoczynek a długo się jeszcze paliły w oknach światła, które tamtejsi mieszkańcy dla uczczenia tego dnia pozapalali.

XI.

Aczkolwiek ja byłem uradowany, żem Ojca świętego widział i błogosławieństwo jego odebrał, pragnąłem jednakowoż bardzo uszanować go samego w jego mieszkaniu i upaść mu do nóg, a prosić dla siebie i dla całego kraju o szczególne błogosławieństwo. – Ale powiadano mi, że go nie zobaczę; raz dla tego, iż słabije, a powtóre iż nikt w tym czasie do niego nie chodził, bo nawet kardynałowie, biskupi i kanonicy widzieć go nie mogli. Bardzo mi to było markotno i użalałem się pokornie przed księżmi i przed Polakami, iż może z Rzymu wyjdę, a Ojcu świętemu nóg nie ucałuję. Wierzyłem ja, jak i do dzisiaj wierzę, iż błogosławieństwo równie jest skuteczne choćby go człowiek w najmniejszym przyjął kąciku, jednak to wielkie jest szczęście przybliżyć się do następcy Piotra świętego. Więc gdy to pragnienie moje gorące widział niejaki Polak pan Kulczycki, który jest podobno szambelanem przy papieżu, przyrzekł mi, iż mi się wystara o pozwolenie widzenia Ojca świętego w jego mieszkaniu. Był też tam również ksiądz Polak Jezuita, który widząc moją wiarę i pragnienie, bardzo się za mną wstawiał. Otóż udało się panu Kulczyckiemu, iż w środę po świętym Piotrze zostałem przywołany do Ojca świętego , który mnie jak prawdziwy Ojciec wszystkich katolików przyjął. Że zaś Ojciec Święty nie mówi po polsku a ja nie umiałem po włosku ani żadnego języka, przeto pan Kulczycki był między nami tłumaczem i wszystko to Ojcu Świętemu wyłożył, co ja mu o sobie powiedziałem, to jest: z jakiej jestem kondycyi, co mnie zniewoliło iść do Rzymu, jak odbyłem podróż, jak w areszcie niewinnie siedziałem – słowem wszystko, co ze mnie wiedział, przełożył pan Kulczycki Ojcu Świętemu. Wtenczas Ojciec święty kazał mi znowu odpowiedzieć przez pana Kulczyckiego, że mi Pan Bóg będzie za to błogosławił, że w takiej intencyi w daleką udałem się podróż i że on mnie za to błogosławi i ze mną cały naród polski. – Ja upokorzywszy się na klęczkach rozpłakałem się, i przyjmując błogosławieństwo, już od płaczu widzieć Ojca świętego nie mógłem, co widząc Ojciec święty, także się rozczulił, a jako zaręczał pan Kulczycki, że i papież od płaczu wstrzymać się nie mógł – Wtenczas na pamiątkę odebrałem z własnych rąk Ojca świętego medalik srebrny z błogosławieństwem i po dwa razy ucałowałem nogi jego z płaczem, co widząc Ojciec święty pozwolił mi pocałować pierścień u ręki, którego to szczęścia nie dostępują chyba Kardynałowie. – Wyszedłszy od Ojca świętego, uspokoić się w płaczu nie mógłem i z radości i z wdzięczności dla Pana Boga, że mnie chudakowi takie się szczęście z ziemi naszej polskiej dostało. – Wszyscy dworscy, co są przy papieżu czy duchowni, czy też ci, co w czerwonych szatach jedwabnych chodzą, i co obsługują papieża, bardzo na mnie byli dobrzy i jak się tylko dowiedzieli, żem chłop polski, bardzo mnie wdzięcznie przyjmowali i na krzesełkach sadzali. – Pomyślałem sobie też, że nie ma lepiej jak z Bogiem trzymać i ze świętą wiarą, bo ta i przez świat człowieka przeprowadzi i do nieba zawiedzi. Gdybyto ludzie w narodzie naszym zamiast słuchać próźnych bajek i plotek i temu lub owemu duszę zaprzedawać, Bogu wiernie służyli, toby się prędzej jakiego szczęścia na świecie doczekali. – Jestto prawda jedna i innej niema, ale tej prawdy się ludzie nie trzymają i dlatego źle .im na świecie a może gorzej będzie i po śmierci. – Wyszedłszy od Ojca świętego poszliśmy obadwa z panem Kulczyckim na dół do kościoła i uklęknąwszy przy grobie świętego Piotra podziękowaliśmy Bogu najwyższemu za tę łaskę i za tę radość, jakiej doznałem przy nogach namiestnika Chrystusowego. Potem zaprowadził mnie Pan Kulczycki do swojego domu, gdzieśmy sobie pogwarzyli i gdzie mu mile podziękowałem za jego dobroczynność i za tę dobroć, którą mi wyświadczył; bo gdyby nie on, tobym był pewno tego szczęścia nie dostąpił. – Więc się też za niego modlę i modlić będę, aby mu Pan Bóg błogosławił.



Kategorie:Pamiętniki, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: