Józef Łobodowski – „Noc nad Warszawą” [styczeń 1939]

Powracają do remiz ostatnie tramwaje,
i cichną głośne echa opóźnionych kroków
Nocny wiatr. Drzewo drzewu jego szum podaje,
cierpka wilgoć jesieni objawia się w mroku,
opadają bezsilnie zmięte trupy liści,
gromem nieopłakane, niezdarte przez burze —
i miastem głos się budzi, co dawno nas urzekł
śpiewem chmurnej miłości albo nienawiści.

Tak lepiej, gdy się tłumy do domów rozpierzchną
i kamienie odpoczną westchnieniem pogardy.
Pod tą brunatną łuną, w wielkomiejskim zmierzchu,
na wietrze października i pod niebem twardym,
gdzie jeśli jakie głosy, to w pieśni hulaszczej,
gdzie patrzą martwe gwiazdy na daremne prace,
i lwice, wartujące przed głuchym pałacem,
w posępnym zniechęceniu zawarły swe paszcze.

Tam się w żmudnych godzinach twoje losy przędły
i drogę twej udręki mroczny czas wytyczał.
Strachem niepokonany, niezgięty przez zwyczaj,
patrzyłeś długo w oczy zmartwiałej legendy.

Nie drgnąłeś. Przysięgałeś, że wiary dotrzymasz.
A ona cię żegnała zimnymi oczyma,
kiedyś wyruszał wichru spragniony przed bojem.
Teraz, gdy wszystko obce i wszystko nie twoje,
gdy noc zatruta mgłami nad miastem się kładzie,
cóż wywiedziesz i zamkniesz w swoich słowach kruchych?
Stygnie mrok nad głowami, i coraz to rzadziej
zapalają się światła samotne wybuchy.

To nie kobieca rozpacz, to nie serca czułe,
co, walczyć nie umiejąc, spłonęły na żużel.
Jeszcze nam w głuchej ciszy huczą owe burze,
przeszłość się podmogilnym przypomina mułem,
a każdy kamień żyje, każdy proch oddycha…
Lecz wówczas, gdy młodzieńcza poniosła nas pycha,
któż z nas wiedział, że mroczne otoczy nas bagno,
wessie i wciągnie w bezdnię, w niezgłębione leje,
a gdy stopy do walki wyruszyć zapragną,
pustka zewsząd nadciągnie i świat się rozchwieje.

Wam, ojcowie umarli, którzyście nie znali,
czym jest nędza młodości w bezsile zamkniętej,
którzyście zawsze mogli błyskiem jasnej stali
odpowiedzieć na strutej poezji lamenty
i ginąć, i wyzywać wszystkie cytadele
na rękę, i uczynić własne serca celem
dla kul podłego wroga; wam, szczęśliwsi od nas,
cóż powiedzieć, gdy jesień, w mgłach się rozpływając,
O zmierzchu przedwieczornym odpływa pogodna
gdzie indziej błogosławić nietutejszym krajom?

W dobie kupców, szalbierzy, tchórzów i żołdaków,
fałszerzy słów dzwoniących i nikczemnych czynów,
gdy żaden dzień nie szczędzi złowróżebnych znaków,
dokąd iść, gdzie dorabiać się wieńca z wawrzynu
na skronie zniechęcone?… Pustka się rozwarła,
przerażeniem śmiertelnym napływa do gardła,
obsiała wszystkie drogi, zaludniła miasta.
I w tej pustce pieśń nasza nad mrokiem wyrasta,
niesłuchana, żałobna widnieje z daleka,
jak dłoń zasypanego w zawiei człowieka.

Co wyrosło przed laty w dziecinnym zamyśle,
zginęło zaplątane i zaszczute w gęstwie.
Chmury ponad domami szybują zwycięskie,
schodzimy w lamp migocie ku zamglonej Wiśle;
łuszczy się rzeczna fala skłębiona i mętna,
liże głazy wybrzeża, wartkim nurtem płynie…
Biją pod senną ziemią niespokojne tętna,
mgły północnej jesieni kłębią się w kotlinie,
widzimy: mroczny jeździec pośród nocy stąpa,
koń zziajany i czarny mętną wodę pije,
ptactwo się budzi, trwożne wyciągając szyje,
ludzkie tupoty słychać, a ziemia nieskąpa
na krew, nasienia czeka.
Tak północ się karmi
przeczuciem nadchodzących pochodów i armii.

Wtedy wszyscy pójdziemy. Głośna pieśń pobudki.
Ręce błogosławiące. Ciche łzy matczyne.
Kwiaty na karabinach. W ustach gorycz wódki…
Huczy krok wyrównany… Zwyciężę lub zginę!…
A gdy kule pokłują zagony, jak ospa,
gdy ponad tyralierą pierwsze białe dymy,
rozwieje się bez śladu nasz smutek i rozpacz.
Tu trzeba tylko umrzeć. A to potrafimy.

Nim w mroku się wypełnią słowa przepowiedni
i ziemia się odrodzi w krwawej zawierusze,
zdeptany burą łuną, ginie dzień powszedni,
łamią się ludzkie serca i truchleją dusze;
dźwięczą srebrniki brudne; nikczemnym sztandarom
próżno skrzydła przyprawiasz, fanatyczna wiaro…
I echo bezsilności drży w powrotnych krokach
w życie, nieprzepalone sumieniem, ni wstydem,
i nad trumnami domów budzi się epoka
posępna jak ulica, którą wolno idę…

Źródło: „Skamander”, styczeń – marzec 1939



Kategorie:Poezja, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: