Eugeniusz Małaniuk – „Dusza Ukrainy” [1938]

Może do nikogo z poetów tak nie pasuje znany dwuwiersz Goethego

Werden Dichter will verstehen,
Muss in Dichters Lande gehen —

jak właśnie do Szewczenki. Albowiem rzadko w dziejach literatury spotykamy poetę, który by w takiej pełni, tak całkowicie zawierał w sobie swój kraj i swój naród, który by w takim stopniu był jak gdyby skazany na wieczną odpowiedzialność za swój kraj i za losy historyczne swego narodu.

Na skutek tego nie ma innej drogi do Szewczenki, jak via Ukraina. I z tego wynikają wszystkie trudności przy próbach oddania obrazu jego tak, ażeby istota geniuszu jego stała się dostępna dla nie-Ukraińca.

Nie mówimy tu o zwykłych (naprz. problemat przekładu) trudnościach, towarzyszących procesowi zagłębiania się w twórczości poety par excellence narodowego, tym bardziej poety — że użyjemy tu specyficznie polskiego określenia — wieszcza. Wystarczy przypomnieć chociażby Wyspiańskiego z jego Weselem, które pozostaje zamknięte dla nie-Polaka lub obcokrajowca, nie znającego ani dziejów polskich, ani Polski. Pomijamy także przezwyciężanie przy tym nieuniknionej warstwy „brązu“ , która z biegiem czasu pokrywa żywą postać tego rodzaju autorów.

W wypadku z Szewczenką wszystkie trudności te komplikują się o tyle, że jest on wieszczem właśnie ukraińskim, a więc wieszczem narodu — w mniemaniu przeciętnego przedwojennego Europejczyka — „wątpliwego”, na wpół egzotycznego. Jeszcze gorzej wygląda ta sprawa wśród sąsiadów Ukrainy, gdzie większość społeczeństwa — z tych czy innych przyczyn — uważa naród ukraiński za szczep, za lud, za naród raz na zawsze zdegradowany do poziomu masy etnograficznej.

Samo imię historyczne kraju i narodu Szewczenki, imię, tak jeszcze żywe w Europie XVII — XVIII st., pozbawione później treści politycznej, zaczynało nabierać ku końcowi XIX st. charakteru metafory poetyckiej. Toteż wielki poeta Ukrainy — a wielkości jego nie kwestionowali nawet wrogowie — tym samym stawał się zjawiskiem prowincjonalnym, „prowansalskim”, czymś w rodzaju wschodnio-europejskiego prototypu Frederyka Mistrala.

Wypaczeniu prawdziwego oblicza Szewczenki w świadomości szerokiego ogółu paradoksalnie przysłużyła się także chłopomańska, quasi-ludowa ikonografia poety. Na popularnych portretach Szewczenko figurował zawsze w wysokiej czapie baraniej i kożuchu wiejskim. Niewinna danina pozytywistyczno-ludofilskiej i wybitnie inteligenckiej modzie ówczesnej (60 — 80-e lata) nabrała na gruncie ukraińskim charakteru fatalnej tradycji, która w konsekwencji doprowadziła do tego, że z laureata Petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych i akademika rytownictwa zrobił się „chłop-samouk”, a z, genialnego poety i mistrza wiersza — lirnik ludowo-literacki, „kobzarz”.

Jeżeli tego rodzaju legenda żyła przez długie la ta wśród samych Ukraińców, cóż dopiero mówić o najbliższych sąsiadach! Nie tylko z powodu świadomej wrogości politycznej lub kulturalnej, jak to ma miejsce choćby ze strony społeczeństwa rosyjskiego, ale i z innych przyczyn. Istnienie w literaturze polskiej t. zw. „szkoły ukraińskiej” musiało przecież pozostawić w świadomości społeczeństwa pewne ślady „regionalizmu” w stosunku do Ukrainy, a tym samym i do Szewczenki. I ten przesąd stanowi także poważną przeszkodę przy poznawaniu Szewczenki i ocenie jego dorobku.

Wreszcie istnieje tu jeszcze jedna ważna zapora — przesądy językowe.

Wiadomą rzeczą jest iście – słowiańskie wzajemne lekceważenie języka swych sąsiadów: zwłaszcza w wypadku, kiedy język ma tradycyjną opinię „ludowego”. Na nieszczęście za taki język do dziś dnia jest przez wielu z braci słowiańskiej uważany język ukraiński, przede wszystkim zaś specjalnie język Szewczenki. Jest to wielkim nieporozumieniem chociażby dlatego, że rzekomo „ludowy” język Szewczenki był i jest językiem literackim, językiem odrodzenia literackiego i kulturalnego, początkiem nowej doby w dziejach Ukrainy. Gdyby język Szewczenki był tylko ludowy, gdyby pozostał w „rustykalnych” granicach znanej trawestacji Kotlarewskiego (Eneida 1798) lub na swój sposób ciekawych wzorów narracyjnych Kwitki-Osnowjanenki (1778— 1843), a więc w granicach — z punktu widzenia ówczesnego Petersburga — „użytku domowego” w jednej z prowincji imperium, nie byłoby całej rewolucji szewczenkowskiej w dziejach Ukrainy. Kiedy taki czujny strażnik całości literatury imperium rosyjskiego, jak Bielińskij, pomimo całej swej „lewicowości”, rzucił się już na pierwszą książkę Szewczenki z wściekłością wprost zoologiczną i prześladował poetę aż do zesłania, otwarcie przyklaskując Mikołajowi I, Orłowowi i Dubeltowi za wzbronienie Szewczence pisania i malowania, robił to nie tylko ze względu na rozsadzającą Rosję problematykę i tematykę utworów poety ukraińskiego, lecz przede wszystkim ze względu na język Szewczenki, jako język samodzielnej literatury na terenie jedynej dotąd literatury imperium. Bielińskij może bardziej wyczuł, niźli zrozumiał, że z terenów Ukrainy, zamiast ostatecznie nieszkodliwych Kotlarewskich i Osnowjanenek, powstaje zjawisko potężne i przy tym bardzo organiczne, coś, co zagraża całości literatury imperialnej, ktoś, kto nie tylko może przeciwstawiać się Puszkinowi, ale jest także niejako- zaprzeczeniem jego znaczenia „wszechrosyjskiego”.

Powstanie Szewczenki było groźnym zwiastowaniem zmartwychwstania narodu, narodu, któremu od dawna odcięto elitę, a więc zasądzono na niechybną śmierć polityczną. Toteż reakcja na zjawienie się Szewczenki zarówno ze strony cara i szefa żandarmów jak i czołowego liberalno-lewicowego krytyka literackiego, aczkolwiek w całym swym okrucieństwie po barbarzyńsku naiwna, wydaje się — z punktu widzenia interesów państwowości rosyjskiej — najzupełniej uzasadniona.

II.

Pięknie wydany przez Ukraiński Instytut Naukowy w Warszawie tom przekładów poezji Szewczenki stanowi z wielu względów wydarzenie niecodzienne, prawdopodobnie przekraczające w dzisiejszej rzeczywistości ramy ściśle literackie.
Nie dlatego, aby polskie tłumaczenia Szewczenki były specjalną rzadkością. Przeciwnie, większe zbiorki przekładów ukazywały się tuż po śmierci Szewczenki, a tłumaczami byli tacy poeci, jak Leonard Sowiński i Władysław Syrokomla. Ale dlatego, że tom niniejszy, będący najpełniejszym ilościowo, zawiera nie tylko przekłady najlepsze, cały szereg przekładów zupełnie nowych, wykonanych czasem przez wybitnych poetów i stylistów współczesnych, lecz także spolszczenia utworów Szewczenki bądź najbardziej istotnych pod względem ideologicznym i światopoglądowym, bądź też niedocenianych dawniej krótkich wierszy lirycznych.

Utwory Szewczenki, doniosłe pod względem ideologii i światopoglądu poety, opublikowane zostały dopiero po rewolucji 1905 r. Toteż były one do niedawna (tym bardziej w czasach Syrokomli i Sowińskiego) wprost niedostępne , i nielegalne. Ale przy dotychczasowym wyborze utworów dla przekładów niemałą rolę odgrywała także legenda o „kobzarzu“ i kanony „szkoły ukraińskiej”. Szewczenko Sowińskiego naprz. był przede wszystkim autorem poematu historycznego „Hajdamacy”, co sprawiało samo przez się niemałe, choć osnute na nieporozumieniu, przykrości dla tłumacza i trudności przy opublikowaniu przekładów (Wilno 1861). Szewczenko Syrokomli, który przełożył niemal wszystkie utwory legalne (Kobzarz Tarasa Szewczenki — Wilno 1863), pozostawał na ogół tylko „kobzarzem”, autorem romantycznych poematów o „niedoli ludu” i specyficznych dumek „ukraińskich”. A ponieważ po powstaniu 1863 r. aż do samej niemal wojny światowej nowych tłumaczeń Szewczenki w literaturze polskiej nie znajdujemy, nie dziwmy się więc, że ten rzadki czytelnik polski, który zechciałby zaznajomić się z Szewczenką, znalazłby w powyższych przekładach obraz poety ukraińskiego dość uproszczony, a poniekąd i wypaczony.
Przed czytelnikiem polskim tomu niniejszego zjawi się nieco inny Szewczenko, bodaj że nieoczekiwany. Jeżeli w rozdziale pierwszym tomu będzie to jeszcze „kobzarz”, aczkolwiek trochę w innym stylu, bardziej — przez swój „wszecheuropejski” romantyzm ówczesny — znany i bliski, to w rozdziałach następnych, jak „Trzy lata” (1843-45) ukaże się już w rzeczywistych rozmiarach Szewczenko – wieszcz narodowy, wódz duchowy, wcielenie historii, psychiki i etyki swego narodu. Arcydzieła liryczne zaś z czasów niewoli i po powrocie z zesłania odsłonią przed czytelnikiem poetę na wielką miarę, mistrza tak długo maskowanego owymi chłopomańskimi czapką i kożuchem.

I tu mimo woli rzuca się w oczy jedyny, lecz dość przykry błąd w tym tomie: brak choć króciutkiego życiorysu poety.
Razi to tym bardziej, iż wśród bogatej treści pięknego tomu znajdujemy nie tylko autograf, ilustrację i sześć portretów poety w różnych dobach jego życia i twórczości, lecz także — artykuły fachowe, dotyczące przekładów i ich bibliografii, wreszcie warianty przekładów. Krótki, choćby pięciostronicowy, życiorys na pewno by nie skomplikował wydania ani nie zabrał dużo czasu i pracy jego redaktorowi, jednemu z najwybitniejszych szewczenkologów współczesnych, Pawłowi Zajcewowi.

Bo jeżeli słusznym jest, że „mimo pokaźnej liczby przekładów utworów Szewczenki nie trzeba się łudzić, że dotarły one do szerszych rzesz społeczeństwa polskiego” (str. 373), to na pewno jeszcze mniej słusznym byłoby mniemanie, że w społeczeństwie polskim szeroko znany jest życiorys Szewczenki, też przecież „umieszczany po większej części w organach prasy periodycznej” (ibid.). Jakże na miejscu byłby niezwykły życiorys poety w tym niecodziennym wydaniu specjalnym!
Jest to jedyny, choć powtarzamy, dość przykry brak w poza tym wybornie skomponowanym i zredagowanym tomie, zaopatrzonym przez redaktora w niemniej doskonałe komentarze.

III.

Przechodząc do właściwej treści tomu – tłumaczeń utworów Szewczenki na język polski, musimy kilka słów poświęcić zagadnieniu przekładu w ogóle a interesującemu nas przekładowi w szczególności.

Prawdziwy utwór poetycki przedstawia się jako organiczny i harmonijny stop wielu elementów, tak konkretnych (temat, metr, rytm, forma stroficzna, tropy i t. p.), jak irracjonalnych („idea”, „oddech”, stopień nasycenia „elektrycznością” twórcy i inne nieuchwytne, lecz nie mniej realne składniki). Przy tym stop ów dla każdego utworu pozostaje jedynym w swoim rodzaju „szczęśliwym wypadkiem”, „zbiegiem okoliczności”.

Z tego widzimy, że przekład prawdziwy, t. zn. równowarty utwór w innym języku, jest właściwie ideałem niedoścignionym lub wyjątkowym zdarzeniem, t. j. też szczęśliwym, nieobliczalnym wypadkiem. Można sumiennie i z najwyższym mistrzowstwem oddać całą sumę konkretnych elementów oryginału, od swoistości słownika utworu aż do enjembement‘ów w poszczególnych wierszach włącznie, a jednak równowartościowego przekładu nie będzie, gdyż w nim nie uchwycono „imponderabiliów” oryginału. I na odwrót, czasem formalnie słaby przekład jakąś jedną metaforą, jedną intonacją oddaje irracjonalną istotę oryginału.

Dążąc do osiągnięcia jak najlepszego rezultatu, tłumacz;, w miarę swych możności i w miarę swej miłości do utworu oryginalnego, przeżywa ten oryginał jak swego rodzaju inspirację twórczą. Powstaje nowy utwór, będący mniej albo więcej ścisłym przybliżeniem się do oryginału.

Sztuka tłumaczenia zatem stanowi jeden z najtrudniejszych rodzajów twórczości literackiej. Przy czym, im bardziej samoistnym, im bardziej organicznym poetą jest autor oryginału tym bardziej trudnym, czasem nie do rozwiązania, staje się zadanie tłumacza. To też nie jest to rzeczą przypadku, że wielcy poeci z reguły mają przekłady słabe. Bardzo rzadko Byronów tłumaczą Mickiewicze lub Lermontowie. Częściej wielki poeta tłumaczy skromnego, w którym potrafił znaleźć coś szczególnie interesującego. I na odwrót, poeta skromny, usiłując tłumaczyć utwory wielkich, jak gdyby w ten sposób daje upust swej tęsknocie za wielkością.

Szewczenko — z wielu zresztą przyczyn, częściowo podanych wyżej — nie miał szczęścia do tłumaczy. Jest on zbyt, używając terminologii aktualnej, „rasowy”, zbyt monolitowy. Utwory jego bardziej przypominają bryły magmy wulkanicznej w chwili wyrzucenia ich z głębi ziemi, niż otrzymane w laboratorium twórczym mniej piekące i mniej kanciaste kompozycje. Trudno więc wymagać, aby jego utwory miały kongenialne przekłady.

Tłumaczyli go Sowiński i Syrokomla (na polski), Pleszczejew, Mej, a nawet Bunin (na rosyjski), uczony slawista profesor A. Jensen (na szwedzki), głośna w swoim czasie powieściopisarka E. Z. Voynich (na angielski), lecz we wszystkich tych przekładach mamy jedynie mniejszą część całości poszczególnego utworu, mamy tylko pewien procent utworu i to przeważnie z działu tematyki.

Taki istotny element utworu poetyckiego, jak rytm, element najbardziej charakteryzujący każdego poetę — przy tłumaczeniu utworów Szewczenki nastręcza prawdopodobnie największe trudności. Przy całej pozornej „prostocie” wiersza (która to iluzoryczna prostota niewątpliwie kusi odtwórcę), utwory Szewczenki posiadają bardzo urozmaiconą i niemniej skomplikowaną poetykę. Obok rdzennie ukraińskiej strofy „kołomyjkowej” mamy ciekawe okazy, zdawałoby się nieprzyrodnego dla języka ukraińskiego, wiersza sylabicznego; oprócz kanonicznego rytmu pieśni – dumki mamy klasyczny, pełnowartościowy, ciężki lecz uskrzydlony jamb, którym napisana większość późniejszej liryki…

Jeżeli wszystko to weźmiemy pod uwagę, to z ręką na sercu musimy uznać, że tom, leżący przed nami, jest niemałym osiągnięciem w dziedzinie przekładów Szewczenki i w pewnym sensie radosną niespodzianką. Stało się tak może dlatego, że spolszczenia te zawdzięczamy całemu zespołowi autorów, że całe bogactwo i różnorodność utworów Szewczenki znalazły nie jednego, lecz cały szereg interpretatorów, którzy wybierali utwory według własnej sympatii. Odnosi się to przede wszystkim do tłumaczeń nowych, opublikowanych w tym tomie nie po raz pierwszy.

W warunkach tak szczęśliwego „kolektywizmu” trudno wyróżnić specjalnie udane przekłady. Nie ma tam może przekładów zasługujących na zbyt wysokie określenie „kongenialnych” ale na ogół nie ma (lub prawie nie ma) przekładów słabych, tym bardziej uproszczonych lub płytkich.

Zadziwia swym kunsztem w operowaniu językiem polskim sędziwy poeta ukraiński Bohdan Lepki, którego pióru zawdzięczamy liczne i prawie wszystkie udane spolszczenia nie tylko większych poematów epickich, lecz także i niewątpliwie trudniejszych dla przekładu, wymagających natchnienia i polotu, utworów lirycznych. Błysnął swą stylistyczną nieomylnością i niemal absolutnym słuchem rytmicznym Jarosław Iwaszkiewicz („Czemu mi tak ciężko…“ str. 106) i wielka szkoda, że nazwisko jego, jak i nazwisko K. Wierzyńskiego, napotykamy w tomie tak rzadko. Szczęśliwie „wybrane i z wirtuozerią wykonane są przekłady T. Hollendra. Nierówne na ogół, liczne tłumaczenia J. Łobodowskiego zawsze jednak oddają jakiś autentyczny element oryginału.
Na specjalną wzmiankę zasługują przekłady Czesława Jastrzębca-Kozłowskiego, których nieco aż zastanawiająca liczba (około 40) wcale jednak nie wpłynęła obniżająco na ich jakość. Nie zawsze robią one wrażenie „natchnionych”, nie wszystkie są gładkie pod względem formalnym, czasem posiadają momenty słabe lub sztuczne. Mają natomiast jedną wielką zaletę, która kompensuje wszystkie niedociągnięcia formalne: tkwi w nich zawsze coś bardzo istotnego, bardzo szewczenkowskiego.

Właśnie to, co wstrząsa każdego Ukraińca przy czytaniu oryginału.

IV.

Zygmunt Sierakowski — może najbliższy z polskich przyjaciół Szewczenki na zesłaniu — w jednym z listów (1856 r. z Orenburga) swoich do poety ukraińskiego użył m. in. określenia: „piewca Apokalipsy”.

Wśród wszystkich formuł i ujęć istoty poetyckiej Szewczenki to określenie, wypowiedziane przez człowieka przecież dalekiego od literatury, człowieka czynu i męczennika czynu, wydaje się dziś, może, najbardziej trafne. Właśnie kiedy naród Szewczenki przeżywa jeden z najbardziej apokaliptycznych okresów swych niezwykłych dziejów, okres, który przepowiadał wieszcz całą siłą swego płomiennego słowa i którego wizja nie dawała mu spokoju w najbardziej nawet dramatycznych momentach życia własnego. Śmiertelna trwoga napełniała uwięzionego poetę na myśl —

……gdyby ludzie srodzy
Uśpili kraj nasz i w pożodze,
Okradłszy go, zbudzili w śnie…
(Z cyklu „W kazamatach”, Petersburg 1847).

Kiedy czytamy w Testamencie (1845) poety, człowieka przecież głęboko wierzącego, że …

gdy spłucze z Ukrainy
Do sinego morza
Wrażą krew, to wtedy rzucę
Góry i bezdroża —
Wszystko rzucę i powrócę
Do samego Boga
Z modlitwami! Ale przedtem
Nie uznam ja Boga! —

wtedy rozumiemy, jakim głębokim ujęciem istoty poezji Szewczenki jest określenie Sierakowskiego.

Podczas czytania takich i podobnych utworów Szewczenki (Epistoła, Katukaz, zwłaszcza misterium Wielkich Loch), w których napięcie ducha graniczy z ekstazą, a nawet tragicznym bluźnierstwem, czytelnik polski wspomni raczej trzecią część Dziadów, aniżeli Zamek Kaniowski.

Źródło: „Ateneum”, 1/1938



Kategorie:Eseje, Źródła

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: