Max Scheler – „O rehabilitacji cnoty” [1909] (część I)

Patetyczne i czułostkowe apostrofy, które pod adresem cnoty wypowiadali poeci, filozofowie i kaznodzieje mieszczaństwa XVIII w., obrzydziły słowo „cnota” do tego stopnia, że zaledwie możemy się obronić przed pewnym uśmieszkiem, gdy je słyszymy lub czytamy. W naszej epoce pracy i sukcesu wystarczy mówić o „dzielności”. Przy tym cnoty naszych czasów są tak wyraźnie szpetne, tak oderwane od człowieka, tak dalece zmienione w prawidła samoistnych, żywych potworów. które nazywamy „interesem” lub „przedsiębiorstwem”, że ludzie o wyrobionym smaku dbają o cnotę najwyżej w cichości, starając się usilnie o to, żeby się to przynajmniej nie ujawniło na zewnątrz. Fałszywy patos, którym otaczają coś ludzie „poczciwi”, z biegiem czasu pozostawia na nim swe ślady. Dlaczegóż by cnota miała stanowić od tego wyjątek?

A jednak ta zrzędząca, bezzębna stara panna była za innych czasów, np. w okresie rozkwitu średniowiecza, u Greków i u Rzymian przed cesarstwem, istotą, pełną wdzięku, powabu i czaru. Gdy dziś, słysząc to słowo, myślimy (mimo woli) o przykrym wysiłku w stosunku do czegoś, z czego innym nic nie przyjdzie, w owych czasach mówiło się chętnie o „blasku” cnoty, o „ozdobie”, którą się ona staje, i porównywało się ją z najcenniejszymi klejnotami. Chrześcijański symbol aureoli jest obrazem jej samodzielnego promieniowania z głębi duszy i unaocznia ideę, że dobroć i piękno cnoty leży nie w działaniu dla innych, lecz przede wszystkim w samym szlachetnym charakterze i istocie duszy, dla innych zaś ma najwyżej ubocznie znaczenie przykładu. I to przykładu , który „mogą sobie z niej brać inni”, nie zaś z takiego, który się komuś „daje”. Cnota stała się dla nas przede wszystkim dlatego czymś tak nieznośnym, iż nie pojmujemy jej już dziś jako trwale żywej, pełnej szczęścia świadomości, iż możemy i władni jesteśmy uczynić coś, co jest jedynie sprawiedliwe i dobre samo w sobie, a zarazem dobre dla naszej osobowości, że nie pojmujemy jej jako świadomości mocy, która tryska swobodnie z samego naszego bytu, lecz jedynie jako ciemną, nie dającą się przeżyć „dyspozycję” i zdolność do postępowania wedle jakichś przepisanych prawideł. A stała się ona jeszcze dlatego tak niepowabna, że nie tylko jej zdobycie , lecz i ona sama uchodzi dla nas za coś trudnego, gdy naprawdę tylko brak cnoty lub grzech sprawia, że dobro staje się czymś trudnym i zdobywanym w pocie czoła. Natomiast gdy się ją posiada, każdy dobry w pojawieniu się swym ma coś ze swobody ptaka.

Cnota stała się tak niepowabną, ponieważ uważamy ją za coś, co można sobie przyswoić stałym spełnianiem swych obowiązków, gdy w rzeczywistości jest ona przecież najskrajniejszym przeciwieństwem wszelkiego przyzwyczajenia. I dopiero miara zawartej w niej szlachetności jest tym, co w ogóle może „zobowiązywać” i co samo z siebie określa wysokość, jakość i pełnię naszych możliwych obowiązków. Dziś mówi się o cnocie tak, jakby nie miała ona dla człowieka cnotliwego w ogóle żadnego znaczenia i jakby istniała tylko dla innych ludzi, którzy przy pomocy jej pojęcia robią. szybki, skrótowy obrachunek , jak też wobec nich zachowa się wedle wszelkiego prawdopodobieństwa ten, komu ją przyznają lub też ten, komu jej odmówią . W przeciwieństwie do uzdolnień i sprawności, które są zawsze sprawnościami i uzdolnieniami „do czegoś”, to znaczy do jakiegoś już określonego dzieła , jeszcze nie zeszpecona cnota była jakością samej osoby – nie zaś czymś, co jest „dla” pewnych czynności i dzieł, ani tym mniej czymś, co jest dla użytku innych, lecz była swobodną ozdobą tego, kto ją miał, – coś, niby pióro na kołpaku. Była czymś, czego nie można zrównoważyć wszystkimi tymi aktami woli i czynami, które się z niej z wewnętrzną koniecznością wyładowały, którymi ona wzbierała. Nawet jeżeli przyjmowano, że „bogowie każą potem opłacić” to, co należy zrobić , żeby z każdym krokiem lżej i szybciej rozpłonęło owo potężne światło w naszym wnętrzu, to jednak nie ona chyba była tym, czego się miało „chcieć” i co miało być „zdobyte”. Cnota sama uchodziła raczej za pewną nadwyżkę, o którą się nikt nie stara, za wolny dar łaski, na którego uroczyste przyjęcie wszystkie starania nasze i wysiłki woli mają nas tylko przygotować.

Przed tymi, którzy zadyszani gonią za cnotą , ucieka ona jeszcze chyżej i zwinniej, niż pośledniejsza jej siostra: szczęście. Jeżeli Grecy uważali ją za tak pełną powabu, że ją wiązali bardzo ściśle z nieodpowiedzialnym pięknem, to płynęło to stąd, że nie obniżali jej, jak filozofowie nowożytnego mieszczaństwa, np. Kant , do poziomu prostego skutku posłusznej obowiązkowi woli lub dyspozycji do tego rodzaju chcenia, jak gdyby ono mogło człowieka kiedy cnotą uszlachetnić. Nie było dla nich jeszcze pustym słowem, że dopiero wewnętrzne szlachectwo cnoty jest tym, co „zobowiązuje”. Ona to dopiero jest tym, co określa rozpiętość i pełnię odpowiedzialności za możliwe działanie; nikt jednak nie ponosi odpowiedzialności za jej posiadanie lub brak. Jej wewnętrzna pełnia wiodła do coraz większego rozszerzenia granic odpowiedzialności , tak że ten, kto posiadał ją w stopniu świętości , czuł się w skrytości współodpowiedzialnym za wszystko, co się w ogóle w świecie działo. uchodziło za szczególną skazę na cnocie, jeżeli kto zrzucał ze siebie o ile możności odpowiedzialność i ograniczał ją tylko do własnego postępowania, a w jego obrębie znowu do jak największego zakresu tego, o czym „można udowodnić, że nie zostało nakazane”. Nie znaczy to jednak, żeby uważano ją na podobieństwo jakiejś przyrodzonej siły za wrodzoną, jak nazywali ją prości reakcjoniści wszystkich czasów, przeciw którym występował Sokrates. Owe „uzdolnienia” są zawsze tylko uzdolnieniami do pewnych sprawności, są rodzinne, plemienne, narodowe: cnota natomiast jako żywa świadomość mocy Dobra jest całkiem osobista i indywidualna. Ta przeżywana moc uchodziła sama za coś lepszego od tego, „do czego” była mocą, i za coś dynamicznie większego, niż suma wysiłków do spełnienia każdego poszczególnego dobra. Wraz ze wzrostem cnoty, wysiłki te stają się coraz mniejsze i tracą właśnie przez to szpetność, która leży w każdym wysiłku. Dobro staje się pięknym stając się łatwym. Tak zwane prawo moralne i obowiązek są natomiast tylko nieosobowymi surogatami cnót , których nam brak. Obowiązki dają się przenosić na innych, cnoty zaś nie. Dlatego musimy sobie wyobrażać dobroć Boga jako coś zupełnie wolnego od prawideł i myśleć, że wszystko jest zdane na Jego bezwzględnie niezawodne wyczucie moralne, które każdy poszczególny wypadek ocenia bez żadnego prawidła.

Nadejdzie czas , gdy przestaniemy być jedynie oponentami owego pozbawionego gustu mieszczaństwa XVIII w. i dzięki temu przestaniemy cnotę ośmieszać. Kto prześladuje, naśladuje. Ostatecznie jest to wewnętrzno-mieszczańska sprawa, że jedna jego część zrobiła z cnoty starą babę, by ją potem wysławiać pod niebiosa, inna zaś okazała w tej sprawie lepszy smak. Co nas obchodzą drobnomieszczańskie łyki i ich osobliwe mniemania, którymi na pewien czas zatamowali bieg dziejów świata? Postarajmy się znaleźć i dla cnoty perspektywę historyczną.

Źródło: „Marchołt”, październik 1936



Kategorie:Filozofia, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: