Max Scheler – „O rehabilitacji cnoty”, część II – „Pokora” [1909]

Z nowych postaw duszy, które wytworzyło pojawienie się Chrystusa i odziało blaskiem boskiej chwały, pokora jest tą postawą, która – widziana we właściwym świetle i trafnie rozumiana – stanowi najgłębsze przeciwieństwo i najsilniejszą antytezę zarówno starożytnej, jak i nowożytno-mieszczańskiej postawy moralnej. Pokora jest najdelikatniejszą, najskrytszą i najpiękniejszą z cnót chrześcijańskich.

Pokora (humilitas) jest stałym, wewnętrznym pulsowaniem w samym jądrze naszego jestestwa duchowej gotowości do służenia wszystkim rzeczom, dobrym i złym, pięknym i szpetnym, żywym i martwym. Jest ona wewnętrznym naśladowaniem owego jedynego wielkiego ruchu pierwiastka chrystusowo-boskiego, w którym pierwiastek ten dobrowolnie wyrzeka się swej wysokości i majestatu i zbliża się do człowieka, by być wolnym i nieziemsko szczęśliwym sługą każdego człowieka i wszelkiego stworzenia. Gdy bierzemy udział w tym ruchu i nie troszcząc się o całe nasze jestestwo. O wszystkie jego możliwe wartości, o jego szanowność i godność, której człowiek dumny kurczowo trzyma, sami siebie naprawdę „tracimy”, gdy się „oddajemy” czemuś bez lęku, co się przez to z nami stanie, ale z niejasną ufnością, że współudział w owym boskim ruchu, dzięki jego boskości, i nam przynieść może tylko zbawienie- wówczas jesteśmy „pokorni”. O owo nietroszczenie się o nasze jestestwo i jego wartości, o ów hazard rzucenia się na serio w ową straszliwą pustkę, która rozwiera się tam, gdzie nie ma żadnych świadomych lub półświadomych związków z jaźnią – oto to, o co właśnie chodzi. Odważcie się dziękczynnie zdumieć się nad tym, że nie nie istniejecie – i że raczej nie jest tak, że nic nie ma. Odważcie się zrzec się wszystkich waszych rzekomych „praw”, waszych „godności” i waszych „zasług”, poszanowania was przez wszystkich ludzi – przede wszystkim zaś uszanowania dla siebie – wszelkiego uroszczenia, żeby być „godnym” jakiegokolwiek rodzaju szczęścia i żeby je uważać za coś innego, niż dar – wówczas dopiero będziecie pokorni.

Pokora zawiera najskrajniejsze przeciwieństwo postawy rzymskiego stoika, pełnej dumy rozumowej i moralnej, przeciwieństwo metody takiego postępowania, żeby zachować i nie utracić ani poszanowania dla samego siebie, ani „suwerenności” i „godności” swego „ja”. Dlatego stanowi ona także przeciwieństwo moralistów XVIII wieku, którzy – nie bez subtelnego wyczucia pokrewieństwa i wspólnoty ze stoikami – podjęli na nowo postawę życiową, późno-rzymskiej filozofii mieszczańskiej, – przeciwieństwo w szczególności także kantowskiej autonomii obowiązku. „Chcemy, kochany Lucyliuszu, nawet nad szczęście przenieść godność jego posiadania” – każe Addison powiedzieć swemu „stoikowi”. Zdanie ta oddaje także jedną z podstawowych myśli etyki Kanta. Ale właśnie to zdanie nie jest według chrześcijańskiego odczucia ani na poły prawdziwe, ani fałszywe – ono jest szatańskie. Każde szczęście , nawet najniższe, najdrobniejsza rozkosz, która porusza twe nerwy, jak i najgłębszą szczęśliwość, która rozpościerając się w tobie prowadzi ciebie i wszystkie rzeczy w światłość Boga, przyjm z wdzięcznością i nie wyobrażaj sobie nigdy, żeś choć na najdrobniejszą cząstkę „zasłużył” – powiada przykazanie pokory. Czyż istnieje czystsza miłość, jak ofiarować drugiemu nieziemską szczęśliwość kochania, jak udzielić nawet rzeczom, które całkiem przypadkowo napotykamy na naszej drodze, pozoru pewnej dobroci, i udzielić go. nawet tam jeszcze , gdzie świat ustanawia tak zwane „prawo do słusznej odpłaty” za usługę, którą nam ktoś wyświadcza z miłości, lub którą nam rzeczy dają przypadkowo , jak stołek, który jest „pod ręką”, gdy chcemy usiąść, lub ładna pogoda , gdy nie mamy parasola? I czyż i to także nie zasługuje na wdzięczność , że świat posiada kogoś sprawiedliwego, gdy ktoś przypadkowo „sprawiedliwie” wobec nas postępuje? Nie jest prawdą, jakoby chrześcijański etos potępiał wszelką dumę, każde dążenie do poszanowania, do zasługi, do godności. Jest rzeczą naturalną być dumnym ze swej piękności, z piękności i zalet swej żony i dzieci. Jest rzeczą naturalną być dumnym ze swego nazwiska i pochodzenia. Właśnie te rodzaje dumy, które potępiają stoicy, mają sens i są rozumne. Dobra tego rodzaju są w wystarczającej mierze ziemskie, żeby dopuszczały dumę z nich. Istnieje tylko jedna duma, która jest szatańska: to jest duma z własnej wartości moralnej jako najwyższej wartości, duma moralna lub grzech anioła, który padł – i którego faryzeusze wiecznie będą naśladować. Duma pierwszego rodzaju, którą stoicy ascetycznie potępiają jako błahą próżność, opiera się jeszcze na pewnego rodzaju miłości do rzeczy, z których się jest dumnym. W tym wypadku nawet w samej dumie spogląda się jeszcze na rozlegle włości, na uprzedzająco grzeczne pozdrowienia i objawy życzliwości przechodniów, na mundur, który się nosi, jak na rzeczy, które – prócz tego, że jesteśmy dumni z nich – posiadają jeszcze jakąś własną wartość. Duma drugiego rodzaju, którą stoicy tak zuchwale wygrywają przeciw dumie pierwszego rodzaju, ona jedynie jest tą, która wedle chrześcijańskiego odczucia stanowi pychę (superbia) i zaródź szatana. Przez to, że nas nieuleczalnie zuboża i zaciemnia nam świat i nas samych, przez to, że człowiekowi dumnemu z siebie każe wiecznie na nowo wynosić się nad wszystkie rzeczy i wartości, aż w swej zupełnej „suwerenności” spogląda z góry na wszystko – z wyjątkiem swej własnej teraz właśnie osiągniętej pustki i nicości przez to, że duma ta odcina nas stopniowo od wszystkich dóbr i wartości, które duma pierwszego rodzaju jeszcze zachowuje i pozwala im istnieć, i że to, „z czego” właśnie byliśmy dumni, zaraz daje się odczuć jako coś, co ogranicza dumę absolutną dumę z naszej nagiej i opustoszałej jaźni -przez to właśnie wyznacza ona kierunek, który prowadzi wprost ku temu, co chrześcijanie słusznie nazwali „piekłem”. Właściwe piekło to nieposiadanie miłości. I ku temu to vacuum miłości zdąża duma, która otacza jaźń coraz ciaśniejszym kręgiem i która skierowuje świadomość wartości coraz silniej i silniej na nagi punkt naszego „ja”. Z wiecznego dążenia do „poszanowania siebie” i własnej „niezależności”, obraz wewnętrzny, który człowiek dumny urabia sobie z siebie i którego treść ceni tylko dlatego, ze on sam jest tym, który go posiada i ceni, – staje się coraz bardziej nieprzezroczystym medium, które go w końcu na stałe odcina od samowiedzy i od poznania siebie; niezależność zaś jego staje się przez to zerwaniem wszelkich nici życiowych, które wiążą człowieka dumnego z Bogiem, wszechświatem i ludźmi. „Tak mówiła pycha do mej pamięci: ty nie mogłeś tego uczynić; wówczas pamięć ustąpiła; więc nie uczyniłem tego”. (Nietzsche). Duma robi człowieka coraz bardziej samotnym, robi go w coraz wyższej mierze tym, czym Leibniz nazywał atom: un deserteur du monde.

Czy człowiek pełen dumy moralnej i dumy z siebie nie jest podobny do tego, kto się sam powoli dusi na pustkowiu?

Człowiek dumny jest nawet na to za dumny, żeby przywiązywać jakąkolwiek wartość do obrazu, który inni sobie z niego urobili, żeby stać o swą postać i rolę w społeczeństwie. Jest za dumny, żeby być próżnym. Ale próżność jest tylko śmieszna, nie szatańska. Jest śmieszna, ponieważ człowiek próżny równocześnie nieświadomie podporządkowuje się ocenie tych, których stara się przewyższyć swymi obnoszonymi na pokaz zaletami. W ten sposób nieświadomie staje się ofiarą swej skrytej sympatii do ludzi, starając się świadomie wynieść ponad nich i ściągnąć ich uwagę na siebie. To właśnie zasługuje na wesoły śmiech, że nie zauważa , iż tam właśnie jest sługą, gdzie pragnie być panem, że popada w przeciętność starając się być niezwykłym. Człowiek próżny jest tylko powierzchowny, a wstyd jego nie jest dostatecznie wielki, żeby mógł zwalczyć tendencję rodzącej się w nim przyjemności, którą ma z oglądania obrazu swej osoby. Ale sympatia zawarta w próżności – bez względu na to, jak daleko może wieść na manowce – nadaje jej jednak urok pewnego rodzaju zbłąkanej miłości. Tego właśnie brak dumie, która ma głębię, jak wszystko zło. Jeżeli tendencji wystawiania się na pokaz, przy utajonym uznaniu cudzych mierników wartości, którymi człowiek dumny z góry pogardza, zapobiega wstyd, – wstyd, który stara się właśnie ukryć widzianą przez innych zaletę – to nazywamy go „skromnością”. Cnota to równie płaska , jak płaski jest grzech, któremu się przeciwstawia. Albowiem jest to tylko wyścig między próżnością i wstydem, w którym wstyd zwycięża. Obraca się ona w dziedzinie tego, co społeczne, i już tego powodu nie należałoby jej mieszać z pokorą, która skierowana jest ku – światu.

Człowiek dumny to ten, który przez ciągłe „spoglądanie z góry” sugeruje sobie, że stoi na wierzchołku wieży. Każde faktyczne obniżenie swej osoby wyrównuje z nadwyżką spojrzeniem w jeszcze niższy niż – tak że musi mu się wydawać, iż się wznosi, gdy faktycznie opada. Nie zauważa, że głębia, w którą wciąż na nowo spogląda, właśnie dlatego powoli wciąga go w siebie, że w nią stale spoziera, żeby się mieć za wyższego. A więc „pada” powoli anioł – pociągnięty w kierunku swego własnego spojrzenia. Kierunek ten jest uzasadniony, o ile chodzi o możliwe do posiadania wartości i dobra, o urzędy i godności, i o ile cała ta postawa obraca się w dziedzinie porównań społecznych. Wówczas jest ona tylko wyniosłością, która nie wyklucza pokory wobec Bytu. Tak na przykład typowi panowie i rycerze wczesnego średniowiecza , a także najwięksi papieże, byli wyniośli, a zarazem pokorni. To połączenie stanowi szczególny urok cnotliwości owych czasów. Jedno tylko wyklucza pokora: dumę wobec Bytu, skierowaną ku substancji własnej wartości. Ona jedynie jest czymś szatańskim, co wiedzie do otchłani. Natomiast pokora jest cnotą, która przez to, ze każe człowiekowi pokornemu zniżać się coraz głębiej i głębiej- przed samym sobą -a przez własną jaźń przed wszystkimi rzeczami, wiedzie go prosto do nieba. Albowiem pokora nie jest niczym innym, jak rozważnym spojrzeniem na rysy naszej jaźni, które wiodą ją ku idealnemu pierwiastkowi jej indywidualnej istoty i które przecinają się w tym , co niewidzialne, – w Bogu. Jest ona ustawicznym widzeniem siebie „w Bogu” i „okiem” Boga, prawdziwą „wędrówką na oku Pana”. Wielkie damy Prowansji, które kierowały sądami miłosnymi, ustanowiły wśród ich artykułów m.in. zdanie: „Obraz kochanka jest stale obecny”. Nie potrzeba go sobie „uprzytamniać”, ani nawet „przypominać”. Przeciwnie. Trzeba sztucznie odwracać wzrok, ażeby to, co stale obecne i żywe , nieco się przyciemniło. Tak samo i człowiekowi prawdziwie pokornemu stale obecny jest „wizerunek”, w którym – jak czuje – jego własna indywidualność wciąż na nowo odtwarza skierowane nań drgnienie miłości Bożej i który on stale ma jakby przed oczyma. Jakżeż inaczej mógłby się bez tego czuć w każdej chwili swego doczesnego życia całkiem ciemnym i małym wobec blasku i wielkości tego wizerunku? Przez to, że wnikając w ten boski wizerunek coraz głębiej i głębiej, w dziedzinie swej świadomości sam siebie poniża i widzi się obniżonym, zostaje faktycznie porwany przez piękny obraz ku górze, do Boga i wznosi się w istocie swej wartości po cichu do nieba.

Pokora jest sposobem miłowania , które samą słoneczną swą potęgą kruszy ten stężały lód, którym pełna bólu duma opasuje coraz bardziej puste „ja” człowieka. Nie ma nic wdzięczniejszego, jak gdy w dumnych sercach miłość wyczarowuje po cichu pokorę i sprawia, że serce się otwiera i „rozpływa”. Najdumniejszy mężczyzna i najbardziej dumna kobieta stają się przecież trochę pokorni i uczynni dla wszelkich rzeczy, gdy kochają. Właśnie jako najwonniejszy kwiat miłości chrześcijańskiej, pokora jest cnotą chrześcijańską, a w swej najczystszej postaci jest ona tylko delikatnym cieniem, który na duszę rzuca wzruszenie świętej, ku Bogu skierowanej miłości. I jedynie ta miłość do świata i Boga i rzeczy, z Boga zrodzona, ta „miłość w Bogu” (owo scholastyczne amare deum et mundum in deo), to piękne poniżenie samego siebie jest tym, co przebija przyrodzoną zaćmę naszego ducha i pozwala wtargnąć w nasze wnętrze pełnej światłości wszelakich wartości. Człowiek dumny, którego wzrok- jak zaklęty- spoczywa na jego własnej wartości , żyje z konieczności w nocy i mroku. Świat jego wartości zaciemnia się z każdą chwilą; albowiem każda zauważona wartość stanowi dlań kradzież i rabunek, dokonany na wartości jego samego. Przeto staje się szatanem, zaprzeczycielem. Zamknięty jest w więzieniu swej dumy, a wokół niego rosną i rosną ściany, które odcinają go od światła dziennego świata. Czy widzicie to żądne swego „ja” zazdrosne spojrzenie, gdy marszczy brwi? Natomiast pokora otwiera oko ducha na wszystkie wartości świata. Ona, która zaczyna od tego, że nie ma nic takiego, na co by sobie można zasłużyć, i że wszystko jest darem i cudem, pozwala dopiero wszystko zdobyć. Ona to pozwala jeszcze wyczuć, jak wspaniała jest przestrzeń, w której ciała mogą się rozpościerać, jak im się tylko podoba, nie rozpadając się jednak na kawałki; i o ileż cudowniejszą i bardziej jeszcze podzięki godną jest rzeczą, że istnieje przestrzeń, czas, światło i powietrze, morze i kwiaty, co więcej nawet – jak to pokora wciąż na nowo radośnie odkrywa, że istnieje noga i ręka i oko, jako też wszystkie owe rzeczy, których wartość zwykle tylko wtedy zdolni jesteśmy uchwycić , gdy są rzadkie i gdy ich inni nie posiadają. Bądź pokorny, a zaraz staniesz się bogaczem i mocarzem. Na nic nie „zasłużywszy” sobie, wszystko otrzymasz w darze. Albowiem pokora jest cnotą bogaczy, jak duma cnotą ubogich. Wszelka duma jest „dumą żebraka”. Jeżeli dla uczucia istnieje wszędzie w świecie ślad łaski, a dla rozumu ślad cudu, – to jakżeż człowiek dumny, który „nie pozwala sobie nic ofiarować”, a nawet poznając, nie chce nic po prostu przyjąć, mógłby odczuć i zrozumieć sens świata? Jakżeż mógłby wiedzieć coś istotnego o świecie on, który tylko temu daje do siebie dostęp, co splamiło daninę jego tzw. 12 kategoriom rozumu, lepiej: 12 spleenom ludzkiego gatunku i ogólnym ideom prześladowczym. Jakżeż o świecie miałaby coś powiedzieć istota , która sobie roi, że jej „rozum przepisuje prawa naturze” i że nie ma nad nią żadnego innego „sędziego”, jako ona sama?

Pokora jest ową głęboką sztuką duszy, w której się dusza rozpręża jeszcze więcej, niż gdy po prostu pozwalamy sobie swobodnie się wyżyć. Istnieją dwie drogi zdobycia kultury duszy i przezwyciężenia jej naturalnej ciasnoty i tępoty. Jedną z nich jest droga napięcia ducha i woli, skupienia, świadomego odstręczenia się od rzeczy i siebie. Wszelki „racjonalizm” i wszelka moralność „samowyzwolenia”, „kierowania sobą” i „samodoskonalenia się” idzie w tym kierunku. Drugą drogę stanowi „rozprężenie” się ducha i woli, ekspansja i stopniowe targanie nici, które jeszcze nawet w ospałej, bezczynnej postawie przywiązują automatycznie świat , Boga, ludzi i inne żywe istoty do naszego własnego organizmu i naszego „ja”, – droga zaślubin z rzeczami i Bogiem. Kto kroczy pierwszą drogą, obawia się drugiej. Nie dowierza sensowi i biegowi świata, sensowi i postępowaniu własnej duszy i ufa wyłącznie sobie i swej woli. Jego ideałem doskonałości jest , żeby świat i siebie „wziąć w garść”. Kto kroczy drugą drogą obawia się w równej mierze pierwszej. Zaczynając od całkowitego zaufania w byt i w ostateczną zaródź wszechrzeczy, z której one pochodzą, odczuwa jako obłęd, gdy ktoś chce dopiero „urządzać” świat podejrzanej wartości. Czując się głęboko częścią świata i pełen patriotyzmu dla tego świata, może on tylko za niedorzeczność uważać myśl, żeby dopiero część miała z całości uczynić coś lepszego, niż ta całość, która wszak i ją otacza i zawiera w sobie. Lecz to nie znaczy, żeby mniej dobrze widział i czuł to, co nazywa się „wadą”, „słabością”, „złem”, „bezsensem” świata. Przeciwnie: ten tylko, kto kocha , naprawdę cierpi przez braki i złe strony tego, co kocha. Człowiek nie kochający raczej cieszy się z braków, ponieważ one daj mu poczucie , jak znacznie on sam jest lepszy, i ponieważ one dają mu coś „do roboty” w świecie. Człowiek kochający szuka jednak źródła zła nie w samym bycie, nie w istocie i pierwiastku świata. Szuka go w swym błędnym zaciekawieniu , w pośpiechu swych popędów, w natężeniu swych cielesnych i duchowych muskułów, tzn. w swej zubożającej świat „uwadze”. Szuka go najpierw w swoim, a potem w cudzym zbyt wielkim związaniu się z życiem. Zależy mu na tym, żeby usunąć to nastawienie , tę niejako naturalną „dumę”, ażeby swego „ja” ani swej organizacji, ani nawet organizacji żadnego z rodzajów lub odmian ani też żadnej cząstkowej społeczności nie zrobić osi świata i jego wartości i żeby przez to właśnie dotrzeć do samego świata i jego rdzenia , w którym na pół świadomie wyczuwa doskonałość. Zależy mu na tym, żeby usunąć zapory, które zakrywają przed nim cały i pełny byt i światło rzeczy. Wypuszczając się śmiało, z dłoni, rozcinając zupełnie liny kotwicy, którą świat zarzucił w jego jaźni, nie obawia się, jak człowiek dumny, że stanie się łupem burzliwych fal, lecz ufa, ze wraz z nowym życiem, płynącym z ostatecznego pierwiastka rzeczy, sam będzie wewnętrzną dynamiką morza i że oddając się jej będzie współżyć z nią nienaruszony. Droga, na której w całkowitym zagubieniu swej jaźni odnajdujemy się na nowo „w Bogu”, to w dziedzinie moralności pokora , w dziedzinie zaś intelektualnej „intuicja”. Takie beztroskie wypuszczenie się z dłoni to najwyższy hazard, a zarazem to niejako poryw śmiałości, który stał się samym bytem duszy. Jest ono owym bezwzględnym wyrzeczeniem się własnej mocy i własnej wartości, owym wyłącznym „polecaniem się Bogu” i owym, jak Luter mówi „sich unter die Fluegel der Henne Christi stellen”, które niedawno William James tak znakomicie opisał. W rozdziale swej książki „Doświadczenie religijne i jego odmiany”, zatytułowanym „Nawrócenie”, zwraca James uwag ęna dwa religijne typy nawr6cenia się, na typ „chceniowy” i typ „ofiarowania się komuś”. Na mnóstwie przykładów pokazuje, o ile większe znaczenie ma typ drugi, niż typ pierwszy. Już przy osiąganiu całkiem elementarnych celów, jak np. przy przypominaniu sobie jakiejś nazwy, uzyskujemy pożądany efekt zazwyczaj nie przy pomocy wysiłku, lecz przez zwolnienie napięcia duchowego. Mówimy sobie: „nie wysilaj się i myśl o czym innym”. I wówczas właśnie przychodzi samo z siebie to, czego sobie życzymy. W sprawach wielkiego znaczenia należą tu wypadki , gdy odrzucamy na bok wszelkie zmaganie się i wszelkie „dobre zamiary”, którymi – jak trafnie powiada przysłowie – „wybrukowana jest droga do piekła”, i powierzamy wszystko sile, z wolna rosnącej w duszy, która z łatwością sama z siebie daje to, czegośmy przedtem tak skrzętnie szukali. Frank Bullen, którego autobiografię „Na morzu z Chrystusem” W. James przytacza, skoczył podczas silnej burzy przy naciąganiu trójkątnego żagla na dziobie okrętu, żeby go przytwierdzić, na wytyk. Nagle wytyk usunął się. „Żagiel wypsnął się z mych rąk, ja dałem kozła w tył, głową na dół, i zawisłem za jedną nogę nad spienionymi falami pod wystającym dziobem okrętu. Będąc jednak zupełnie pewnym życia przyszłego czułem tylko radosne podniecenie. Wisiałem tak pewnie nie dłużej jak 5 sekund, ale przez ten czas przeżyłem cały wiek rozkoszy. W jaki sposób przymocowałem żagiel , nie wiem”. Ten wewnętrzny cud wiecznie nowego odrodzenia i czerpania siły do „umocowania żagla” z nieskończonego zbiornika mocy, przy całkowitym zrzeczeniu się „własnej siły” i każdej choćby najmniejszej godności, stanowi cel, do którego zmierza nieświadomie wszelka pokora.

W ostatnim swym dziele „A pluralistic universe” powiada William James: „Luter był pierwszym moralistą który skutecznie przełamał skorupę tego naturalistycznego zadowolenia z siebie (scil. starożytnej moralności), przy czym uważał, że to zrobił już św. Paweł (w czym zapewne miał słuszność). Doświadczenie religijne takiego typu , jak u Lutra, prowadzi do bankructwa wszelkich naszych naturalistycznych zasad i mierników: pokazuje się ,że się jest silnym, gdy się jest słabym. Nie można żyć tylko dumą lub zadowoleniem z siebie. Istnieje życie, w świetle którego wszystkie naturalnie uzasadnione i powszechnie przyjęte moralne wartościowania, zalety i samoochrona naszego charakteru wydają się skrajnym dzieciństwem. Drogę do głębszych dziedzin świata znajdzie tylko ten, kto szczerze zaprze się swej zarozumiałej dumy i wyrzeknie się nadziei, że potrafią własnych siłach być dobrym. „Zjawisko to polega na tym, że w chwilach najgłębszej rozpaczy odsłaniają się nam nowe dziedziny życia. Istnieją w nas źródła siły, o które nigdy nie troszczy się naturalizm ze swymi niewolniczo stosowanymi przepisami moralnymi i swym legalizmem; istnieją zdumiewające możliwości, nowy rodzaj wewnętrznego szczęścia i mocy wewnętrznej, których podstawą jest zrzeczenie się swej własnej woli i poddanie się działaniu jakiegoś pierwiastka wyższego od nas. Te nowe moce życiowe odsłaniają świat szerszy i pełniejszy, niż ten, który potrafi wymalować fizyka i etyka filisterska. Świat, w którym wszystko jest dobre mimo pewnego rodzaju śmierci, a nawet dzięki niej – dzięki temu , że umiera w nas nadzieja i siła , że umiera „odpowiedzialność”, strach i małostkowe troski , osobista zasługa i wartość, krótko, dzięki śmierci tego wszystkiego, na czym wiarę swą i zaufanie budowało pogaństwo , naturalizm i legalizm. Rozum , który opracowuje nasze inne doświadczenia , choćby nawet psychologiczne, nie mógłby był nigdy, przed ich wystąpieniem, wywnioskować istnienia specyficznie religijnych doświadczeń. Nie mógł przypuszczać ich istnienia, albowiem oznaczają one zerwanie z „naturalnymi” doświadczeniami , po których następują i których wartość odwracają . W miarę jednak, jak te doświadczenia religijne rzeczywiście występują, rozszerzają się granice stworzenia przed oczyma tych , którzy je posiadają. Wskazują one na to, że nasze naturalne doświadczenie, nasze ściśle moralistyczne i rozumowe doświadczenie stanowi tylko ułamek pełnego ludzkiego doświadczenia. Dają one naturze rysy miększe i więcej nieokreślone i otwierają przed duchem ludzkim najbardziej niezwykłe możliwości i perspektywy”.

Najgłupsze i najśmieszniejsze zapewne niezrozumienie, z jakim spotkała się chrześcijańska pokora u niektórych nowożytnych drobnomieszczańskich filozofów, stanowią pogląd, który robi z niej pewnego rodzaju Bogu oddane „służalstwo”, podniesione do rangi cnoty, „cnotę” ubogich, słabych i małych. Że owa postawa, która zwie się „dumą poddanego w obliczu królewskiego tronu”, że owa jako „obowiązek” odczuta postawa wszystkich dorobkiewiczów, która za żadną cenę nie pozwala im „nic sobie ofiarować”, tzn. .owo z góry posiadane zupełne poczucie własnej nicości , które dla każdego, kto nie jest pozbawiony zmysłu moralnego, tak dobitnie wyraża się w akcentowaniu wartości wyłącznie tego, co „jest zdobyte przez nas samych”, co zostało osiągnięte „własnymi siłami” – że to wszystko musi wywoływać to złudzenie – to jest niewątpliwie oczywiste. Cóż wie „człowiek”, który „chce być czymś”, który nawet wówczas porównuje się ze swymi panami i królami, gdy się im dumnie przeciwstawia, cóż może wiedzieć o dobrowolnym poniżeniu samego siebie, o słodkim pragnieniu rozpłynięcia się, które żywią ci, którzy są czymś, i którzy właśnie dlatego nie czują się na wyżynie, ponieważ całkiem oczywiście stoją na wyżynie?

Pokora: – to przecież właśnie obniżanie samego siebie, a więc ruch przybywania z góry, z wysokości, to zniżanie się Boga do ludzi, świętego do grzesznika, ów wolny, śmiały, nieustraszony czyn ducha, którego naturalne bogactwo robi dlań niezrozumiałym nawet samo pojęcie roztrwonienia siebie; który nie może się do ostatka „rozdać”, ponieważ sam jest wiecznie bijącym źródłem dawania. Czyż dusza służalcza chce coś dać komuś lub komuś służyć? Człowiek służalczy „chce” panować. I tylko brak siły, bogactwa itd. każe mu zginać się przed swym panem i nosić go na rękach. Z przyzwyczajenia do ciągłego kłaniania się staje się służalczy. Pokora natomiast jest przede wszystkim cnotą panów z urodzenia i polega na stałym kłonieniu swego ducha przed tym, co niewidzialne, przy zachowaniu władzy nad tym, co widzialne. Człowiek pokorny spełnia każdy akt władzy w głęboko ukrytej gotowości służenia temu, nad kim panuje. To właśnie jest dla niego tylko zewnętrzną postawą, co dla człowieka służalczego jest jego istotą: wola panowania. I to właśnie jest jego rdzeniem, co dla duszy służalczej jest tylko zewnętrzną postawą gotowość do służby.

Źródło: „Marchołt”, październik 1936



Kategorie:Filozofia, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: