Jan Wiktor – „Tragedia Brzozowskiego” [9 czerwca 1935]

Autor „Drzewiej” jechał do Italii po słońce. Chciał się w nim wykąpać, chciał się też „oderwać od siebie”, od wspomnień o długach, które zadręczały go, wlokły się za nim jak kajdany za skazańcem. Radował się każdą godziną, która go zbliżała do tej cudownej ziemi. Był pewny, że pod południowym niebem odrodzi się, zacznie pracować, a tyle miał pomysłów, zakrojonych na wielką skalę i nieraz opowiadał krótkimi, zwartymi rzutami. Słońce uciekało przed stęsknionym. W Wenecji zziębniętej, zadeszczonej słońca nie znalazł. W Rzymie lało bez przerwy. Dopiero wypogodziło się w ostatnich dniach tak nagle, jakby słońce spadło z chmur, z ulewy, i zatopiło świat oślepiającą powodzią.

Teraz w drodze siedzieliśmy przy oknach i gwarzyliśmy o dziwach pejzażu, jakie nas czekają na Sycylii i na Capri. Orkan niezwykle ożywiony, przypominał sobie szczegóły pierwszego pobytu we Włoszech, kapitalne epizody, niezmiernie zabawne i niesłychanie charakterystyczne pełne humoru, animuszu przygody o Kasprowiczu, o Staffie. I autor potężnych hymnów i flecista ścieżek polnych zgoła w innym świetle się przedstawiali, nie tak wyidealizowani; sprowadzeni z pomników, do knajpek, na ulicę, byli tak bliscy, mieli tak szalony rozmach – tyle fantazji, tyle radości życia, którą wychylali do dna ze szklanki i kieliszka. Orkan wystrzelał opowiadaniem, jak rakietami. Wyrastały coraz nowe osoby, wypadki. Mówił o Krakowie, o życiu, o walkach Młodej Polski, o Przybyszewskim. Przytaczał szczegóły nieznane ogółowi, rzucał strzępy wspaniałej epoki, gdzie szczerość odczucia mieszała się z zakłamaniem, z kabotynizmem i szaleństwem, a szaleństwo z tragizmem, gdzie poza teatralna zrastała się z prawdą i z miłością, która darła pazurami młodzieńcze serce, aby w oparach alkoholu wśród kirów, na krawędzi grobów pisać manifesty o Sztuce.

Orkan brał czynny udział w tej, epopei, patrzał na ludzi, na zdarzenia zdrowym, trochę kpiącym wzrokiem, dziecka wsi z progu swej góralskiej chaty i oświetlał je w swoisty sposób. Opowiadał wprost po mistrzowsku, nieraz charakteryzował czasy, ludzi jednym wyrazem, jednym skinieniem. Słuchając tych fragmentów, żałowałem, że nie spisuje wspomnień z wielką szkodą dla potomnych. Trzeba stwierdzić, że te wspomnienia były ciekawsze, bardziej charakterystyczne i całkiem odmienne od pamiętników Przybyszewskiego, czy Boya.

Mijaliśmy pejzaż południowy, ukazujący nam swoje skarby. Zieleń, spalone skały, wsi z kamienia, oliwki biedne, pokręcone, uboższe siostry polskich wierzb bez ich wyrazu, bez ich swoistej piękności. Słońce i błękit zalały nasze dusze. Byliśmy szczęśliwi. Nasze oczy zachwycone widokami zupełnie nie zwracały uwagi na dzienniki, które leżały porzucone na ławkach, chociaż ze szpalt rzucał się napis „Sprawa Brzozowskiego”, jakby czarna rana na bieli papieru, tak często odnawiająca się, aby krwawić, aby nękać opinię domagającą się wyjaśnienia tajemniczej sprawy. Pejzaż tak odmienny nasuwał myśli o polskiej wsi: u nas tak, a tu tak. Spragnieni byliśmy soczystej zieleni naszych pól. Szukaliśmy brzóz, sosen i nieba niskiego. Chcieliśmy, aby kształt widzianych drzew przypominał drzewa z północy. Odczuwaliśmy ich brak. Nasze słowa zapachniały tamtą zielenią, rozzłociły się tamtym słońcem, rozbłękitniały tamtym niebem. I wszystko w nich było: niebo, las, słońce, miłość i tęsknota. Orkan był jakby rozświetlony i mowa jego było radosna i szczęśliwa. W pewnym miejscu zagony coś przypominały. Zamknął oczy i jakby odetchnął jednym słowem

— Poręba.

Z tego słowa wyrosły wspomnienia, zmartwienia. Orkan troskał się po gospodarsku, co się dzieje w jego wsi, czy już wyszli i z pługami, gdzie zasiać owies, jarzec, gdzie zasadzić grule, jak przezimował koń, krowa. Tysiące pytań zadawał i szukał odpowiedzi. Zamilkł, wzrok utkwił oddali, gdzie z usypiska spalonych kamieni wyrywało się strzelisto drzewo, otoczone zgrają gęstwiny, podobnej do tłuszczy, duszącej wyciągniętymi rękami. W drzewie tym, mającym połamane, pokręcone gałęzie, znać było rozpaczliwy rozmach i szamotanie, aby wyrwać się z tego zbiegowiska i górować śmigłym wierzchołkiem. Orkan uśmiechnął się swym tajemniczym, głębokim uśmiechem, w którym było coś z anioła i z melancholijnego góralskiego Mefista i wyrzekł do tego tak bardzo nieszczęśliwego drzewa:

– Brzozowski.

– Skąd to nazwisko tutaj?

– Ilekroć widzę drzewa kamieniowate, zbite, poranione, otoczone wrzeszczącą zgrają, a tak górujące ponad nią, przypomina mi się Brzozowski. Kto zna dzieje tego wielkiego pisarza, ten wie, jaką przeżył tragedię. Patrzyłem na to. Przyjaciele jego wciąż żądają wznowienia procesu, domagają się oczyszczenia z zarzutów – ujął porzucony dziennik. – Znowu „sprawa Brzozowskiego”. Mam wrażenie, że co pewien czas będzie nękać społeczeństwo, zadręczać wyrzutami sumienia, aż będzie udowodniona niewinność tego człowieka, tak straszliwie oplwanego i zdeptanego. Stała się mu krzywda gorsza niż zbrodnia.

Słowa Orkana obudziły we mnie wspomnienia z czasów bardzo młodzieńczych. Brzozowskiego spotkałem dwa razy w okresie, kiedy stał na szczytach, kiedy słuchano go jakby proroka, rozkazodawcy. Przypomniałem sobie gimnazjum w Dębicy, tajne stowarzyszenia promienistych, tajemnicze zebrania w lesie, w piwnicach, na strychu. Burzenie, rzucanie bomb pod zrąb świata. Byłem wtedy w piątej klasie. 0kres błyskawic i burz. Wykuwanie duszy, mozolenie się nad szalenie mądrymi książkami, które kupowałem za uciułane grosze, żałując 6 centów na kupienie sznurowadeł do butów, kiedy mogłem je zastąpić sznurkami od cukru etc.

W tym czasie wypadł zjazd kół promienistych we Lwowie. Wyjechałem jako delegat z Dębicy. Oczywiście konspiracja, a więc przebranie, wyszarzały kubrak, kaszkiet. Po przyjeździe siedziałem w redakcji tygodnika socjalistycznego, o ile się nie mylę „Głosu robotniczego”, którego lokal mieścił się w pasażu Mikolascha. Na pólkach, na stole sterty pism, szpargałów, tajemnicze hieroglify na szczotkowych odbitkach. Rozmowa toczyła się o rozmaitych sprawach, o szczegółach programu zjazdowego. Nagle głos nasz zamarł, wszyscy obecni znieruchomieli. Z dołu rozległ się straszliwy kaszel, który napełnił pasaż, powtarzał się raz za razem i z taką siłą, miało się. wrażenie, że mury rozsadzi. Ktoś z obecnych wyrzekł nieznane mi nazwisko: Brzozowski.

Wyjrzeliśmy przez okno. Mężczyzna w nędznym palcie, stał oparty o ścianę. rozdzierany kaszlem, jakby wyrywał z siebie kawały płuc. Po ataku dyszał długo, nie mógł tchu złapać, po chwili zebrał siły i powoli szedł. Zobaczyłem twarz uduchowioną, chudą, ujętą ramą zarostu, znękanego, schorowanego człowieka. Pustym wówczas dźwiękiem było dla mnie to nazwisko, z którym skojarzył się straszliwy kaszel suchotnika. Na drugi dzień odbywał się. zjazd. Otwarcie w małych pokoikach brata Diamanda, obwieszonych obrazami. Lwów wówczas przeżywał niezwykły okres. W mury tego miasta schronili się bojowcy. Tutaj jeszcze dobiegał odblask bomb pękających na brukach warszawskich. Ci bojowcy po przegranej żyli na zgorzelisku, po którym powstawała gasnąca łuna. Gorycz, zawiedzione nadzieje, porachunki, zwalanie win. Echa tych porachunków walk, klęsk przenieśli na zjazd promienistej młodzieży, jakby odgłosy wystrzałów. Programowe mowy, dyskusja zażarta. „Fraki”, pod przewodnictwem M.Kukiela, głównego mówcy opromienionego sławą wieszcza, i „eserzy”. Ścieranie się ideologii, która dla pędraka z V klasy gimnazjum prowincjonalnego, była zgoła niezrozumiała. Wśród uczestników starsze pokolenie działaczy, wielkie nazwiska. Dzisiaj nie wiem kto przemawiał. Przecież jedna postać wyodrębniła się spośród zebranych i została trwale w duszy. Miał przemawiać ktoś ważny. Wysunął się z ciżby i stanął przed stołem. Poznałem twarz straszliwie przemęczoną, twarz proroka, którą wczoraj spotkałem. „Brzozowski”. Ci sami, którzy jutro mieli wystąpić z najhaniebniejszem oskarżeniem, którzy mieli oplwać, na tym zebraniu wymawiali to nazwisko przyciszonym głosem z największą czcią. Nie pamiętam dokładnie treści przemówienia, zostało tylko w pamięci niezwykłe wrażenie haseł o wielkiej pracy, o wielkiej sprawie, o świętości czynu, o Polsce.

Była to improwizacja. Brzozowski był mówcą porywającym. Widzę jego postać stojącą w zaćmieniu, widzę oblicze znędzniałe i oczy przykuwające do siebie. Nagle ta twarz zmieniła się, oczy zapłonęły, postać wyrastała, olbrzymiała, aby objawiać nowe prawdy głosu, sugestią gestu i patosem natchnienia. Patrzyłem na nieznanego człowieka, który przychodził z innych światów. Nie słowa, ale rozognione bryły piętrzyły się wznosząc gmach – kolos. Gorzały usta, gorzało serce, cały gorzał. Czasem gwałtowny ruch ramieniem, jakby zdzierał coś z nieba, to strącał z wyżyn w otchłań i pozywał na sąd, nieraz doznawałem wrażenia, że na dłoniach jego gwiazdy świecą, że ręce gwiazdami płaczą, to znów, że z palców ulewa błyskawic się zrywa.

Nie było czasu zastanawiać się skąd taka siła w schorowanym człowieku, skąd taki głos, niosący pożar. Ginął człowiek, zostawał olbrzym zmieniony w proroka, opętanego szaleństwem, objawiającego nowe prawdy.

Słowa Brzozowskiego wpadały w nasze serca, aby się w nich paliły przez długie lata. Mowę zakończył kaszlem, jakby straszliwym wykrzyknikiem, pomazanym krwią. Kilku podbiegło, podparło, wodę podało. Widzę wśród nich działaczy, którzy za parę lat mieli budować nową rzeczywistość.

Kiedy skończyłem, Orkan zaczął opowiadać o najtragiczniejszym okresie w życiu Brzozowskiego, o zarzutach stawianych, o poszczególnych fazach sądu, przytaczał fragmenty rozwijającego się procesu, z wielką siłą przekonania charakteryzował ludzi występujących, oskarżycieli, obrońców i świadków. Rozpalał się i mówił z furią, to z pogardą i obrzydzeniem. Z jednej strony zaciekli, ciaśni partyjnicy, z drugiej strony przyjaciele bezsilni, wzburzeni, lżeni, policzkowani. A wśród nich Brzozowski, złamany człowiek, trawiony gorączką gruźliczą, ostatkiem sił, słowami, które krwią się zalewały, broniący honoru swego, honoru dziecka i honoru pisarza polskiego. Każdy wyraz był daremnym wołaniem, zaklęciem, protestem, przysięgą, rzucał je przed trybunał, przed oskarżycieli. Zaślepienie partyjne przyjmowało je z drwinami, obelgą i urąganiem. Brzozowski szarpany rozpaczą zrywał się, aby ostatkiem głosu, krzykiem konającego walczyć o cześć na tej ziemi, z której odchodził.

W opowiadaniu Orkana proces zmieniał się we wszechludzką tragedię człowieka samotnego, bezkarnie oplwanego, skrzywdzonego, szamotającego się wśród wrzeszczącej tłuszczy. Brzozowski w tym procesie urastał do symbolu. Niepospolity duch w zniszczonym, umierającym ciele zmagał się ze zgrają, która ma większość i przemoc. Przesuwały się postacie żywe, plastyczne, mocno bryłami ukształtowane. Układały się scena za sceną, akt za aktem o największym napięciu dramatycznym o wstrząsającej treści. Walka daremna, beznadziejna, w której bezsilny, stargany człowiek, mógł powiedzieć, że jedynym świadkiem, że jedynym trybunałem, wobec którego jest odpowiedzialny, jest jego sumienie. Ale czyż taka mowa mogła być :zrozumiała dla tego trybunału, który przyszedł niemal z gotowym wyrokiem? Trzeba było z gestem dumy przejść. Nie mógł. Szło o godność rodziny, którą kochał ponad wszystko. Czynił wrażenie opuszczonego nędzarza. Brzozowski szukał w oczach sędziów ludzkiego spojrzenia, które by odczuło i zrozumiało tragedię jego duszy. Nie znalazł tego spojrzenia w ludziach twardo patrzących i kryjących między wargami wyrok zatajony w obeldze: szpicel. Ostatkiem sił, ostatkiem słów zrywających się z kaszlem z poszarpanych płuc zaprzeczał, udowadniał, protestował, wydobywał fakty z życia przeciw „dowodom” oskarżenia. Ale obecnie był to już inny człowiek, nie ten z okresu lwowskiego, kiedy się jawił jako prorok przemawiający błyskawicami. Już nie walił rozpłomienionymi bryłami słów. Źrenice, które dawniej rzucały pioruny, gasły, usta; które przemawiały grzmotem, teraz spalone gorączką drżały szeptem, bolejące ręce, które budowały światy, teraz konały z .przemęczenia. Obroną jego nie był wstrząs, nie był grzmot, jakim władał, ale wołanie o życie śmiertelnie zranionego i zhańbionego. Kiedy słów zabrakło, chociaż były daremne i niepotrzebne, wtedy został beznadziejny ruch ręki. Już nie szło o prawdę wykrzyczaną, ale o prawdę sumienia, której wrzaskiem nie obroni, ani nie udowodni. Dla przyjaciół, .przeżywających tragedię Brzozowskiego z wielką siłą odczucia, jego szept, jego ruch ręką, jego milczenie były stokroć wymowniejsze, i  głośniejsze niż krzyk.

Brzozowski wywlókł się z tej sali z najohydniejszym piętnem, aby opuścić ojczyznę i dogorywać na obczyźnie w rozpaczy i pohańbieniu. Złamany, schorowany, rozdarty wewnętrznie żył w słońcu włoskim, nie zaznając ciepła i promieni. Gasł w mrokach i nędzy. I wtedy tylko społeczeństwo florenckie, tajne stowarzyszenia dobroczynne, pamiętające czasy średniowiecza i kierujące się zasadami średniowiecza, pośpieszyły z pomocą, a uczyniły to tak, jak nakazuje tradycja: nikt nie wie kto wsparł potrzebującego. Pomoc była bezimienna, gdyż szło nie o chwałę imienia, tylko o istotę czynu. Nikt z Polski nie wsparł, nikt nie widział konającego, nikt nie wznawiał sądu. Pod koniec życia wezwano księdza, aby wyspowiadał Brzozowskiego. I ksiądz wychodzący od łoża umierającego, z największym wzruszeniem wyrzekł: „umiera święty człowiek”. Może ten, który wysłuchał spowiedzi całego życia wydał wyrok sprawiedliwy?

Orkan oburzał się, że wówczas surowi sędziowie partyjni nie wydali wyroku, nie mieli odwagi potępić, a nie chcieli uwolnić z ciasnych nakazów. Zostawili Brzozowskiego pod najpotworniejszym zarzutem, który sam w sobie był potępieniem w oczach opinii.

Orkan powiedział wtedy:

– Byliśmy bezsilni wobec potworności oskarżenia i wobec ogromu boleści. Przeżywaliśmy najstraszliwsze chwile, cierpieliśmy razem z nim, wierzyliśmy w niewinność, ale cóż mogliśmy uczynić? Kułak zaciśnięty był naszą odpowiedzią. Przebieg procesu, był skandalem. Wyszliśmy z sali z przekonaniem, że wyrządzono krzywdę samotnemu człowiekowi. (Orkan miał za złe, że Żeromski tak przekształcił rzeczywistość i prawdę tego sądu i wykoślawioną wyzyskał w „Urodzie Życia”, pomniejszając rozmiary tej tragedii opuszczonego, samotnego człowieka).

Pytałem się dlaczego Orkan nie ogłosił swoich wrażeń, dlaczego w wolnej Polsce nie wystąpił w obronie? Nie dał odpowiedzi. Możliwą rzeczą, że uląkł się gwałtu partyjnictwa, pod którego presją wówczas wszyscy żyli.

Kiedy czytałem oświadczenia Radka, odżyły we mnie wspomnienia, odżyły postacie występujące w tym dramacie, zakrojonym na wielką skałę, graniczącym z tragedią wszechludzką. Kiedy myślę o Brzozowskim, widzę go takim jakim go poznałem przed laty na zjeździe młodzieży promienistej. Obłąkany szaleństwem zapału, porwany w wyżyny i porywający na wyżyny, buchający płomieniami, jakby rzucał głównie ze stosu, na którym sam płonął. Potem widzę go takim, jakim go przedstawiał Orkan. Już nie gromił, nie przeklinał, ale porzucony wśród gawiedzi,w męce i rozterce miał słowa zalewające się krwią. Widzę człowieka śmiertelnie bladego, schorowanego, zdeptanego, oplwanego, cierpiącego każdą cząstką ciała i duszy, wychodnego z oczami śmiertelnie umęczonymi i z wychudłymi rękami, które tak drżały, tak drżały, jakby w agonii otrząsały z siebie, ślinę i błoto ludzkie.

Te dwa wyobrażenia zrastają się w jedną postać, która przychodzi i przychodzić będzie i domagając się spoza grobu prawdy i. sprawiedliwości, bo, jak powiedział Orkan – „partyjniactwo ciasne wydało wyrok, wolny naród winien zmazać go. Przyszłość musi udowodnić niewinność, w którą my, widzowie tej tragedii, wierzymy”.

Ginie, zatraca się nędzne drzewko, na które patrzyliśmy razem z Orkanem pod włoskiem niebem, wyrywające się z pośród kamieni, z połamanymi gałęźmi, udręczone, a wystrzela dąb mocny, wkorzeniony w glebę polską, górujący ponad wrzeszczącą zgrają. W tym drzewie mieszka twórczy duch pisarza i myśliciela – Brzozowski.

Źródło: „Prosto z Mostu” 23/1935



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: