Adolf Nowaczyński, „Kulczyk Sobieskiego” [1935]

Chyba nikt już nie pamięta, a dowodnie, mało ludzi słyszało o jednym takim panu Kulczyckim alias Kulczyku, co to zapoczątkował pewien obyczaj, z biegiem czasu i stuleci bardzo potem rozpowszechniony po całym Bożym świecie.

Nie był to żaden wódz, ani wojewoda ani kaznodzieja, ani kanclerz, ani żeglarz, ani malarz, ani rycerz, ani snycerz, ani żaden w ogóle prymus, pierwszy w narodzie, ale w każdym razie był pierwszy.

W czem pierwszy? W tem, że założył pierwszą kawiarnię nie tylko na kontynencie, ale w Wiedniu, w słynnej stolicy mocarnej monarchji Rakuskiej alias austrjackiej.

Lat temu było to trzysta przeszło, kiedy państwo Austriackie było jeszcze wielką potencją, jego cesarz liczył moc wasalów, Wiedeń dumny puszył się jako stolica, ale kiedy już właśnie po raz pierwszy wszystko tam zaczynało w zawiasach trzeszczeć, bo od strony wciąż buntujących się Madziarów szedł na imperium żółto-czarne Czarny czyli Kara Mustafa na czele nieprzeliczonych hord i chmar zbrojnych pogan, pohańców, czyli Osmanów alias Saracenów, Turków i Tatarów, wysłany w bój przez srogiego Sułtana Muzułmanów, oczywiście Sulejmana.

Skądże się tam na te czasy mógł wziąć w Wiedniu nasz Polak pan Kulczyk?

Różni różnie o tem opowiadali i opowiadają, ale najprawdziwsza prawda będzie, zdaje się, ta. że dostał się tam razem ze zwycięską armią króla Jana Jegomości i umiłowawszy sobie wesołe miasto nad Dunajem, już tam na wieczne czasy pozostał i pomieszkał. Jakich zasię czynów przedtem dokonał, z których Kulczyckich się wywodził, w jakiej ziemi stała jego kolebka, jakiej rangi w swym regimencie (i w którym?) się dosłużył, w jakich potrzebach i w jakich bitwach męstwem nieustraszonem odznaczył i kiedy oraz dlaczego służbę porzucił, to rzecz niewiadoma jak również niejasną, a ciemną pozostają, jaką drogą doszedł do… kawy parzenia i kawiarnianego wyszynku tem bardziej, że i on sam w różnych czasach różne o tem relacje składał, więc jak to mówią, nawet rodzony ociec prawdy nie mógłby dociec.

Kiedy go poznajemy, pan Kulczycki jest już w Wiedniu zasiedziały i znany, a każde dziecko potrafi zapytującemu się przechodniowi, czy Panu Nietutejszemu wskazać, którędy się idzie na taki i taki Markt i Platz, potem taką i taką Gasse, a potem na lewo przed Wałami Miejskiemi na Podwalu jest z jednej strony winiarnia z ogródkiem pana Guschelbauera („Zum Schwarzen Peter”), a z drugiej, vis-a-vis pierwsza w świecie „Caffee aus Arabien” w parterowym domku ze stale roztwartemi oknami, a przed domkiem akacje rzędem, a pod akacjami dwie kamienne ławki.

Lat miał Herr Kulczyk z pięćdziesiątek, tuszy bardzo okazałej, karku pękatego, urodziwy niezbyt, łysy jak kolano, w miarę ospowaty, nie bez lekkiego zeza, ale tylko w jednem oku, za to drugie niepomiernie cudne i wyraziste, omal sokole. Lewa rączka nieco sucha, a prawa nóżka przydługa. Mankamenta te przyrodzone jednakże zrównoważone piersią na miarę Fidjasza, głosem tubalnym a basowym, przede wszystkiem zaś animuszem wesołym i imaginacją polotną, pogodę ducha sygnifikującą. Tej to imaginacji zawdzięczał pan Kulczycki tak swoje u ludziów wzięcie jako i swoje… przedsięwzięcie, które mu i profity i glorję wiekopomną przyniosło.

Aby to dzisiejszej generacji udowodnić, trzeba przede wszystkiem przypomnieć, co i jak było i od czego się to rozpoczęło.

Dwunastego Septembris anno Domini 1683 jeszcze Król Jegomość Salvator Christiani Mund z Kalenberku z polany słonecznej, między winnicami spozierał na dół, na Wiedeń z armat ogniem prażony, minami eksplodującemi charatany. I Dunajski zepsuty most spozierał i na olbrzymie, bez kresów obozowisko tureckie sobie patrzył ze spokojem i statecznością, 12 września 1683 r. A już 13-go września 1683 r. przed wieczorem pogrom straszliwy Islamu był dokonan, jakiego świat i Korona Polska dotąd nie widziały, o czem Król Jegomość epistołę długą i czułą do swej Marysieńki, piórem gęsiem skrzypiąc, nie bez mozołu koncypował i pisał.

Taki to by człowiek serdeczny Jan III, wnuk hetmana Żółkiewskiego, a sam hetman i generalissimus wszystkich wojsk chrześcijańskich, wydający paroIe i ordynanse i Lotaryńskiemu Książęciu i Sabaudzkiemi Eugenjuszowi i Elektorom wielmożnym, Saskim, Bawarskim i t. p. Padł zatem z nieba sarmackiego, a Turczynowie pierzchali w popłochu jak oparzeni. Jakby kto ceber ukropa wylał na czarne (Kara)luchy i pułki Kara Mustafy. Co to wtedy nie wpadło do rąk ulubieńców Victorii!

Niestety, niestety, do ojczyzny miłej znikoma jeno cząsteczka tych łupów dotarła, skoro tak kapitanom i rotmistrzom, jako i najpospolitszym komputowym żołnierzom i wolontarjuszom i wszelkim ludziom z pocztów, resztę albo wyłudziły Wiedenki nadobne, albo wycyganili wdzięczni za odsiecz i ratunek Rakuszanie. Król zwycięzca też wyszedł z tego z niedużym kwitkiem ku nieukrywanej Królowej Jejmości malkontencji.

Ocalała garść zdobyczna w dwóch stancjach Arabskiej Kawiarni na wiedeńskiem Podwalu. Miał jakieś widocznie ładowne wozy pan Kulczyk oraz bacznych i dzielnych ciurów skoro to, co sam zdobył po srogiej walce z Turczynem, w całości do Wiednia dowiózł. Dość powiedzieć, że i kobierce smyrneńskie tu były i ottoman haremowych pięcioro i nargile niejakie i worków z caffą sześcioro i farfury i fajki i buzdygany i szerpentyny. Co zasię już najważniejsze, to owa perła paszy bagdadzkiego, z pół centnara ważąca, białogłowa o czarnych zębach, Fatime z przezwiska, wiedźma ale w kawiarskim kunszcie mistrzyni.

Już tedy i król Triumfator, miecz na Saraceńskie nasienie Belzebubskie, dawno w Wilanowie popasał u stóp Marysieńki klęczący, kiedy pan Kulczycki vel Kulczyk Wiedeńczykom podwoje Arabskiego Raju roztwierał. By zasię wdzięczność swą okazował, w izbie większej na pryncypalnej ścianie kupersztych amsterdamski powieszon został i Sobieskiego Pana figurujący w imperatorskiej szacie, nogą obutą Turczyna grzbiet pięknie gniotący.

Od pierwszego dnia wiosennego konkursus Wiedeńczyków do nowo rozwartej gospody był i przeliczny i prześliczny. Wielu było ciekawych nieznanego napoju, lubą excytację budzącego. Wielu po raz pierwszy oglądało tureckie dziwności. Inni zasię pragnęli zobaczyć raz w życiu perłę haremu paszy Bagdadzkiego.

Ale był ci tam jeszcze jeden magnes, który wszystkich pociągał. I był jeden skarbiec od zdobytych tureckich trofeów większy a niewyczerpany. Tym skarbcem był sam gospodarz, tym magnesem był też gospodarz, unser braver Kulczyk, prosto i jasno rzekąc Homer, Homerus Królewskiej odsieczy Wiedeńskiej, narrator niestrudzony i niepokonany, żyjący, żywy dyarjusz wszystkich owych potrzeb I perypetyj. Caffe arabską gościom w farfurach sam roznosił a potem się przysiadał i opowiadał i opowiadał. Auditorium nigdy nie zabrakło. Zaglądali tu raz po razu rajcowie miejscy i ławnicy. Kardynał Pallavicini dwa razy przyjechał we własnej osobie z orszakiem. I jacy tylko forestiery w Vienne bywali, tu zaglądali. I markizowie francuscy i grandowie hiszpańscy i florenccy malarze (Italiani), Holenderskie kupce. Dwa razy dwaj arcyksiążęta najmiłościwiej zstąpili w Kulczykowe progi. I kardynał Piccolomini także. I pan Pasek z Polski popasał tu trzy dni całe. Ze Sarmatów każdy, któren jeno o Wiedeń peregrynując zawadził. Anglików spora paczka w różnych leciech łakomych wszystkich nowalij o „King of Poland”, którego „Młotem na Heretyków” zwali. A nasz Kulczyk jeno perorował i perorował co wiedział i czego nie wiedział, imaginację swą często gęsto parzoną mokką (z Mekki), podniecający, w narracji maestro niedościgniony. Im więcej garnuszków czarnego napoju się golnęło, tem dalej na fantazjów bachmacie. Że jednak wyszynk kawowy prosperował, przeto i wrogowie nieprzyjaźni wnet się naleźli, którym hersztował głównie winiarz („Zum Schwarzen Peter”) z przeciwka. Czego tam nie rozpowiadali pijanice pod Guschelbauerowym przewodem, tacy, co to zawsze szukają dziury w moście i znajdują, plamy na słońcu. A to że w żadnej potrzebie nie bywał, a to że prochu nie wąchał, a jeno kurze zmiatał w swym kramie, w którym bławatami kupczył. A to, że wszystko, co w Arabskiej kawiarni zebrane od owych otoman i kobierców zacząwszy, a na białogłowie o czarnych zębach kostropatej kończąc, nie na Bisurmanach zdobyte, a jeno odkupywane bywało od żołdaków, od ciurów, od rabuśników i kanalji wszelakiej. A to że Kulczyk przez imaginację pojechał aż na koronację i jako ten stary Homerus zmyślał i łgał wierutnie, a bez opamiętania nijakiego. A to, że nie on primus (inter pares) taki wyszynk z caffe założył, jeno u Olendrów to podpatrzył, gdzie od dość niedawna takowe bywali… Worki z kawowym grochem, że mu znowu Grekowie chytre dostarczyli takoż od żołdactwa obóz Wezyrski łupiącego odkupione i przywiezione. Et cetera et cetera.

Nasz pan Kulczyk nie zważał te plotki i szkalunki. ani bez jedną chwilę.

– Jechał ich sęk wydmikufli! Pies z nimi tańcował drapichrustami, skurczybykami, szlifibrukami. Przyjdzie do mnie jutro Książe Lotaryński z Książęciem Szwarcenbergiem pospolu, to ich już wtedy zazdrość szpetna chyba w powietrze wysadzi albo się powściekają, jak sobaki w lipcu. Bóg świadkiem. jako do niczego od maleńkości takiej awersji nie żywię jako do łży i do łgarzów! Ani o ździebko bym od prawdy nie odstąpił. Świadków stawić mógłbym do kroć sto tysięcy djabłów! Nie takich jam wrogów przez płot przesadzał i na gnój rzucał. Pies ich lizał, jak se w rynsztoku popite, wtedy, kiedym ja w rynsztunku od stóp do głów po dziesięciu Tatarów samotrzeć do jassyru do polskiego brał…

I znów sobie golnął bywało swojej arabskiej mixtury i znów dalej jechał z nową narracją, jakich to-cudów dokazował służący w skrzydlatej usarji w regimencie „Niezwyciężonych Towarzyszów” pod rotmistrzem Łąckim przyjacielem.

I z tym to właśnie Łąckim czasem mu się co nieco mieszało: raz bywało pod Łąckim, a raz znowu wyraźnie pod Kątskim. I raz, że niby moździerzami dyrygował jako artylerzysta znamienity, a raz że w dragonach Królowej Jejmości służba była i szwadronady niesłychane. Raz że pod hetmanem Jabłonowskim wojewodą, raz że przy boku samego Króla, a Królewica Fanfanika (Aleksandra) niby adlatus. Raz mu „proporczyki ślicznie furkotały” a on z kopją… w garści (suchej ręki?) kłuł Spahisów (sułtańskich gwardzistów). A raz znowu że „gołą szerpentyną łuszczył” „bezbożników tuzinami”, „jak kosiarze trawę”… Proszony czasem k’rzecznie aby może pofolgował, nie tylko się nie mitygował, ale już sam na czele regimentu kładł wtedy całe pułki Janiczarów pokotem: „jako łan pszenicy tratowalim ścierwo aż do zdechu kopytami flaki rozgniatając”…

I pod Żórawnem był ongi i pod Wojniłowem i pod Szegedynem i pod Warażdynem i pod Koloszwarem i pod Temeszwarem; przypadek tylko czy cud Boski, że do samego Carogrodu na białym szymlu triumphaliter nie wjechał.

Zawsze toli mu się mieszało z temi chorągwiami. Raz mu się mówiło pod Kątskim, a drugi raz znowu pod Łąckim…

Tak samo, rzecz prosta w różnych warjantach narracje się toczyły, kiedy to do „Coffeiny Arabskiej” zawitał nowy gość ze Rzymu od „limina Apostolorum” –„per pedes Apostolorum” do Warszawy wędrujący, kawaler kunsztu rymarskiego, z Ojców Pijarów Zakonu braciszek „und Poet dazu”. Flachę ów człek z inkaustem u pasa zawieszoną dźwigał, z gęsi piór wyrwanych garść za pasem także, a animusz w nim pisarski wielki. Poema miało się zwać: „Trąba Wiekopomna ku Glorji Joannesa Triumphatora Niezwyciężonego na widok publiczny pokazana”. Wierszów heksametrowych tysięcy dziesięć. Jednemu z Ojców Jezuitów udała się przedtem „Janina”, poema na heksametrów 4.000, tedy naszemu padre kazał Przeor skoncypować o sześć tysięcy więcej w terminie rocznym przed Świętym Janem Chrzścicielem i basta.

O Kulczyku zewsząd słyszał. Na dłuższy perjod tedy w Wiedniu osiędzie, wszystko, co usłyszy, zakonotuj sumiennie, caffe arabską skosztować gotów, jeżeli nie grzech i nie obraza Boska pić to samo, co heretyki Bisurmany piją.

Kulczykowi mile dumę połechtało, że glorja jego Homerowa aż do Watykanu sięga.

Pokumali się i poprzyjaźnili od razu. Dopiero teraz poczuł się nasz primus kawiarz odsieczowym Homerem. Co innego gościom treledrele gadać i takowych bawić jako cyruliki i balwierze czynią, a co innego Egerją być rymopisa, który to przekaże potomności i generacjom, a do tego heksametrem i dziesięć tysięcy wierszy jak oblał!

Teraz dopiero miał używanie nasz pan Kulczyk, teraz mógł bachmata imaginacji nie truchcikiem, ale galopando popuścić, paszczę roztworzyć jak wrota i opowiadać i perorować, co wlezie. A mniszek konotował i konotował, cały w słuch zamieniony z konieczności żłopiąc czarne narcoticum, niby bey z Bagdadu lub pasza z Aleppo.

Przechodzący pod akacjami mieszczankowie wiedeńscy przez rozwarte okna słyszeć teraz okazje miewali perorowania bez końca:

– Była już trzecia naci ranem, kiedy Kątski generał, Marcin mu było na imię, mówi do mnie…

– Była to piąta popołedniu, kiedy szyk sprawilim, a ja przemówiłem do towarzyszy…

– Elektor Max Emanuel swoje, a ja mu znowu swoje. Tak się z godzinę swarzylim, czyji systema strategiczne w tej pory lepsze..

– Dzwony biją w Szczepańskim Tumie a tu ciżby ludzkie nieprzebrane kapeluszami wywijają, dzieciska podnoszą, kwiatuszkami na mnie piorą, Iiljami i rezedą, „Heil Kulczyk!”- wrzeszczą, a podwiki wszelakie oczkami strzelają: jakże mu pięknie z tymi wąsami!… bom ja wtedy bardzo długie wąsiska wypuścił co teraz są obcięte…

– Leopoldus mówi, a głos podniósł: Mein braver- Kulczycki! – mein braver Kulczycki!… I prawicę wyciąga i przechyla się z konia i moją ściska kordjalnie, a ja patrzę i widzę… Bóg świadkiem, łzy Cesarzysku z oczu kapią, łzy rzęsiste, z wdzięcznościowego affektu, nie z czego innego, a z wdzięcznościów, żeśmy mu tę Vindobonę uratowali…

Tako prawił ślicznie pan Kulczycki, nie kładąc żadnej tamy ani wezbranej imaginacji, ani elokwencji, jako przystało bohaterowi, co się nie trzyma suchej drewnianej prawdy jak pijany płotu, jeno folgę daje inspiracji, upiększając wedle możności i swój szary żywot na tym padole płaczu.

A Pijar pisał.

Popijał czarny napój z misternego garnuszka i konotował i konotował wszystko wiernie, co gospodarzowi ślina na ozorek obrotny przynosiła. A się też z tych Pijarowych notatek spory foljał zrobił. Bywało, że czasami Padre zakasłał się ciężko, bywało, że i ziewnął przeciągle, albo się zbytnią konsumcją kawową nieprzyzwyczajonemu na glos silnie odbiło raz po raz. Ale pisał Pijar dalej, by to wszystko w heksametrach przenicować i obrobić… nie zrażając się takiemi drobiazgami, jak że raz był Łącki, a raz Kącki, raz usarja, a raz artylerja, raz czambuł spahisów trupem, a raz sto janczarów pokotem.

Jednego dnia atoli kawaler kunsztu rymarskiego nie przyszedł.

Drugiego dnia Padre-poeta też nie przyszedł. Że atoli z kompanią okazałą zapowiedziany przyjechał książę Sztaremberk i książę Anhalckie i Hiszpanów całą gębą podwieczerz kilku, więc nawet się o tem zapomniało.

Trzeciego dnia atoli znów authora przyszłej „Trąby Wiekopomnej” jak nie widać, tak nie widać i nie słychać. Zachorzał pewnikiem, może się knedlami objadł?

Czwartej doby już pan Kulczyk miał niemiłe jakoweś przeczucie. Turbacja jakowaś go się czepiła. Ofiarą złych humorów stała się jako zwykle otyła wiedźma muzułmańska, co perfect caffe parzyła, ukryta za purpurowemi kotarami. Nawet jej w dyszkursie coś twardego i ciężkiego upadło na kudłatą czarną głowę białogłowską, którą sto lat temu chyba tak sobie Bagdadzki pasza umiłował… Po której to bitwie walnej stanął sobie pan Kulczyk w okienku zaaferowany, zaturbowany z marsem na czole, dziwnie niespokojny… Nagle drgnął cały. Czy go oczy nie mylą? Może to oko zezowate szatańskiego figla mu chce spłatać? Ależ tak… Nie mylą go oczy! Naprzeciw kroczy kto? Padre z Rzymu peregrynant we własnej personie… Z nim zasie jakowyś rycerz, capitaneus, w polskim żupanie, chapeaux z piórami, szabla polska na rzemieniu zwisa, postawny, Marsowy. Gdzie idą? Gdzie idą na Boga? Na lewo idą! Nie do Arabskiej Kawiarni, lecz do tego arcyszelmy szynkarza -winiarza Guschelbauera! Ani nie spojrzeli w stronę pierwszej na globie Kawiarni. Zagadani; rękami machający, nieprzyjemni.

Zgrzytnął zębami pan Kulczyk. Pijaki obrzydłe! Chlać teraz będą Voslauer Goldeck może Gumpoldskichchnera, może nawet Tokaya półgąsiorek każą sobie na stół postawić, Węgra, którego aromat dawno już panu Kulczykowi nosa nie połechtał. Rozpiął kołnierz gwałtownym ruchem nasz kawiarz prymus, żeby go apopleksja prędko ominęła, bo tak mu krew (nie woda) buchnęła do rycerskiej głowy. Wysapał się dobrą chwilę, potem wysapany spać się w drugiej stancji położył, żeby do spokojności wrócić. Była godzina trzecia po obiedzie.

Potem była godzina czwarta, potem piąta. Nasz Kulczyk chrapał i chrapał aż się powała trzęsła i kilka cynowych talerzy na podłogę spadło z półki… Był już dobry podwieczerz, słońce zachodziło za Laxenburgiem, kiedy się wreszcie nasz Miles wychrapał, wstał, poprawił na sobie tureckiej, brokatelowej opończy, podkręcił wąsa, drzwi otworzył, zaklął, widząc, że w izbie paradnej gości niema, Fatimie rzucił jakiś nieprzystojny przydomek i znów stanął przy oknie.

Teraz nim już formalnie zatrzęsło od samych fundamentów. Właśnie bowiem od Guschelbauera szli, wprost ku niemu zmierzając, padre e capitano. Od razu poznać można było, że ich potężnie zawiało od strony Węgier, jeżeli nawet nie zamroczyło. Parnobile fratrum szła, jak to pokazują w Theatrum, niezbyt przystojnie i tracąc pionową postawę. I miny też mieli niedobre, jakieś zaczepne, zawadjackie, może nawet srogie. Pijar znacznie mocniejszy, nieprzebrawszy miary, kosturem jeno wywijał w powietrzu, jakby młynki czyniąc, ale rycerz szablą stukał w bruk i trzaskał, by hałas czynić, czy straszyć. Ale kogo?

Zaraz się to pokaże.

Wchodzili nieco gburnie, potknąwszy się na progu, co już dodało Kulczykowi wigoru i kontenansu, ni stąd ni zowąd przedtem zatraconego.

– Czołem…

– Czołem! Cześć!

– Rycerza wam tu prowadzę, rodaka znamienitego.

– Owszem. Jeno zbyt spóźniona pora. Zaraz zamykamy, fajerant…

– Jak skoro przypomniecie sobie, kto zacz i kto taki, do rana ansztalt otwarty ostawicie.

– Tego się po mnie nie doczekacie. By tu książę Lotaryńskie przyszło znowu, es wird geschlossen… No, ale cóż to tyle czasu wielebnego na oczym nie widział? Siadajcież waćpanowie! Caffe prosicie?

– Nie tyle prosimy ile sztelujemy, jak się tu w Wiedniu mówi po gospodach i karczmach…

Mówił to twardo, ale z czkawką nowy gość, rotmistrz nieznany, rozglądający się z admiracją po ścianach i po sprzętach, ale nadal wciąż naburmuszony, surowy, z dyzgustem patrzący na gospodarza.

– Cztery dobym nie odwiedził was, panie Kulczycki… Ale dlaczego tak się podziało, zaraz się dowiecie!…

I Braciszek, jakby jaki opat ciężko na turecką kanapę opadł.

Pan Kulczycki klasnął i wraz wtoczyła się centuarowa Perła, niosąc na tacy srebrnej tajemniczo działający napój. Teraz już miał czas ochłonąć i odetchnąć. Czego się bał właściwie? Co na niego przyszło? Skąd się to wzięło? Się niedobrze z oczu temu no-wemu patrzało, no to cóż z tego? Przecież nie na zwadę tu przyszli, tylko na caffę. Zbić się z pantałyku nie pozwoli tak łatwo. Gdyby się ten nowy, może pijaczyna i bijaczyna, biesić tu zaczął i sakramentował, odrazu go osadzi i do kontrataku przejdzie…

– Czyli to ta Hadidje? – pytał szyderczo niemiły gość z Sarmacji.

– Hadidje? – również szyderczo replikował Kulczyk. – To już wam panie opowiadał o tem Braciszek? Nie, to Fatime, kucharka. Widocznie wzrok macie słaby, że takową Gorgonę w Komparycji stawiacie Hadidje. Hadidje była piękna jak noc nad Eufratem…

– I tak do was rozgorzała, mości gospodarzu? – ciągnął dalej kpiąc i czkawkując.

– Byście sobie wiedzieli towarzyszu. Łatwiej zaś niedźwiedzia zabić, jak afekt w niewieście. No, a skoro raz Kupido kaszy nawarzy, to wiadomo, co potem z tego.

– I na was to padło, panie Kulczyk?

– Ano pewnikiem, że nie na was, panie gościu… Z przeproszeniem waszmości, Kulczycki jestem, nie żaden Kulczyk.

– Bene! Ergo taka była Hadidje urodziwa?

– Jako Venus Anadyomene! Tylko, że wy pewnie nie wiecie, co to znaczy, A – na – dy – o – me – ne!… więc wam przystępniej rzekę: marcypanna! słodka! upojna!… Faworytą Wezyra była wybraną. A, że za mną do Wiednia Wezyra uciekać chciała, jam chyba temu nie winien. O waszej egzystencji widocznie do niej jeszcze sława nie doszła…

Tak się dyszkurs zaczynał…

Już tedy siarkę i fosfor czuć było w powietrzu, a Szatan niezgody zacierał ręce…

Pan Kulczyk spozierał teraz na mnicha mocno zadziwiony. Jakaż metamorfoza! Do tych czasów zawsze ku rzeczy, pokorny, wysłuchany z attencją, każdą opowieść delektujące spisujący czarno na białem; teraz siedział jakoś pochmurny, spodełba patrzący, bez submissji nijakiej z szyderczym uśmiechem na cyferblacie. W ręku trzymał jakiś papier, epistołę jak gdyby, a tym papierem raz po raz o stół bił, na pana Kulczyka dziwacznie pozierając…

– Takeście tedy szczęście do niewiast miewali waszmość?… – pytał teraz officjer nieznany. – Ale pono i w innych sprawach i takoż? Siła pochwał o was od różnych ludziów słyszałem, ot choćby, od Braciszka tu przytomnego… Macie wy parantele wielkie, macie i koneksje macie! Z Królem Jegomościa pono w zażyłej komitywie byliście?…

Tak mówił nowy gość ku panu Kulczykowi, wyraźnie już drwiący, podchwytujący i zaczepny. Teraz i mnich – rymopis jął dolewać oliwy do ognia, zwracając się ku kapitanowi:

– Jakżeż nie miała być z Królem komitywa, skoro pan Kulczycki życie przecież Joannesowi salwował pod Parkanami.

– Prawdaby to była, panie gospodarzu? – syknął wojskowy.

– Chyba że prawda, panie gościu! Kupa świadków żyjących attestować gotowa. Samem wtedy legł pod Parkanami.

— Ej, czyli nie pod parkanem? – pomruczał pod wąsem Nietutejszy.

Ale Kulczyk nie słyszał, bo już w swój ferwor pokawowy wpadł.

– Odradzałem wonczas Królowi Jegomości w wir bitewny się puszczać, kiedy wszystko, skłębiło się i swoi, i wrogowie. Odradzałem. Nie słuchał! Patrzę ja, a oto już mój Johannes otoczony wrażą janczarską kanalją, a pancerni nasi szpetnie w mig nogi za pas, pana swego odbieżawszy, uciekali. Jak nie plunę ja wtedy w garść, jak nie dobędę mej ostrej Basi, jak nie zacznę siec dokoła i łuszczyć łby tych czartasynów, aż i dokoła\ wszystko wreszcie wymiotłem, kiedy nagle z boku Tatar! Samson istny przypada, jak nie zamachnie swym sierpem piekielnym, więc czerwona posoka własna rodzona całą gębę mi zalała i walę się na ziem…

– Ostatni raz mówiliście, żeście z gardłacza postrzelon byli nabijanymi siekaczami… —przerwał -mu szwadronadę mnich jadowicie.

– Postrzelony takoż byłem od innego drugiego. Postrzelony i to w tę samą głowę.

– Mózgu wam dużo wyciec musiało, panie Kulczycki?

– Więc Król Jegomość zaraz z konia zstąpił, przyklęknął przy rannym zafrasowany i mówił w głos, jak dziś pamiętam: Bóg ci zapłać, Kulczyku, żeś mi życie znowu salwował.

– Jakto znowu?

– Żeś mi życie, mówi, znowu salwował! Tylko ty teraz powiedz, czego chcesz Kulczyku, Trembowelska kasztelanja być może, Jaworów ci dam, przyjacielu, czego dusza zapragnie… A ja wtedy: tę starą Turczynkę, monarcho, upraszam kornie, co ją pojmali nasi w wezyrowym namiocie, co tak warzy kawowe nasienie! i basta! niczego innego nie chcę! Więc Król Jegomość uśmiechnął i do wszystkich, co się teraz zbiegli, pamiętam jak dziś, mówi: patrzecież waszmościowie i przykład bierzcie z Kulczyka, jaki skromny człek jest! modestus. Więc mnie odtąd Modestusem zwali w chorągwi, nikt inaczej tylko zawżdy Modestus! Modestus!

– A w jakiej chorągwi wojny wiedeńskiej zażyliście mości Kulczycki?

– W jakiej? Także zapytanie z pod ciemnej gwiazdy! A toż chyba wszystkim już dostatecznie wiadome na globie ziemskim. Na całe towarzystwo ragimenckie chyba dużo glorji przez to spadło. A do was to jeszcze nie doszło?…

I z wcale dużą pogardliwością jak z partesu spojrzał pan Kulczyk na natarczywego zawalidrogę. Ale i ten nie w ciemię buzdyganem bity nie dał się stropić, jeno dalej nastawał twardym głosem.

– Do mnie nie doszło. Tedy odpowiadajcie na pytanie k’rzecznie. W jakiej?

– Pod Łąckim ma się rozumieć. Pod Łąckim!

Spojrzeli teraz po sobie mnich z kapitanem raptownie, jakby jakąś konspirację odkryli, a mnich swój list powoli na stole rozkładał.

– Tedy nie pod Kątskim? – chrypliwym głosem zagadał padre… – Ostatnie razy wyraźnieście mówili, że pod Kątskim i tako też mam zakonotowane…

– Przesłyszałeś się, mniszku…

– Przysiącbym gotów!

– Tobyś fałszywie przysiągł i do piekła na same dno poszedł, gdzie ze smoły rozpalonej-wielgie jezioro jest na krzywoprzysiężce. W regimencie Łąckiegom był! Klejnotem regimentu mnie zwali…

– Klejnotem? Ci Modestusem a tamci Klejnotem. A Łącki jakiż człowiek był? Godny?

– Taki sobie. Szabelką chlastać to tam umiał niezgorzej, ale głowa jako stodoła w czerwcu.

– W czerwcu? Co znaczy w czerwcu?… — pytał kapitan pobladły teraz, wytrzeźwiały do cna, a powoli wstający z otomany. Groźny był teraz i już omal nieprzyjemny. A nasz biedaczyna Kawiarniana jakoś nic, tego co się tu kroiło, nie przeczuwał i brnął dalej, powoli wpadając w niecny potrzask.

– W czerwcu stodoła, to znaczy, że pusta. Nie to, żeby prochu Łącki nie wynalazł, ale dwóch nawet zliczyć nie umiał. Gdyby nie mój sukurs, ładnieby ten regiment wyglądał.

– Tedy wyście właśnie dyrygowali regimentem Łąckiego ?

– Znana rzecz, że ja.

– Regimentem Łąckiego, czy regimentem Kątskiego? Zastanówcie się raz jeszcze, mości Kulczyk…

No i teraz już całkiem złowrogo i marsowo patrzył gość nieproszony na gospodarza a szabliskiem raz po raz o podłogę stukał. Już wreszcie i nasz Kulczyk zaczął pojmować, co się święci. Coś się w głowiźnie raptownie mu rozjaśniło. Lekki dreszcz przebiegł po całym korpusie. Zapowiadało się tu niedobrze. Jeszcze odwrót i rejterada były może możliwe; tylko trzeba było odrazu byka chwycić za rogi i kuć, żelazo póki rozpalone. Z jednej strony stal przed nim rajtar tajemniczy z rapirem, z drugiego boku Pijar, wywijający panierem, a za kotarą wezyrską w głębi słychać było tłumiony chichot tureckiej wedźmy.

– Czekajcież pułkowniku, czekajcie!… A może racja przy was? Może jednak pod Kątskim? Łatwo bywa pomieniać takie nazwiska! Dawne czasy i perjody, a jam dzisiaj tyle kawy wydoił…Tak! Tak jest… Przecież Łącki to była dwudziesta brygada piechoty! Tak, tak! A cóż mnie do piechoty? Od dzieckam na oklep najdziksze objeżdżał ogiery. Wiadomo, że polski naród Pan Bóg na konia posadził. Od maleńkości brzydziłem się pieszymi. U Kątskiegom był. Oczywiście!… Artyleria! Tak… Marcin Kątski… Braciszek miał rację! Pijarowie zawsze rację mają! Najzacniejsza to reguła ze wszystkich reguł. Jakbym kiedy po najdłuższym żywocie…, to tylko do Ojców Pijarów. Zakonowi wszystko zapiszę.

I gadał jeszcze i gadał pan Kawiarz ale już było… za późno. Za późno.

Kawaler kunsztu rymarskiego rozwinął teraz epistołę i zaczynał czytanie listu poety koncypującego sześć tysięcy heksametrów („Trąba Wiekopomna”). Generał artylerji Marcin Kątski odpowiadał manu propria a własnoręcznem piórem, że to a to, to a to, ale, że w artylerji pod jego dowództwem jako żywo ani jednego! literalnie ani jednego Kulczyckiego ani Kulczyka nigdy nie było i nie bywało…

Stał nasz Kulczyk teraz jak pod pręgierzem. Zza kotary chichot babski szedł coraz zuchwalszy. Nie rozumiała Bisurmanica, a śmiała się, bo taka była śmiała a mstliwa.

Pijarczyna kończył czytanie, list zwijał i Kulczykowi z uniżonym ukłonem wręczał.

Kapitan nastawał dalej:

– Nuże Kulczyczku? A co teraz będzie z nami? Zaczem nie pod Kątskim? Tedy chyba pod Łąckim ?

– Może… może…

– Pod tym Łąckim do kroćset djabłów, co to dwóch zliczyć nie umie, łeb ma jak stodoła; a prochu nie wynalazł:.. Tak?-Tak pytam? Gadajże Kawiarzu sakramencki psiacimać do kroć set bomb i kartaczy…

– Może… może…

– Może? może?… Może wreszcie zechcesz karczmarzu arabski przyjąć do wiadomości swej, że przed tobą w przejeździe do Rzymu dla asysty posła Jego Królewskiej Mości przydzielony, sam we własnej personie, nie kto inny jak łgarzów wierutnych pogromca, a chorągwi pieszej numero 20 dowódca sam we własnej osobie! Łącki kapitan!

Co się tam po tych słowach zdarzyło, czy zderzyło, opowiadać nie ma potrzeby żadnej, ciekawość zresztą pierwszy stopień do piekła. Różni różnie o tem relacjonowali. Naczynia stłuczonego, farfurów, filiżanek, spodeczków, garnuszków poszło w każdym razie dużo w niwecz i w drobiazgi.

Fakt atoli pozostaje faktem, że nad ranem wszyscy trzej kompanowie znaleźli się zgodnie w harmonji zacnej naprzeciwko! U tego „szelmy” Guschelbauera, niby to na rannej gorącej polewce winnej, a w gruncie rzeczy pięć butelków Tokaya wyżłopali do wieczora, przeplatając jak przystało krajowymi rakuszańcami, co wybrańszej maści.

Morał jakowyś czyli da się wy cisnąć i z tej opowieści? Oczywiście, że da się i to nie jeden, lecz kilka.

Najpierw taki, że to wszystko, co z imaginacji poczęte zawsze bywa piękniejsze od tego, co w rzeczy samej miało miejsce i się wydarzyło.

Drugie, że i w łganiu jako we wszystkiem wszyscy powinni konserwować pewną miarę alias umiar.I w las się zbyt daleko nie zapędzać.

Trzecie: Caffe czy to arabska, czy muzułmańska, czy inna mocnie i owocnio wpływa na krescencję i rozkwit wszelkich kunsztów z rymostworstwem włącznie i głównie.

Piąte: Bez sztuki parzenia kawy arabskiej nie byłoby… Sztuki.

Siódme: Kulczycki alias Kulczyk dobrze się przysłużył i Wiedniowi i swojej Ojczyźnie i Ludzkości.

Dziewiąte: Cześć Kulczyckiemu! Czołem. I koniec.

Źródło: „Prosto z Mostu”, 4/1935



Kategorie:Satyra, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: