Stanisław Piasecki – „Poczucie misji dziejowej” [1938]

Nie, przecież nie sposób pisać o niczym innym, o czymś literackim, artystycznym, czy jakimś takim. Przez kilka ostatnich tygodni na pół mechanicznie załatwiając t. zw. sprawy bieżące, zwykłe, normalne, należące do fachu, myślało się ciągle i nieustannie tylko o tym jednym: o przekształcającej się w naszych oczach Europie. Bo to nie jest sprawa Śląska Zaolzańskiego, Sudetów, Słowacji, Rusi Zakarpackiej, to nie jest sprawa Czechosłowacji – to coś znacznie więcej. Dlatego przez tych kilka tygodni wojna – jak się to mówi – „wisiała w powietrzu”. Nie wybuchła. Ale dokonywa się przewrót, równie w skutkach ważny. Z tego trzeba sobie dokładnie zdawać sprawę. I to obowiązuje.

Kiedy w czwartek wieczorem, podczas premiery „Świętoszka” w Ateneum, gdzie byłem jako recenzent teatralny (cóż za pożałowania godne zajęcie w takich chwilach!), wyszedł po trzecim ancie ktoś tam przed kurtynę i bezładnymi słowami zakomunikował p. t. publiczności, że właśnie przed chwilą nadeszła wiadomość o porozumieniu osiągniętym na naradzie czterech w Monachium – nie umiałem podzielić radości, jaka ogarnęła część (na szczęście mniejszą) słuchaczy. W krótkiej wiadomości bez bliższych szczegółów kryć się mogło coś bardzo niedobrego. Że wojna zażegnana – to wcale nie jest najważniejsze. Myśmy się w Polsce wojny nie bali, byliśmy na nią psychicznie gotowi, zwłaszcza ci z nas z niebieskimi kartami mobilizacyjnymi, którzyśmy czekali każdej chwili na wezwanie, gdy zajdzie potrzeba. Ważniejsze było, czy ci tam czterej w Monachium, co wykonferowali pokój przed wybuchem wojny, nie rozpędzili się tak, by zdecydować coś o nas bez nas, jak zdecydowali o Czechosłowacji bez Czechosłowacji. Choćby coś dla nas korzystnego, ale w tych warunkach uchybiającego nam, bo bez naszego udziału.

Nie ma już teraz powodu już teraz powodu ukrywać, że owa monachijska konferencja w sprawie Czechosłowacji, a więc w sprawie bezpośrednio nas obchodzącej, zwołana w gronie czterech mężów stanu czterech mocarstw europejskich, przez sam fakt swojego składu chciała nas postawić poza nawias t. zw. wielkiej polityki. I że choćby nie dla czego innego, to dla tego właśnie musieliśmy dowieść, iż cele polskiej polityki potrafimy realizować sami, bez niczyjej pomocy. Z ulgą więc przeczytało się nazajutrz w gazetach, że monachijskie decyzje ograniczały się do sprawy Sudetów, pretensjom Polski i Węgier zostawiając łaskawie termin trzymiesięczny i perspektywę jakiejś nowej konferencji. Od chwili ogłoszenia tego komunikatu każda minuta zaczęła nas palić. Rozumieliśmy wszyscy doskonale, że już na drutach telegraficznych odbywa się wymiana not, że wojna zażegnana w Monachium wcale nie jest tak znów gruntownie zażegnana, bo jeszcze Polska nie powiedziała co o tym sądzi i jeśli natychmiast nie będą spełnione polskie żądania, to armia nasza przekroczy Olzę. Aleśmy dygotali niecierpliwością, że tak się te minuty wloką, rozciągając w godziny aż do tego sobotniego południa, kiedy przyszła wiadomość: Czechosłowacja przyjęła polskie ultimatum, Śląsk Zaolzański jest nasz!

Nikt go nam nie darował. Zdobyliśmy go sami gotowością bojową i przewidującą polityką, umiejącą przygotować i wyzyskać właściwy moment. Na tym polega wielkie znaczenie przyłączenia dwóch śląskich powiatów do Polski. Bo to nie tylko powrót do ojczyzny starej polskiej ziemi – to egzamin narodowej dynamiki, zdany summa cum laude w ważnym historycznym momencie powstawania nowego układu sił w Europie.

Z grubsza trzeba sprawę postawić tak: od września roku 1938 obowiązuje w Europie nowy podział. Narody dzielą się na te, które się wojny boją, i te, które się wojny nie boją. Polska należy do tych ostatnich. I w tym jej przyszłość. Nie znaczy to wcale, abyśmy mieli koniecznie prowadzić wojny. Ale znaczy to, że cele nasze uważamy za tak słuszne, za tak głęboko słuszne, że gotowiśmy za nie przelać krew, gdy inne środki zawiodą. Określenie takie zdaje się truizmem, oczywistością, obowiązującą każdy naród. Ostatnie wypadki okazały jednak, że to co oczywiste w teorii, nie zawsze jest oczywiste w praktyce.

Nie miała chyba poczucia słuszności swej dotychczasowej polityki Anglia z latającym premierem Chamberlainem, zabiegającym o pokój pod naciskiem psychozy antywojennej na wyspach brytyjskich. Nie miała również poczucia słuszności Francja Daladiera, która przekreśliła sojusz z Pragą, wyrzekając się swego bastionu w Europie Środkowej – i to ku radości tłumów, entuzjazmujących się na bulwarach paryskich, że nie trzeba będzie wojować. Nie miała przede wszystkim za sobą poczucia słuszności Czechosłowacja Benesza, która bez wystrzału pozwoliła się okroić sąsiadom.

Nie jest to tylko kwestia załamania się politycznego. Zapewne. Wiemy, że imperium brytyjskie, to najwspanialsze od czasów starożytnego Rzymu imperium na świecie, przeszło już przez okres swego maximum, że rozluźniają się już więzy między macierzą a dominiami. Wiemy także, że Francja, której potęgę polityczną zbudował Ludwik XIV, a której legendę wielkości rozniósł po świecie Napoleon, przeżywa okres wewnętrznego chaosu. Trudno nie rozumieć, że w tych warunkach państwo czechosłowackie, które swe istnienie zawdzięczało wygranej przez Francję i Anglię wojnie światowej i żadnej swej granicy nie wywalczyło krwią, okazało się tworem słabym, gdy osłabła dynamika potężnych protektorów. Ale to nie wyczerpuje zagadnienia. Kryzys sięga głębiej. Jest to kryzys typu cywilizacyjnego anglo-francuskiego.

Dynamika imperialna narodu może tylko wtedy istnieć, gdy naród – świadomie czy podświadomie – ma poczucie swej misji cywilizacyjnej na świecie. Wiek XVIII i XIX to był okres ostatecznego wykształcania się cywilizacji, której podstawy myślowe i techniczne dali Anglosasi i Francuzi. To okres narastającego kapitalizmu, wspartego później praktycznie przez liberalizm i demokratyzm. To okres, którego zdobyczy zarówno w dziedzinie gospodarczej jak i społecznej niepodobna nie doceniać, ale zarazem okres naznaczony grzechem śmiertelnym materialistycznej zasady: że interes osobisty jednostki jest dźwignią postępu. Kresem tego okresu jest wojna światowa, która kapitalistycznej gospodarce ,„Wielkich Demokracji” miała rzucić pod nogi cały świat, a podminowała go tylko podziałem na narody wyzyskujące i wyzyskiwane. Próbą uratowania tej samej w gruncie rzeczy koncepcji cywilizacyjnej – jest kapitalizm państwowy Rosji Sowieckiej, próbą już dziś na pewno chybioną, bo również na materialistycznej zasadzie wiązania zbiorowości opartą. Produktem zaś ubocznym, nieprzewidzianym w tych rozmiarach przez twórców zdemokratyzowania społeczeństw – jest rozwój nacjonalizmów na świecie.

Nacjonalizmy stały się siłą olbrzymią; one to przekształciły kartę Europy w traktacie wersalskim; one teraz dalej ją korygują, usuwając niesprawiedliwości, narzucone narodom zwyciężonym lub słabszym. A na tle nacjonalistycznego myślenia zaczyna się już wytwarzać w walce z „Wielkimi Demokracjami” i ich hegemonią – nowa koncepcja cywilizacji.

Są pewne wspólne cechy współczesnych nacjonalizmów: to zupełnie inny, niż w cywilizacji liberalno-kapitalistycznej stosunek jednostki do zbiorowości narodowej, to wyparcie hedonistycznego typu ludzkiego, wychowanego na dobrobycie, przez typ heroiczny. Trzeba pamiętać jednak, że heroizm cechował także pionierów kapitalizmu, gdy budowali dla swych narodów imperia na obu półkulach ziemi. Jego zanik w „Wielkich Demokracjach” świadczy o wyczerpaniu biologicznym, jego przypływ w narodach idących ku wielkości jest objawem biologicznej dynamiki. Ale o dynamice cywilizacyjnej rozstrzyga dopiero treść heroizmu.

Ta jest w nowoczesnych nacjonalizmach różna. Inna w faszyzmie włoskim, inna w hitleryzmie, inna w nacjonalizmie polskim. Dopóki odbywa się jeszcze w Europie zbieranie przez narody swoich ziem w całość państwową, dopóty treść poszczególnych nacjonalizmów jest sprawą wewnętrzną każdego narodu. Ale jesteśmy już właśnie u granicy tego okresu. Nadchodzi czas, gdy dynamiki narodowe będą się wylewać na zewnątrz: za urokiem siły idzie zawsze promieniowanie cywilizacyjne na sąsiadów.

Nie łudzimy się ani na chwilę, że zarówno w stosunku do Włoch, jak i w stosunku do Niemiec jesteśmy zapóźnieni w budowaniu narodowej siły. Ale pomimo to my jedni, my jedni jedyni w dzisiejszej Europie jesteśmy obok tamtych państw na tyle silni, że możemy i musimy stanąć do walki o nowe oblicze cywilizacyjne Europy. Anglia i Francja są w odwrocie. Niemcy i Włochy w ofensywie. Koncepcja cywilizacyjna faszyzmu jest raczej tradycyjna: to nowe Imperium Romanum. Koncepcja niemiecka – to pogańska religia krwi i rasy jako środek dla zrealizowania celu: „Deutschland, Deutschland über alles”. Koncepcja polskiego nacjonalizmu jest na wskroś spirytualistyczna – to koncepcja chrześcijańskiej misji narodu, to walka o odrodzone chrześcijaństwo.

Rozumie to i czuje zgodnie całe młode pokolenie narodu. To cel, który mamy przed sobą w Polsce, w Europie, w świecie. Cel, który starczy długiemu szeregowi pokoleń przyszłych. Ale już dziś trzeba go zacząć realizować. Jeśli nie można jeszcze inaczej, to przynajmniej negatywnie: nie dopuścić na teren, który jest naturalnym i przyrodzonym terenem wpływów Polski, żadnych imperializmów obcych. Europa Środkowa – musi być cywilizacyjnie nasza.

Gra się już zaczyna. W najbliższych dniach. Wchodzimy w nią z dobrym startem samodzielnego i niezależnego załatwienia sprawy własnej, sprawy Śląska za Olzą. Rozpoczyna się etap drugi. Etap tworzenia nowej równowagi między Bałtykiem a Adriatykiem i Morzem Czarnym. Od tego, jak się weźmiemy do rzeczy zależy wielkość Polski – lub jej małość.

Tyle na co dzień mówimy o wewnętrznych troskach i kłopotach państwa, tyle się nazłościmy i nabiadolimy, że to źle i to niedobrze a tamto mogłoby być lepiej, że choć w takich chwilach, jak zajęcie Śląska, pozwólmy sobie na oderwanie myśli od tej codziennej męki niedociągania rzeczywistości do ideału. Ogromny kapitał jedności narodowej w sprawach najważniejszych, z jakim wychodzimy z dni wojennego pogotowia, rozmieni się może wkrótce na drobne wyborczych nonsensów, które będą się działy poza narodem. Ale te dysproporcje pomiędzy celami, jakie mamy do osiągnięcia w świecie, a sprawami, które wewnętrznie naród dzielą, nie mogą już chyba trwać długo. Polska musi być i będzie Polską nacjonalistyczną w pełnym tego słowa znaczeniu. Bo inna być nie może. Potencjalnie już nią jest, jak każdy naród, który się wojny nie boi; mając poczucie swojej misji dziejowej.

Źródło: „Prosto z Mostu”, 9 października 1938



Kategorie:Artykuły

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: