Tadeusz Konwicki [1926 – 2015]

konwicki

„Podobać się czytelnikom. Podobać się troglodytom, mieszczanom, filistrom, pretensjonalnym inteligentom, kolegom, czyli rywalom. Umieć przypodobać się, potrafić zaskarbić łaskawość.

To jest pokusa. Pokusa nie do opanowania. Być ulubieńcem, być faworytem, być pieszczochem. Ale za jaką cenę? Czy za cenę usłużności, pochlebstwa, grania w te same dudki?

Porozumiewać się z czytelnikiem czy z Panem Bogiem? Dostojewski miał sprawę z Panem Bogiem. O łaskach czytelników zapominał. Dostojewski, pierwszy raz o nim wspomniałem. A wszystkie mendy literackie chodzą z nim od dawna pod pachę. Chodzą razem na literackie spacery, kolegują artystycznie. Cenią Dostojewskiego, bo on ich też by cenił, gdyby zmartwychwstał.

Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że Dostojewski nie łapał za poły swoich czytelników i nie proponował im swojej amikoszonerii. W tym względzie chciałbym naśladować pana Fiodora, choć dusza rwie się do schlebiania anonimowej tłuszczy. Brawa i brawka oraz całuski są milsze od wściekłych gwizdów i anonimowych kopniaków.

To jest stały, wiecznie aktualny dylemat. Czy pisać to, co trzeba napisać, co konieczne i musowe jest do napisania, czy pisać tak, żeby ustawiali się w kolejkach bibliotecznych, żeby zaczytywali, zaślinili, zadeptywali z miłości, ze wspólnoty, z kolesiowatości.

Taka jest prawda, kochani. Te wszystkie typki, które uwielbiacie, o których mówicie: on ma takie lekkie pióro, ach ile w nim wdzięku, och, jaki on mądry, tylko do notesiku wpisywać złote myśli, te wszystkie typy przymilają się do was z chytrości, z dzikiego egoizmu, z szalonego parcia, żeby zostać vice-bogiem. Nic ich nie obchodzicie. Interesuje ich tylko wasze uwielbienie jako masa statystyczna, jako liczba, która zmiażdży liczbę innego rywala literackiego.

Znają was na wylot, drodzy czytelnicy, wiedzą o waszych nędznych gustach, o waszym zamiłowaniu do szemranej pornografii, do wartkiej byle jakiej akcji, do głupawej filozofii z głębią po kolana, do snobowania się na byle co. Udają przed wami głupich, to znaczy was samych. Bo oni wami gardzą. Schlebiając gardzą. Podlizując się gardzą. Bijąc przed wami czołem gardzą, ile wlezie.”

Źródło: Tadeusz Konwicki, „Wschody i zachody księżyca”, Warszawa 1990



Kategorie:Dzienniki, Źródła

Tagi: ,

3 replies

  1. „Taka jest prawda”… Niewygodna zaiste! Ale zupełnie subiektywna jak gdybanie czy Dostojewski miał czy nie miał „sprawy z Bogiem” 😉 – wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie… Podobnie jak ś.p. Konwickiemu. Niech już nie biczuje swoich fanów po śmierci.

Trackbacks

  1. Sylwia.T. Hryciuk „Lęk przed pozą” i Tadeusz Konwicki o „podobaniu się czytelnikom”. | Łódź Odysa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: