Aleksander Świętochowski – „Genealogia teraźniejszości (Część I)” [1936]

europa1772

Jest to objawem zupełnie naturalnym, że gdy naród po długiej niewoli uzyskał niepodległość, obok starań o utrwalenie jej podejmuje obrachunek z przeszłością, w której kryją się przyczyny jego nieszczęścia i badanie sił, które mają mu zabezpieczyć – przyszłość. Do głosów rozumu i doświadczenia dołącza się głos literatury. Przed kilku laty ukazały się dwie książki z tego zamiaru, blisko pokrewne swą treścią. A. Chołoniewskiego: „Duch Dziejów Polski” i A. Górskiego: „Ku czemu szła Polska”. Obie wydobywają z przeszłości światło i rzucają je w przyszłość, rozjaśniając narodowi drogę, obie również nie są pracami ściśle naukowymi, ale raczej pierwsza historyczną fanfarą, druga historycznym poematem. Pierwsza jest jak gdyby obrazem nakreślonym z samolotu, wzniesionym ponad chmury przesłaniające ziemię i dozwalające widzieć zaledwie ogólne jej kontury; druga obrazem namalowanym barwnie z niższego wzniesienia, pozwalającego dostrzec widoki wyraźniej, ale przez odległość i grę światła zmieniającego ich wygląd rzeczywisty.

W tych i tym podobnych pracach łatwo dostrzec chwalebną chęć natchnienia narodu wiarą w swe siły i wzmocnienia jego osłabionej energii, co nieraz osiąga dobroczynny skutek, ale również narazić może na dotkliwe omyłki. Wódz, który przed bitwą zapewnia żołnierzy, że niewątpliwie pokonają liczniejszego nieprzyjaciela, może istotnie ich podnieconym bohaterstwem odnieść zwycięstwo, ale może również sprowadzić porażkę. Nie zaprzeczając wartości pobudzającym złudzeniom, sądzę, że w naszem obecnym położeniu narkotyzowanie społeczeństwa jest niebezpieczne. Z tego przekonania wynikła moja rozprawa.

Historia Polski zawiera w sobie szereg zagadek niemożliwych do rozwiązania samym zestawieniem faktów. Między nimi są takie, które posiadają nie tylko wartość badawczą, ale nadto wagę dla obecnego i przyszłego życia narodu. Jeżeli zapytamy: jak to się stać mogło, że Polska XVIII w., dorównująca obszarem Francji i licząca około 9 milionów ludności, sławna swoim bohaterstwem, pozwoliła się ościennym mocarstwom kilkakrotnie podzielić i unicestwić bez wielkiego oporu a nawet ze zgodą swoich sił ustawodawczych – samo wyliczenie wszystkich błędów, win, zbrodni i nieprzyjaznych warunków zewnętrznych nie da wystarczającej odpowiedzi. Nie da jej również drugie pytanie na takich samych dowodach oparte: jak to się stało, że naród, który głęboko odczuł utratę swojej niepodległości, który półtora wieku o niej marzył i rozpaczliwymi wysiłkami próbował ją odzyskać, który w doświadczeniach i cierpieniach niedoli wyidealizował swoje życie w wolności, otrzymawszy ją, wpadł w odmęt bezprawia, wszelakich niecnot i walk wewnętrznych? I tu samo oskarżenie jednostek i grup obecnych, sama analiza stosunków zewnętrznych nie wystarcza do wyjaśnienia tej niespodzianki. Trzeba szukać przyczyn leżących głębiej i sięgających w dalszą przeszłość. Oto śmiały zamiar, który podejmuję w tej rozprawie z przekonaniem, że ona doda nowy promień do tych licznych świateł, jakimi dotychczas rozjaśniano najsromotniejszą epokę naszych dziejów.

W XVIII w. Polska nie znała liczebnie ani swojej przestrzeni, ani swojego zaludnienia. Według mozolnych wyrachowań Korzona, miała podczas rozbioru około 8 790 000 ogółu ludności, a zatem około 700 000 szlachty, 500 000 mieszczan i 6 360 000 chłopów. Chociaż szlachta stanowiła zaledwie dziewiątą, a może nawet dziesiątą część narodu, sama tylko nazywała się narodem; pod tym też mianem ją tylko rozumieć będziemy, zwłaszcza, że jako warstwa pełnoprawna i uprzywilejowana, sama sprawowała rządy i sama ponosi za nie odpowiedzialność. „Ciało Rzeczypospolitej Polskiej –powiada Raczyński, wydawca pamiętników – było już w XVII w. mocno schorzałe”. Początek tej choroby sięgał daleko poza ten okres, ale objawiła się ona wyraźnie dopiero za Sasów. Wtedy, pod panowaniem królów, z których jeden był atletą, opasem, pijakiem, rozpustnikiem i zdrajcą, a drugi pobożnym niedołęgą, tającym w duszy pogardę dla rozkiełznanego z wszelkich wędzideł narodu szlacheckiego, okazała się gangrena organizmu państwowego, połączona z paraliżem politycznym, gnicie w gnuśności lub wichrzenie za pomocą ciągle zrywanych sejmów, chciwy egoizm ciągle głodny korzyści osobistych i nigdy nienasycony, przedajność, niewstydząca się hańby, bezmyślna rozrzutność i bezmierne pijaństwo. „Polska nierządem stoi” – to szalone godło było prawidłem klasy rządzącej: było popularnym wyrażeniem stanu rzeczy; które od jednego końca kraju do drugiego z pewnym upodobaniem powszechnie powtarzano. Ale ta choroba wystąpiła z najwyższym natężeniem i zewnętrznym owrzodzeniem za ostatniego króla. Ponieważ był on głównym jej uczestnikiem i sprawcą, przeto musimy go tu naprzód wskrzesić.

Stanisław Poniatowski ani rodem, jako wnuk oficjalisty Sapiehów, stąd nazywany przez M. Potockiego „ekonomską detyną”, i jako syn ojca, podejrzanego o nieprawe pochodzenie, ani majątkiem, ani skromną godnością stolnika litewskiego, ani rozumem politycznym nie zalecał się do najwyższego w kraju stanowiska. Jedyną siłą, która go wyniosła ponad zastęp możnowładczy, był związek z potężną „familią” Czartoryskich, a jedynym prawem do tronu była wola carowej rosyjskiej, która go wynagrodziła koroną polską za sześciomiesięczne obsługi w jej sypialni, jeszcze jako wielkiej księżnej, w następstwie po dymisjowanym pierwszym kochanku Sałtykowie. Z chłodną, rozwodnioną krwią, z rozmiękczonymi nerwami, nie posiadający żadnej gorącej namiętności, „woskowa lalka”, jak go w liście do Repnina nazwała Katarzyna, nie wtargnął on do pożądliwej samicy jak ognisty samiec, ale został do niej wepchnięty przez dworaka Naryszkina. Gdy się wyczerpał lub gdy znudził łaknącą świeżych kochanków, a przy tym, gdy ona uznała go jako Polaka gorszącym otoczenie, wypędziła z Petersburga groźbą niebezpieczeństwa i nie pozwoliła mu powrócić. Daremnie prosił o pozwolenie przyjazdu, chociaż wiedział, że jego miejsce w łóżku carowej zajęli inni, nie dała się ubłagać a nawet wychłostała go za natręctwo w listach, które wreszcie przestała otwierać. Z tego uporu w żebraniu o łaskę można by mniemać, że go pobudziła szczera i silna miłość, niezrażona drażniącą zazdrością; byłoby to jednak złudzenie. Poniatowski, który chciał jedynie, nawet kosztem upodlenia, karmić do sytu i przesytu swoje pragnienia dostatku, zbytku, rozkoszy i wygody, łasił się do potęgi, która mu to wszystko zapewnić mogła. Dlatego ślepy na śmieszność polityczną tej propozycji, jako król ofiarował rozpustnej kochance swoją rękę, wiedząc, że jako jej mąż będzie musiał pobłażliwie patrzeć na nieprzerwany szereg zastępców. Ponieważ Katarzyna sowicie wynagradzała odprawionych kochanków, przeto mogła między innymi sposobami obdarowania Poniatowskiego pomyśleć o wynagrodzeniu go koroną polską, którą uważała za niedrogą zapłatę. Że to jednak nie było jej stanowczym zamiarem, widać wyraźnie z wyrażenia w poufnym liście do Geoffrinowej: „wychowaniec pani został królem, nie wiem jak”.

Takiego to monarchę, z takiej ręki i taką drogą dostała „chora Polska”. Naturalnie nie miał on w swym życiu, nawet kiedy go najbardziej deptano, ani jednej chwili, w której by żałował i wstydził się tej ręki i tej drogi. Aż do zgonu „wspaniałomyślnej opiekunki”, poniewierany nielitościwie nawet przez jej urzędową czeredę, pozostał wiernym sługą „swojej pani”. Bo nad koronę, uczciwość, dobro narodu, nad wszystko, co ma wartość dla prawego człowieka, wyżej cenił bezpieczeństwo i pieniądze, które od niej przez 30 lat panowania ciągle otrzymywał.

Kronika jego hańby jest obfitsza, niż jakiegokolwiek monarchy w dziejach powszechnych. Odegrawszy z płaczem przed hetmanem J. K. Branickim komedię niezdolności i niechęci do przyjęcia korony, rwał się do niej lub podczołgiwał zabiegliwie. Zamiłowany w komedianctwie, wymyślił sobie strój teatralny hiszpańsko-francuski, jeszcze przed wyborem kazał się malować, przybrany oznakami królewskimi i uwodził kobiety obietnicami łask monarszych.

Elekcja Stanisława Augusta, która zawiodła nadzieje Czartoryskich, sprzymierzeńców Rosji, spodziewających się zyskać koronę dla swego rodu, odbyła się wedle nakazu Rosji i Prus, pod osłoną kozaków i kosztem półtrzecia miliona rubli rosyjskich. Spędzono na nią zaledwie 5000 szlachty sterroryzowanej, ogłupionej lub przekupionej, która dawnego nałożnika a obecnie tylko utrzymanka carowej okrzyknęła królem „jednogłośnie”.

Poniatowski nie widział i nie odczuwał ohydy tego widowiska, owszem był nim zachwycony. „Spokój i porządek, – pisał do Geoffrinowej – był tak wielki w owym gromadnem zebraniu, że wszystkie najznakomitsze damy królestwa były obecne na polu… i miałem to zadowolenie, że mnie wybrali nie tylko mężczyźni, ale i kobiety”. On zawsze dba przede wszystkim o kobiety z potrzeby, z nałogu i jak gdyby z zawodu.

Koronację naznaczono na dzień imienin Katarzyny. Dwory europejskie powinszowały mu wyboru, ale żaden nie przysłał swego ambasadora. Zlekceważyły naszego „pomazańca” a z nim całą Polskę, nad którą objął teraz rządy przysłany przez carową, wytresowany w intrygach i drapieżny tygrys, Repnin. Chociaż znajomy i towarzysz hulanek Poniatowskiego z Petersburga, nie pofolgował mu: wziął w jedną rękę worek z dukatami a w drugą knut i tymi dwoma środkami poddał swej nieograniczonej woli hołdownika nienasyconego pieniędzmi i drżącego przed groźbą postradania korzystnej posady. Pomimo kilku chwiejnych i krótkotrwałych odchyleń w stronę, przez Rosję przy jego udziale duszonej, a przez niego „nade wszystko umiłowanej ojczyzny”, zachował on zawsze w swym postępowaniu pion rosyjski od sromotnego wstąpienia na tron do sromotnego zgonu.

Gdy na sejmie 1766 większość nie chciała zgodzić się na równouprawnienie dysydentów, Repnin za pośrednictwem nikczemnego Podoskiego, objeżdżającego dwory szlacheckie z pułkownikiem rosyjskim Karrem, zebrał 80 000 podpisów na konfederację i stanąwszy przed królem, powiedział: „Wybrało waszą królewską mość 5 000, a ja mam 80 000, teraz jesteś w moim ręku”. Stanisław August przestraszył się, przyrzekł uległość i zamianował łotra Podoskiego prymasem. Ta konfederacja zebrała się naprzód w Radomiu, a następnie sejmowała w Warszawie, gdzie już formalnie poddano Polskę pod władzę Rosji. Czterech opornych posłów Repnin kazał wywieźć do Kaługi. Po tym gwałcie, napiętnowanym przez opinię Europy, udała się delegacja do króla ze skargą. Przyjął ją jak zwykle bolejący, zrobił wymówkę. że ona dopiero teraz „się obziera”, a on „nigdy nie zaniechał pilnem okiem doglądać, skąd jakakolwiek szkodliwość lub przykrość ma spaść na ojczyznę”, ale dodał: „na cóż się przyda to rozpościerać żałośnie, co już nie jest w naszej mocy”. I poradził zwrócić się z prośbą do… wspaniałomyślnej imperatorowej.

W tej radzie tkwiła nie tylko niemoc, ale i oszustwo. Historycy spierają się o udział Stanisława Augusta w porwaniu posłów. Nie pojmuję wątpliwości wobec wyraźnego twierdzenia Morszczeńskiego, który przecież był jego szambelanem i któremu wyjawił tajemnicę Repnin, że ten gwałt był wynikiem porozumienia między nim, królem, Izabelą Czartoryską i panią Julią. Toteż zrozumiała jest, opowiadana przez S. Rzewuskiego, krótka rozmowa z adiutantem Repnina, który doniósł komediantowi o porwaniu senatorów: „Wzięci? – zapytał król. – Tak, najjaśniejszy panie – odrzekł generał. – Dobranoc – i poszedł spać, a nazajutrz wyjechał na polowanie”

Opierając się na posiedzeniach publicznych żądaniu Rosji związania z nią Polski zupełną zależnością i uprawnieniem dysydentów, w prywatnych rozmowach z ambasadorem słodko-słowny szuler polityczny zaprzysiągł bezwzględną uległość: „Król miał ze mną rozmowę – pisze Repnin do ministra Panina – w której kilkakrotnie zapewniał przysięgając, że chociażby wszyscy stronnicy od nas odpadli, chociażby pozostał on sam jeden, będzie się nas trzymał i wiernie, bez wyjątku będzie robił wszystko, czego zażądam dla powodzenia dysydentów i wymaganej przez nas gwarancji”.

Klerykalno-szlacheckie hasło, pod którym walczyła konfederacja Barska, było echem czasów minionych i brzmiało przeżytkiem, jednakże ten wybuch był jedynym buntem masowym przeciwko gwałtom rosyjskim, a nie do króla polskiego należało pomagać wrogowi do stłumienia tego rozpaczliwego protestu, który pochłonął przeszło 100 000 ofiar w poległych i wywiezionych na Syberię.

Przy pierwszym rozbiorze Stanisław August stał nieco wyżej niż banda najemnych morderców Polski pod dowództwem arcynikczemnika Ponińskiego, ale bezdennie niżej od znanej grupki Rejtana. Próbował trochę prosić dwory europejskie o ratunek, ale gdy mu go wszędzie odmówiono, zgodził się na traktat podziałowy. Na wszystkie tego rodzaju rany przylepiał on jeden plasterek: należy wybierać mniejsze zło,. i jeżeli nie można ocalić wszystkiego, trzeba przynajmniej ocalić część – chociażby za pomocą podłości. Dbał tylko o to, ażeby mu ta część wystarczyła do utrzymania się na tronie, pobierania wysokiej pensji i spłacania długów. Daremnie nuncjusz papieski nakłaniał go do oporu, przedstawiając, że państwa zaborcze potrzebują jego przyzwolenia, że król w Polsce jest pierwszym Stanem, więc chociaż inne Stany wbrew niemu zgodzą się na rozbiór, postępowanie trzech dworów będzie uważane za gwałt. „Król – dodaje Garampi – był zdziwiony moją propozycją, zmienił przedmiot rozmowy i zaczął użalać się nad swoim losem”.

Gdybyśmy tę główną żądzę usunęli z charakteru Poniatowskiego, byłoby zupełnie niezrozumiałe jego zachowanie się nie tylko wobec zbrodni dokonywanych na jego narodzie, ale nawet w stosunku osobistym do Katarzyny. Nie kierowały nim rachuby polityczne, bo przecież jasno widział, do czego ona dąży, nie popychała go miłość, bo przecież wiedział, jak jego bogini rozpustuje. Mimo to ciągle ją ubóstwiał i w szlachetność jej wierzył. „Śmiem sądzić – pisał -że wasza imperatorska mość upatruje najwyższy dowód mojej uległości w ofierze, którą złożyłem w sejmie. Poświęciłem to wszystko, co najbardziej leżało mi na sercu”.

„Tracę – mówił do Repnina – więcej niż życie i koronę z utratą przyjaźni i zaufania imperatorowej. Okazuje się, iż nie dosyć mnie zna, jeżeli wątpi o mojej szczerości”. „Z taką goryczą, łzami i skruchą ja przynajmniej dotąd się nie spotykałem”, – dodaje Repnin w liście do Panina. – „Zginąć to nic – pisze król do Rzewuskiego – lecz zginąć z ręki ubóstwianej – to straszne”.

Jeżeli w ogóle jego hołdy i sztuczne, czy naturalne ognie miłosne spadały pod najniższą granicę godności monarchy i człowieka, to jego zachowanie się w Kaniowie przypominało wiersz Trembeckiego o Kiopku, szpicu królewskim, zakończony słowami: „Służy najwierniej, o nic nie prosi, mójże to obraz czy pieska?”. Różnica polega na tym, że Stanisław August wyskomlał jedną prośbę. W przejeździe do Krymu Katarzyna zgodziła się wreszcie ulec jego błaganiom i spotkać się z nim w Kaniowie. Uszczęśliwiony pośpieszył na te schadzkę, po której obiecywał sobie wiele dla swego stęsknionego serca, dziurawej kieszeni i znękanego gwałtami jej ambasadorów narodu. Musiał jednak czekać siedem tygodni na to szczęście, które dowcipny i drwiący z niego książę de Ugne tak oszacował: „Król polski wydał trzy miesiące i trzy miliony. ażeby widzieć imperatorową przez trzy godziny”. Rzeczywiście przyjęła ona go na krótką rozmowę i nie dała się ubłagać o przedłużenie nawet jednym dniem swego pobytu z rozżalonym i rozpłakanym wielbicielem. On pocieszywszy się tem, że jako „gorąca” nie mogła dłużej pozostać skutkiem zbyt ciężkiego ubrania, wyżebrywał sobie łaski, pomoc i radę u towarzyszących jej dygnitarzy i nowego kochanka. nawet u poczciwego „księcia Nassau, osławionego w Europie” największego łotra, wyrafinowanego oszusta i wyzyskiwacza” – jak go określił polityk francuski. Radzono mu, ażeby się starał „imperatorową zadowolić i rozśmieszyć (mettre la a son aise et faire rire) a wszystko pójdzie dobrze”. Gdy zaś ona dała do tego zaledwie parogodzinną sposobność, „starał się najbardziej głaskać humor Patiomkina”, przed którym obwiniał Szczęsnego Potockiego, że mu ubliża i nawet ukłonić się nie chce. Drugim spowiednikiem jego żalów był Bezborodko, któremu skarżył się na „domową złość” w sejmach i którego zapytywał: czy „może bez bojaźni narażenia się podać imperatorowej pismo”, w którym wyraził swoje „życzenia” (souhaits), albo czy „może bezpiecznie hazardować posłać jej order błękitny”. Te jego „życzenia”, o których przeczytanie tak błagał i których spełnienie miało uszczęśliwić „ponad wszystko umiłowaną ojczyznę”, zawierały projekt, który by- jak się wyraził Sievers „zrobił z Polski prowincję państwa rosyjskiego”.

Lekceważony, prawie poniewierany, z pokorą służalca, z mózgiem przerosłym żądzą wygodnego życia, kameleon polityczny, który według potrzeby zmienia posłusznie barwę i „ćwiczy się w wypraktykowaniu cnoty cierpliwości”, chociaż z Kaniowa nic nie wywiózł oprócz upokorzenia i czczych obietnic, zaopatrzywszy faworytów carowej w ordery i tabakierki z brylantami, pisze: „Chcę, ażeby Kamera sto dukatów rozdała na szpitale… Mamy rację być wesołymi, moja podróż nie była daremną… Wielką wesołość i radość trzeba pokazywać, bo jest z czego” … „Tak jest, nie bójcie się niczego – pisze w innym liście – nie urwie nam nikt najmniejszego kawałka ziemi”. Bo tak Patiomkin miał powiedzieć do Szczęsnego Potockiego.

Poniatowski, podobnie do zwierzęcia, które węchem rozpoznaje i ceni tylko to, co jeść może, pomimo zdolności do intryg nie znał wcale ludzi, bo szukał w nich jedynie tego, co dogadzało jego samolubstwu i – jak zaznacza życzliwy mu historyk – „oburzać się nie umiał, występek raził go bardziej ze strony nieestetycznej, niż niemoralnej”. Toteż do końca nie rozumiał Katarzyny. Senator Jełagin, u którego odbywały się ich schadzki w Petersburgu, opowiadał: „Słyszałem, jak mówiła, że go nie kocha, że posługuje się ludźmi, dopóki mają dla niej jakąś wartość i że potem chciałaby ich spalić jak stare sprzęty”. Poniatowski jej nie pojmował, w jej miłość, a przynajmniej słabość dla siebie wierzył, w Kaniowie spodziewał się czułości, a gdy go ta nadzieja zawiodła. przypisał zawód „ciężkim sukniom” carowej. Chociaż ona ani jednym słowem przychylnym nie odpowiedziała na jego souhaits, był przekonany, że je spełni, bo to było mu potrzebne do spokojnego trawienia rozkoszy króla, którego ona zrobiła, „z chłopa panem”.

C.d.n.

Ilustracja: „Picture of Europe for July 1772”, źródło: Cyfrowa Biblioteka Narodowa Polona



Kategorie:Historia, Źródła

Tagi: ,

1 reply

  1. 24 lipca 1792 roku Król Stanisław August Poniatowski wcześniej stolnik wielki litewski (od 1755), starosta przemyski (od 1753), do tego mason, „faworyt” i dłużnik Katarzyny II Carycy Rosji (za sprawą spłaty przez nią 36 milionów zł. osobistego długu) zdradził sprawę Konstytucji 3-cio majowej i przystąpił do Konfederacji Targowickiej… Ilu z „naszych” dzisiejszych decydentów zdradziło polską sprawę w okresie tzw. „przemian ustrojowych” i „unijnych ambicji” za przyczyną legendarnych „czerwonych srebrników” , które według legendy kupowały duszę człowieka i jego wiernośc zdradzie, czyniąc go uległym wobec wierzyciela? Historia kołem się toczy a po dłuższej obserwacji sytuacji jaka obecnie ma miejsce w naszym państwie można wyciągnąc wniosek, że nic się w tej kwestii nie zmieniło a instrukcje Carycy Katarzyny II nie straciły nic na swojej aktualności…
    https://odyssynlaertesa.wordpress.com/2013/05/03/targowiczanin-herbu-ciolek-i-jego-nasladowcy-herbu-euro/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: