Stefan Kołaczkowski – “Nie ma ludzi (garść refleksji)” [1935]

Pieter Bruegel the Elder, The Triumph of DeathNie ma ludzi – oto myśl, która się wciąż nasuwa. „Zdolny człowiek, ale nie umie sobie dobrać ludzi” – takie słyszy się co dzień utyskiwania. Te sprzeczne ze sobą zdania, raz stwierdzające brak ludzi, to znowu zakładające, że gdzieś w niewiadomej sferze ci ludzie się znajdują, zdają się jednak pozostawać z sobą w jakimś związku. Jakim?

Że Mikołaj I uskarżając się, „Niet ludiej”, sam sobie był winien, to nie ulega dla nas żadnej wątpliwości, ale nie stać nas na tyle konsekwencji, żeby zapytać, czy i my sami nie jesteśmy sprawcami tego stanu rzeczy.

A może by tak zrobić rachunek sumienia?

„Bogactwo świata stanowi właśnie ilość żyjących na nim oryginalnych jednostek. Dzięki jednostkom tym i ich dziełom świat jest właśnie światem, a nie pustynią…” te słowa Carlyle’a cytował mi ktoś niedawno. Żyjemyż na pustyni? Redaktor pisma w dzisiejszych czasach miałby „niejakie poszlaki”, że tak jest. Dlatego też sam sobie na pytania odpowiada. Samotnikami jesteśmy, czy ślepcami, czy jedno i drugie, niewinnie cierpiącymi, czy sprawcami?

Nie mogę się uwolnić spod ucisku słów Marii Dąbrowskiej, rzuconych przez nią mimochodem w rozmowie na temat prasy. Brzmiały one mniej więcej tak: okropne to jest, że dziś wciąż ktoś kogoś demaskuje… Dąbrowska ma rację: to rzeczywiście straszne, rewoltujące do dna duszy i podrywające z miejsca jak klask policzka, jak krzyk „łapaj” w zamęcie ulicznym. Teraz przychodzą mi te słowa na myśl, jako odpowiedź: Tak, jesteśmy ślepcy, nie widzimy ludzi, jakimi są: gdyby było inaczej, demaskowanie należałoby do wyjątków.

Czegóż zresztą dowodzi owa nieumiejętność dobierania sobie ludzi jeśli nie tej samej swoistej ślepoty? Kimże jest bowiem ten, który nie widzi ludzi? Tym, co „patrzy wyżej”, ponad człowieka? Bywały jednak wieki, gdy właśnie patrząc wyżej, odnajdywano we wspólnocie, której spójnią była miłość, drogę do duszy ludzkiej, bywały czasy, gdy, patrząc w naród, znajdywano sprzymierzeńców i braci „w sprawie”.

Zanik organu widzenia dusz ludzkich przychodzi tylko wtedy, gdy ludzi traktuje się stale jako funkcje lub narzędzia.

Twierdzenie, że można być wielkim człowiekiem i nie znać się na ludziach, trzeba zaliczyć do szkodliwych niezmiernie przesądów; podobnie jak ten, że można być dobrym krytykiem nie odkrywając niedocenionych lub nieznanych twórców, albo dobrym nauczycielem nie znajdując godnych zajęcia się nimi uczniów.

Dar widzenia ludzi osiąga się tylko przez własne życie duchowe, a bogactwo własnych „możliwości” jest zawsze gwarancją odgadywania i odnajdywania najniepodobniejszych nawet do odkrywcy natur.

Dlatego po wsze czasy wielcy poeci byli znawcami i sędziami dusz, Dziś wydaje się to już zamierzchłą legendą, ale wszak i poprzednia generacja wielkich pisarzy wyraźnie to za najwyższy atrybut swego geniuszu uważała.

Hamlet – sędzia i odgadywacz tajemnic sumienia- nie tylko „był w modzie”, ale stać nas było na pogłębienie go: niezbitym tego dowodem interpretacja Wyspiańskiego. Pokazał on nie tylko pasowanie się dusz i zwycięstwo duszy wielkiej; pisząc o genezie postaci Laertesa w dramacie Szekspira, przyjął za założenie, że każdy twórca ma nieomylne, arystokratyczne wyczucie hierarchii dusz ludzkich. Przepojone nim jest zresztą całe studium Wyspiańskiego.

I pojawił się nowy Hamlet – Nagel w „Misteriach” Hamsuna, co przenikał dusze na wskroś, wołał o miarę najwyższą ducha, a tej szukał poza sferą „zwykłych wielkich ludzi”.

Jeżeli dziś jest inaczej, to ma to swoje całkowicie pochwytne przyczyny; zbadawszy je, przekonamy się też, że nieznajomość ludzi i brak ludzi jest w istocie swej tym samym kulturalnym zjawiskiem.

Jeden z głośnych w Europie eseistów, filozofujących na temat zagadnień kultury, Ortega y Gasset, napisał obszerne studjum o odhumanizowaniu sztuki dzisiejszej, w tym właśnie widząc naczelną jej cechę. Rzecz ta, aczkolwiek spóźniona, bo ukazała się dopiero parę lat temu, a duchem należy do epoki przedwojennej, ciekawa jest o tyle, że ten autor-esteta, pieczętujący się Debussym, kokietujący salonową bezinteresownością w stosunku do ostatecznych wyników roztrząsania, a więc w zasadzie unikający stawiania kropek nad i, taki, mimo to, wyrok na dzisiejszych estetów i dzisiejszą „młodą” sztukę wypisał w tytule. Epigoni, mianujący się u nas awangardzistami, mogliby się pouczyć u tego estety w pełnym tego słowa znaczeniu, do jakich ostatecznych konsekwencji zmierza sprowadzenie sztuki na poziom przyjemnych wyrobów bez angażowania się duchowego.

Lecz „odhumanizowanie sztuki”, to już raczej symptom… braku ludzi, utrwalający tylko ten stan rzeczy i usiłujący utrwalać.

Więcej powie nam humanitaryzm współczesny, a raczej oba jego rodzaje. Pierwszy to ten typu osiemnastowiecznego, zapatrzony w abstrakcyjną ludzkość i tracący z oczu człowieka, humanitaryzm, z którym walczyli wybitni humanitaryści, tacy np. jak Orzeszkowa i Conrad. Drugi typ – nazwałbym go dla odróżnienia pacyfistycznym – bo jest głoszony przez nich i przez sentymentalnych intelektualistów, wpaja nam cześć dla wszystkiego, co ludzkie i nawet arcyludzkie… dlatego tylko, że jest ludzkim, tracąc z oczu wartość.

Parafrazując H. Massisa, który nazwał Anatola France’a „nieludzkim humanitarystą”, moglibyśmy powiedzieć, że pierwszy typ dzisiejszego humanitaryzmu jest nieludzki. Drugi, jako czysto przyrodniczy, należałoby zwać biologicznym, czy animalistycznym.

Te dwa typy humanitaryzmu, z których jeden traci z oczu człowieka, drugi pomija wartości, mówią nam już nieco więcej o tym, dlaczego to, mimo peanów na cześć zwyciężającego humanitaryzmu – brak ludzi.

Jeszcze głębiej, ku najistotniejszym przyczynom poprowadzi nas słownictwo; mam na myśli wyrazy wstydliwe, których się unika. Człowiek partii żachnąć się może, gdy powiem, że słowu moralność przywrócił godność wśród niektórych sfer, uważających się za postępowe, dopiero Marszałek Piłsudski. Tylko człowiek tej odwagi mógł to wbrew opinii zrobić, a dzięki autorytetowi – opornym narzucić. I on jednak odczuwał widać pewne skrępowanie, skoro użył słowa francuskiego, morale. Każdego uderzył chyba fakt, że wielu publicystów powojennych pisze wciąż morale, zamiast moralność, wskazując tym na inicjatora. Dopiero od niedawna pisze się znowu często i po polsku: moralność.

Zjawisko to bynajmniej nie jest odosobnione! Znamienne, że Max Scheler (znów pionier ruchu i człowiek bardzo śmiały) opublikował przed wojną rozprawę: „Rehabilitacja cnoty”; wskazując na wartości związane z pojęciem cnoty u starożytnych i w chrześcijaństwie, kończy wnioskiem, że karykatura, którą z cnoty zrobiło mieszczaństwo, nie powinna nas odstraszać od niej samej, bo cnota sama nie jest nic temu winna i niekoniecznie musi być brzydka – owszem, jest piękna. Niedawne to jeszcze czasy, kiedy wzmianki o moralności w krytykach literackich uchodziły za niezbity dowód braku znawstwa i braku kultury estetycznej.

Wśród ludzi, zaliczających się do nowoczesnych, podobny niesmak albo wręcz podejrzenie o pokątne „grawitowanie” ku partii Narodowo Demokratycznej budzi posługiwanie się słowem „narodowy” i „narodowość”. Najchętniej używa się słowa „nacjonializm”, łącząc go z imperializmem, nietolerancją. Obok zrozumiałej społecznie i politycznie potrzeby podniesienia prestige’u i otoczenia glorią pojęcia państwa, buszowała dziecinna przekorność względem bogoojczyźnianych banałów i „wstydliwość” samego słowa. Stąd to publicyści wmawiali w nas, że tylko nacjonalizm może być imperialistyczny, nie kult państwa, nie bacząc na jaskrawe dowody czegoś wręcz przeciwnego w postaci dwóch największych imperializmów, złączonych właściwie z kultem państwa: w starożytnym Rzymie i nowoczesnych Niemczech.

Przez wstydliwość też uznaje dotąd wielu pisarzy i literatów sam postulat „kultury narodowej” za rodzaj „endeckiego” wymysłu, zagrażającego myśli nowoczesnej. I znów czynią to z pogwałceniem oczywistych prawd – jak gdyby sam postulat kultury narodowej nie był najskuteczniejszym środkiem przeniesienia punktu ciężkości, celu dążeń w te sfery, gdzie uduchawiają się uczucia narodowe, gdzie współzawodnictwo przybiera szlachetniejsze formy i zwycięstwa odnosi się nie szacherką polityczną i przemocą, lecz jedynym rzetelnym sprawdzianem sił – twórczością i zasobami ducha.

Zwracałem kiedyś w rozmowie uwagę jednemu z kolegów Żydów, który interesował się teoriami Freuda, czy nie przychodziło im – znawcom genezy zapomnień i utajonych niechęci do słów – na myśl, dlaczego im to, Żydom, właśnie potrzeba, aby tak przykre zagadnienie jak naród wcale nie istniało? Czy pomoże coś zamykanie oczu na niewątpliwe fakty? Był trochę zaskoczony moją otwartością. Nic dziwnego – nie tylko marzy się u nas o jakimś porozumieniu bez szczerości, która jedynie może być jej fundamentem, ale mimo ogłaszanego w triumfie unicestwienia pruderii, tyle fałszywych wstydów wciąż się kultywuje: Wszak słowa moralność i narodowość z trudnością pokonywują „cenzurę”.

Przy takich „koniunkturach” wychowania jak wyżej omawiany humanitaryzm, przy wstydzie: wartości, moralności, narodowości, więc najistotniejszych czynników, stanowiących osobowość, przy utrwalających ten stan rzeczy awangardzistach sztuki odhumanizowanej, któż by się mógł ludzi spodziewać?

Ubodzy rodzice nie marzą też wcale, by dzieci wyszły „na ludzi” – lecz żeby zostały inteligentami. Twory te, coraz mniej określone, stanowią prawdziwy kłopot dla socjologów, tym bardziej, że gwałtowny przyrost „inteligencji” (klasy) jest odwrotnie proporcjonalny do przyrostu „ludzi”. Nawet tym, którzy uparcie chcą być ludźmi, nie szczęści się, napotykają nieprzezwyciężone przeszkody. Ten bowiem, kto chce przekształcać życie, dzisiejszy człowiek czynu, to nowożytny Don Kiszot, który… sam staje się wiatrakiem. Ledwie zbliży się do góry zadań, już wciąga go w swe tryby młyn diabelski. Rosnące potrzeby społeczeństwa obracają wiatrak jego ramion coraz prędzej, coraz prędzej… Czasami zdaje się już niemożliwością w tym tempie żyć, myśleć, czuć, funkcja wciąga go w siebie, człowiek redukuje się do niej. Pozostaje mu tylko stać, wydawać rozkazy i przekazywać, machać rękami – wiatrak! Wiatrak, czujący, że zapasów ziarna coraz mniej, że nie wystarczy i że diabelskiego wiru nic nie wstrzyma.

Obcowanie z ludźmi sprowadza się do salutowania w pośpiesznym spotkaniu szarż, polega na wręczaniu czy odbiorze ufności, godności, jakichś walorów – w mroku – komuś lub od kogoś bez twarzy, niewiadomemu, szarży, „słuchaczowi”. Dlatego tak łatwo o małe legendy, że nikt nikogo nie zna. Przyjechawszy po roku do miasta, gdzie się zostawiło znajomych, uczuwa się przede wszystkim badawcze spojrzenia. Później dopiero następuje pewne rozkrochmalenie – czasami już otwarte wyznanie: „mówiono żeś…”, albo „myślałem, że pan teraz…”. Każdy człowiek już jest małą, niepewną legendą: Witając należałoby wołać od proga: „jestem ten sam”.

Wobec komplikacji form życia, niektórzy wołają: trzeba uprościć, życie jest zbyt trudne, a to dlatego, że za dużo kultury, trzeba wrócić do bezpośredniości. I tu – znowu niebezpieczeństwo.

Bo tu w związku z tym hasłem czyhają aż dwie siły na zatracenie człowieczeństwa. I nie wiadomo, kto groźniejszy, czy ci, co dla uproszczenia chcą ludzi skrócić o głowę albo o duszę, (to łatwiej, tego wcale nie widać!), czy niektórzy „obrońcy”. Wszelkie bowiem trzymanie się pewnych, związanych ściśle z epoką akcesoriów kultury, przestarzałych a uznanych za „tabu”, uznawanie zawiłości albo rusztowań dlatego tylko, że są trudno dostępne, za najskuteczniejszy probierz kultury, albo wręcz za wał ochronny przed nawałą nowych barbarzyńców – jest stokroć niebezpieczniejsze. To bowiem albo może utwierdzić idące masy w tym przekonaniu, że poza tymi formami nic nie ma, skoro one same przez się uważane są za cenne, albo może nakłonić je do zabójczego snobizmu w stosunku do pustych form, albo wreszcie może wręcz „ludzi nowych” rozwścieklić i napełnić przekonaniem, że cała kultura jest tylko tyle warta, co te, bronione przez nie wiedzących co czynią „strażników”, emblematy, i że do życia, do jego istoty, dotrze się, usuwając wszystko razem: nieistotne formy wraz z samą kulturą.

Wymieniliśmy tu parę przyczyn niedorozwoju osobowości, pokazaliśmy jeden spośród wielu istniejących czynników niwelowania osobowości i te niebezpieczeństwa, które leżą w płytko pojętej dążności do uproszczenia lub równie powierzchownej zachowawczości. Uczyniliśmy to po to tylko, żeby wykazać, że te tak na pozór dalekie sobie sprawy jeden mogą nasunąć wniosek, że istnieją możliwości i uproszczenia i pogłębienia zarazem.

Skupienie wysiłków w kierunku odrodzenia szeroko pojętej pedagogiki, akcentowanie mocne kształcenia charakterów zarówno jak zainteresowania w humanistyce problemem rozumienia nie tylko w znaczeniu intelektualnym, jednako są symptomatyczne, bo zdążają do tego samego celu: Odrodzenia człowieczeństwa i zdolności rozumienia tego, co ludzkie i co stanowi sens kultury, jej tworów i dziejów.

W obliczu dylematów: braku ludzi i uproszczenia „Marchołt” stawia też swój program „życia ułatwionego” – jak mniema jedynie realny: WIDZIEĆ LUDZI.

Paradoksem w tym programie jest jedynie to, że by widzieć ludzi, trzeba wprzód mieć życie duchowe, być człowiekiem, mieć wiarę w ludzi. Widzi sie bowiem ludzi tylko osobą, z pomocą podstawianych elementów własnej duszy.

Realizacja tego programu spowoduje za to niezawodnie mnóstwo uproszczeń niewątpliwych : zredukuje ilość egzaminów, testów, kartotek tajnych i jawnych z personaliami, komedii i szantaży przedwyborczych, komisji kontrolujących, wywiadów dziennikarskich, biur, zawodów na ludziach, więc i rozwodów, krytyk i zawodowych komentatorów poezji, w ogóle wszelkiego drukowanego papieru. Kto ma bowiem dobre oczy, widzi – tak jak Marchołt – bez szkieł lepiej i wie, „co czajki a co orły”.

Program ten nie eliminuje jednak walki, przeciwnie, przewiduje wzmożenie pasowania się na dusze, na serca i na rozumy. A każdy Hamlet ze źle napisanej sztuki usłyszy (co Wyspiański każe mówić Szekspirowi): Idź, odtąd imię twoje będzie Laertes.

Źródło: „Marchołt”, styczeń 1935

Ilustracja: Pieter Breugel, „Triumf śmierci”, 1562



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

1 reply

Trackbacks

  1. „Nie ma ludzi” i Kisiel wbrew Kotarbińskiemu czyli… bardzo konkretne skutki społeczne religii, moralności, cnoty i nacjonalizmu. | Łódź Odysa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: