Stefan Garczyński – „Wielki Piątek” [1860]

Giovanni Bellini - Pietà 2

Milczą dzwony pobożne wieżycy wysokiej,
Jak usta skąpe w słowa, gdy myśl środ pamiątek.
W strojny grób już złożono Zbawiciela zwłoki;
Lud bieży grób odwiedzić – święcić wielki piątek.

Smutno w kościele było. Okna kirem czarnym
I ściany i obrazy zasłoniono kirem;
Ciche modły dokoła. Ten westchnieniem szczerem,
Łzą skruchy, albo datkiem kupuje ofiarnym
Przebaczenie za grzechy u świętego grobu;
Ten ufny że Bóg wznosi kiedy się uniżem,
Ustami proch całując, rozpostarł się krzyżem,
Kiedy krzyż dźwigać w życiu nie widział sposobu.

U ołtarza w zakonne odziani kapice,
W dwóch rzędach, zasępionych mnichów stoją chory;
Przed nimi świec dwanaście, i palą się świece.
Słychać hymny żałobne za zwykłe nieszpory.

Z hymnami nikną światła. W kościele mniej jasno.
Świece jedna za drugą, po kolei gasną.
Lud czeka – już zgaszono – już ciemno się stało.
Jedyna lampa błyszczy na grobowe ciało.
Zapukano – czas wyjścia – lud tłumnie wychodzi –
I księża się ruszyli – i w komżach dwaj młodzi
Przodem księgi wynoszą – a rzędem za niemi
Sandały mnichów słychać jak biją po ziemi.

Wyszli wszyscy. W kościele samotnie i głucho.
Czasem tylko u góry świergocące ptaki
Uderzą skrzydłem w okna, szukając wylotu.
Cicho i ciemno. Przecież bardzo czułe ucho
Mogłoby więcej przejąć… Ktoś westchnął – kto taki?
Nie wiedzieć. Może grzesznik z żalu i kłopotu
Został jeden, by dłużej opłakiwać mękę;
Może… Ktoś idzie – To ksiądz: on jego dostrzeże,
Ale cóż mu westchnienie? Uklęknął przy grobie,
Głowę schylił, pod ramię kładzie prawą rękę,
Wydobył książkę – rozwarł – przemówił pacierze;
Znów się schylił, nabożnie składa ręce obie,
I odrętwiałym głosem tak śpiewa przy grobie:

„A gdy na krzyż przybili, sługi wszystkie w tej chwili
Suknie pana porwali z pośpiechem;
I dział każdy chce stroju – czy przez zgodę, czy w boju:
Bo to u nich zabijać nie grzechem.
Ale płaszcz tam był Pana, jakby chusta utkana,
Bo nietknięty ni igłą, ni nożem;
Więc mówili do siebie: by go nie psuć w potrzebie,
Losy wkoło na niego rozłożem.
I co rzekli, to było; bo tak Pismo mówiło:
Suknie łotrów rozszarpią mi zgraje,
Ale na płaszcz los padnie, jeden tylko płaszcz skradnie:
A tak dzisiaj to wszystko się staje.”

Śmiech jakiś niespodziany, gwałtowny i dziki
Przerwał śpiewy pobożne. Ksiądz schwycił krzyżyki
U różańca wiszące przy habita sznurze,
Schwycił, i głowę swoją zasłonił w kapturze.

A w końcu śmielszy w myśli, jak dowódca, który
Nim bój zacznie, szkłem zmierzy szyki nieprzyjaciół,
Spojrzał, i w znaku krzyża dłoń wznosząc do góry,
Już mówić jakieś słowa tajemnicze zaczął:
Gdy widzi, gdy poznaje człowieka, w kształt głazu
Stojącego opodal jak marmur cmentarzy.
Czarny płaszcz wisiał na nim; blady był na twarzy:
Zdawał się być bez ruchu, czucia i wyrazu.
„Kto jesteś – mnich zawołał – czy cię złe obsiadło,
Człowieku! Że chcesz wichrzyć spokojność klasztoru?
Milczysz? Jeśliś nieżywy, jeżeli widziadło
Jest przede mną i w ciele tajny duch potworu:
Mam sposób, bicz na ciebie. Czy znasz godło krzyża?”
„Znam – krzyknął nieznajomy – wielka to obrona!…”
Rozśmiał się, i tym śmiechem, jak głaz Pigmaliona
Całowianiem, ożywion, do księdza się zbliża.
Czarny płaszcz swój zarzucił z ramienia na ramię;
Spod brwi, choć jasne oko, wypadł wzrok ponury,
I rumieniec gwałtowny, chorych myśli znamię,
Błysnął w twarzy, jak wstęga piorunu w mgle chmury.

KSIĄDZ poznając nieznajomego

To ty młodzieńcze tutaj?

MŁODZIENIEC

Krzycz – żegnaj – przeklinaj:
Duch stoi – jako waszych kościołów wieżyce,
Choć deszcze leje – grzmią nieba – palą błyskawice:
One stoją… Nuż śmiało, egzorcyzm zaczynaj!
Tylko pomnij że płaszcz snów mnie więcej nie mami;
Że choćbyś drgał językiem, jak wicher potokiem,
Jam zawczasu ten potok zbadał myśli okiem,
I płaszcz twój czarodziejski zdarł myśli zębami;
Że żartuję…

KSIĄDZ

Młodzieńcze, nie bluźń nadaremnie!
Takież to odebrałeś nauki ode mnie;
Na tomże cię wychował, ażebyś w kościele,
W dzień dzisiejszy, przy grobie Zbawiciela świata,
Bluźnił wiarę najświętszą?

MŁODZIENIEC z ironią

Poznaj się w twym dziele!
Tyś mój mistrz!

KSIĄDZ

Słuchaj tedy. Burzliwe są lata
Młodości, wiele ludzi na zawsze w nich ginie:
Jam to wiedział; jam ciebie chcąc zbawić jedynie,
Chcąc ratować…

MŁODZIENIEC przerywając z zapałem

Na zawsze zgubił bez ochyby!
Tlało we mnie przeczucie wolności szlachetnej,
I mocne miałem ramię i do czynów dzielność.
Tyś mi odgadł mą duszę; miałem w myślach szyby
Do przejrzenia: tyś przejrzał; i jak dąb stuletni
Upadkiem strzaska drzewka, Bogaś, nieśmiertelność
Spuścił na mnie, na duszę, myśl strzaskał ogromem:
Wzgardziłem tem, co dawniej w oczach stało bóstwem,
Ojczyzną i miłością, przyjaźnią i domem;
Otoczyłem się waszą pokorą, ubóstwem;
Jam wiarą waszą świętą jak tarczą się składał:
I cóż stąd? Jak nareszcie wiarę i was zbadał!
Chcecie, pokory suknie zawdziawszy na pychę,
Zamieniając pałace na ustronia ciche,
W duszy gmachach zarządzać – i chatą i tronem:
Mieszkańców ich jak ptaków łapiąc w szpon sokoli,
Sami zimni – bez serca – męczyć, gryźć do woli.
Chcecie, martwi, spokojni jak klasztoru ściany,
Na czas nieczuli, jako na pył śmierci wianek,
Patrzeć zimnawo na łzy, gdy kto łzami zlany:
Albo gdy ginie człowiek – wolny lud – kochanek:
Wam wolność, miłość niczym – płakać nie myślicie.
Ileż razy wam w duszy złorzeczyłem skrycie!…
Wyrwałem się na koniec!… Lecz czarowne słowo
Wiary waszej i klątwy i modlitw i sztuki,
Wisiało, jak na włosie, miecz nad moją głową;
Drżałem żeby nie upadł!… Dziś czas – dziś nauki –
O, dzisiaj już inaczej: rozumiem was mnichy!
Dzisiaj – żarty to żarty – wszystkich was zbadałem;
W głos krzyczę: gdzie jest Słowo co się stało Ciałem?
W głos krzyczę: wiara wasza jest to dziecko pychy!

KSIĄDZ

Panie, odpuść mu, bo on sam nie wie co robi.

MŁODZIENIEC

Tyś rzekł, tylko za mało! Panie, serce dobij,
Które tak ciężkom zranił: oto treść modlitwy!
Wy mnichy, wy myślicie, że choroby, bitwy
Tylko człowieka gubią…

KSIĄDZ

Na krzyżu rozpięty,
Natchnij go mocą Twoją, i przywróć mu zmysły!

MŁODZIENIEC patrząc na grób

Jezus Chrystus – znak krzyża, znak ofiar, znak święty!

(Z uniesieniem)

Czemuż krwi Twojej krople na ludzi nie prysły,
I mózgów im nie spalą wieczystym zarzewiem?
Ot, Twój sługa: – Tyś cierpiał, jak żaden z śmiertelnych:
A ten śmierć Twoją święci w kantyczkach kościelnych,
I żyje, i szczęśliwy – spokojny – jak nie wiem
Żadnego szczęśliwego!

KSIĄDZ

Grzesznicy my, prawda,
I bardzo grzeszni ludzie; lecz za to pokora…

MŁODZIENIEC

Jutrem odkupujecie grzechy wasze z wczora.
A dziś do was należy:

(Udając głos księdza)

Grzesznicy my prawda!

KSIĄDZ

Nie bluźń, nie bluźń młodzieńcze! Któż ogród potępi!
Dlatego że w nim drzewo spróchniałe lub chore?

MŁODZIENIEC

Kto dom przeklnie, ja pytam, gdy dom z wszystkim zgore
Albo sępów, gdy z głodu siebie pożrą sępi?
Ot słuchaj: dom ten, dusza – tyś podłożył ognie;
Ot słuchaj: sępem, człowiek, kiedy w duszy świta,
A obca przemoc – wiara – myśli jak jelita
Wydzierając mu z głowy, głowę w proch mu dognie.
Cóż za dziw, jeśli biedny człowiek przy upadku,
Widząc i sił zniszczenie i niemoc swych chęci,
Jeśli cierpiąc, tysiące w koło męczeństw wkręci,
Albo wzniósłszy kark na was, plunie na ostatku?…

KSIĄDZ

Szalony, milcz na Boga!

MŁODZIENIEC

Milczeć? Toć milczałem,
Długo i bardzo długo – dziś mówić przychodzi.
Dziś krzyczeć będę; słyszysz, krzyczeć gardłem całym!
Chciałbym po słów mych fali, na myśli mych łodzi,
Z duszą moją żeglować i wpędzać się w dusze;
Niechajby mowa moja, jako bystra rzeka,
Wszystkie strumienie myśli korytem swym zlała!
I zleje – Bo ja myśleć, bo ja mówić muszę!
Słuchaj, z duszą mą wpadnę w głąb serca człowieka:
I jak szkło młota gromem, wiara pryśnie cała.
Mówić mu chcę wolności świętymi słowami,
Mówić mu chcę niemowląt, nieszczęśliwych łzami,
Krzyczeć nad nim, jak matka nad śmiercią dziecięcia,
Gdy je spod piersi matce, wyrwie ptak straszliwy;
Zaklnę go na najświętsze uczucia zaklęcia,
Na śmierć ojca, na przodków szereg nieszczęśliwy,
Niech wszystkiemu zawierzy, wam jednym nie wierzy!
Bo wy słudzy nikczemni, zamiast Boga słudzy,
Wy, kiedy ludzie giną, męczeni są drudzy,
Wy, jakby to nie ludzkie trafiało przygody,
Choćbyście jednym słowem krwi wstrzymali strugi:
Patrzycie zimnym okiem, jak giną narody,
Ledwie trupom oddając ostatnie przysługi.
Toż więc jest wiara wasza? Na to macie władzę,
Aby cnót się wyrzekłszy, dawać przykład zbrodni?
Nikczemni ludzie, boskich przydomków niegodni!
Od mleka matki waszej ziemi was odsadzę,
Kiedy litości ziemskiej, cnót w sercu nie macie:
Wyprą się was rodzicie, jak wy się wyparli,
I siostry, przyjaciele, i brat was po bracie
Kląć będzie, i tam z grobu powstaną umarli,
I kląć będą, i wołać o zemstę wszechwładną,
I głowy wasze w końcu pod żelazem padną,
A wiara…

KSIĄDZ

Stój! Nic więcej!!!…

 

Zegar bił w tej chwili,
I na hymny wieczorne księża nadchodzi.
Twarz swoją nieznajomy płaszczem więc osłonił,
Coś jeszcze prędko wyrzekł, zwrócił się z pośpiechem.
Idzie – krok nagli – śpieszy. Nim zegar wydzwonił,
Trzask drzwi mocnym się odbił o sklepienie echem.

Ilustracja: Giovanni Bellini – „Litość nad martwym Chrystusem”, 1473-1476



Kategorie:Historia, Poezja, Poezja, Poezja, Poezja, Poezja, Proza

Tagi: , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: