Pogrzeb marszałka Józefa Piłsudskiego w Krakowie

PIC_1-A-209-205

Trumna na wysokiej platformie kolejowej, .oświetlona reflektorami, otoczona wartą honorową szła błyskawicą poprzez kraj, wśród ciemności nocy przerywanej ulewą i grzmotami. Szła otwartą kilka miesięcy temu zbudowaną linią kolejową na Radom, Kielce, Miechów, wzdłuż której paliły się olbrzymie ogniska i klęczała pośród deszczu ludność okolicznych miast i wsi, żegnając łzami swego Wodza. Dwadzieścia jeden lat temu radością i kwiatami na tej samej drodze witano szarych legionistów idących pod Oleandrów pod wodzą Komendanta jadącego na Kasztance.

Tej nocy nie spano w Krakowie. Myśli wszystkich, którzy się zbiegli tysiącami z całej Polski, towarzyszyły tej z wysoka promieniującej trumnie, która wśród burzy, triumfalnym pochodem zbliżała się do Krakowa, zraszana łzami serdecznymi całego narodu. Całą noc nieprzerwanym łańcuchem szły tłumy od dworca ku miastu. A ludność okolicznych wsi i miasteczek szła piechotą, nie zważając na trud i zmęczenie, aby tylko przed świtaniem zdążyć jeszcze do Krakowa, aby ujrzeć po raz ostatni Wodza Narodu. Na kamiennych płytach chodników całą noc słychać było echa tysięcznych kroków. Nikt nie spał – czekano!

Świt bez jasnych promieni słonecznych, przyszedł jakoś niespodziewanie wcześnie. Jeszcze nie obudziły .się ze snu gołębie przy kościele św. Barbary, kiedy na miasto spadł twardy krok żołnierzy, kiedy z bram poczęli wysypywać się na ulice. W Warszawie były biało-czerwone chorągwie okryte krepą, a tu tylko zwisające z wysokich masztów olbrzymie czarne welony, otulające kirem ulice i place Krakowa. W ciągu nocy wyrósł las masztów uwieńczonych srebrnymi orłami legionowymi.

Na długo przed przybyciem żałobnego pociągu ulice zostały szczelnie wypełnione tłumami. Ludzie byli wszędzie: na dachach, na drzewach, na latarniach, gdziekolwiek można było zobaczyć kondukt pogrzebowy. Plac przed dworcem, ujęty twardymi karbami stalowych hełmów i karabinów wojska, faluje różnobarwnym tłumem. Ławą stają oficerowie wszystkich broni i pułków, obok nich purpura i gronostaje rektorów, czerń posłów i senatorów, i całe morze białych komż duchowieństwa. Koło godziny 8-ej tłumy formowanego już pochodu zapełniającego kilka kilometrów ulicy Lubicz zaszumiały. Ponad głowami przeszedł jakiś szmer, jakiś powiew, który kazał obnażyć głowy i patrzeć daleko, jak tylko okiem można sięgnąć. Bo u kresu widnokręgu ukazał .się pióropusz dymu lokomotywy i czerwono-biała plama. Coś ku czemu porwały się ręce oficerów, aby wziąć na ręce ten najdroższy ciężar i ponieść ku lawecie armatniej.

Jest godzina 8.30. Cicho! Na miasto spada gromem, potężny, zawodliwy głos Zygmunta, wali mocno, raz i drugi. A za nim zlewa się w jedną potężnie dźwięczącą falę głos wszystkich dzwonów kościołów krakowskich. Mocnym akcentem wbija się głuchy werbel bębnów. Trębacze podnoszą srebrzyste trąbki do ust. Nie słychać ani jednego tonu. Tylko czarne konie ciągnące lawetę mocno walą kopytami w bruk. Kondukt rusza – ostatni etap wędrówki rozpoczęty!

Wśród okrytych kirem płonących lamp i okien, w których widać płonące świece, w szerokim korytarzu prężącego się na baczność wojska i obnażonych głów idziemy krok za krokiem naprzód. Długa jest ostatnia droga, nie można iść szybko. Wszyscy chcą zobaczyć, wszyscy chcą iść śladami trumny, spowitej sztandarem narodowym. Mijając Barbakan i wieżę Floriańską, i pomnik chwały grunwaldzkiej pochód idzie naprzód. Najpierw armia – najukochańsze dziecko Marszałka, przedmiot trosk i wysiłków – wojsko wszystkich broni.

Potem idą wieńce: – słonecznie się robi wśród czarnych chorągwi od takiej ilości kwiecia. Trzynastu oficerów niesie na poduszkach odznaczenia. A potem – jak nakazuje stary rycerski zwyczaj – idzie koń okryty czarną kapą, towarzyszy swemu Panu aż do ostatniej chwili. Ulice i Rynek zakwitają nagle od sztandarów. Zdaje się, że wszystkie sztandary zbiegły się z całej Polski, aby oddać hołd temu, przed którym na tylu przeglądach i uroczystościach pochylały się nisko. Eskorty sztandarów patrzą twardo przed siebie. Widać, że hamują wzruszenie i łzy. Przecież to jest pogrzeb najukochańszego Ojca. Ale spod stalowych kasków nie mogą popłynąć łzy. Takie łzy, jakimi płaczą tłumy, jakie widzi się u tysięcy ludzi idących za konduktem, nie wstydzących się pokazać, że płaczą.

Kiedy pochód wkracza na Rynek, podnoszą się głowy wszystkich ku górze. Nagle, jakby na komendę! Z wieży mariackiej słychać srebrny ton trąbki. To grają „Bogurodzicę”. Ile razy słyszały tę pieśń w ciągu wieków mury Krakowa? Czoło pochodu dobija już do Wawelu, kiedy na Rynek wkraczają błękitne mundury Pierwszej Kadrowej. To oni, ci, którzy nigdy nie opuścili, którzy wiernie stali, krwią swoją znacząc szlak na Wschód. Za nimi organizacje. I sztandary, tysiące sztandarów.

Coraz potężniej biją dzwony, coraz mocniej nogi żołnierskie wybijają rytm. Na wprost nas pokryte patyną czasu wieżyce wawelskie. U stóp pomnika Kościuszki różnokolorowy kobierzec. To delegacje chłopskie w swoich regionalnych strojach ze wszystkich ziem. Gdzież indziej można by ich umieścić dzisiaj, jak nie u stóp Naczelnika, który dał im w zamian za krew – wolność.

Brama Wawelu przyjmuje lawetę wraz z trumną. Otoczony srebrem dobytych szabel, bielą i amarantem sztandarów – Naczelny Wódz wkracza na Wawel, gdzie równy Batorym i Sobieskim, spocznie w srebrzystej trumnie. Z ustawionej przy wejściu do katedry mównicy żegna Wodza imieniem Narodu Pan Prezydent. Ustami jednego człowieka mówi cała Polska. Słowa są proste i mocne. I znowu towarzysze marszałkowych trudów, generałowie, biorą na swe barki trumnę, pnąc się po schodach do ciszy katedralnej nawy. Dostojnymi barwami błyszczą ubiory duchowieństwa, odprawiającego modły. Dzwon Zygmunta i 101 strzałów dają znać miastu, Polsce i światu, że ostatnia wędrówka – kończy się. Na ramionach trumna schodzi wolniutko ku mrokom i spokojowi pod- ziemnej krypty. Ryngraf, sztandar państwowy i wieniec Prezydenta pozostają wraz z trumną tu na dole, gdzie jest cisza. Na dziedzińcu zamkowym i ulicach głucho biją bębny, zawodzą dzwony, chylą się sztandary. Ostatni akt dobiegał końca.

A wieczorem, kiedy zapada zmierzch, tłum poczyna posuwać się ku podwórcowi wawelskiemu. Przeważają dzieci. Wszyscy mają kwiaty w ręku. Nie ma już szpalerów wojskowych, ani granatowych mundurów, utrzymujących napór tłumu. Ale wszyscy idą spokojnie, bez popychania się i tłoku. To są tylko przybysze – mieszkańcy Krakowa ustąpili im dziś miejsca. W ciszy wchodzą do katedry. Przez witraże przecieka światło lamp. Tłum pada na kolana, zamiera. I modli się za duszę tego, który po trudach żywota spoczywa w srebrnej trumnie obok kościuszkowskiego sarkofagu.

Źródło: „Tygodnik Illustrowany”, 21/1935

Ilustracja: Mieszkańcy Krakowa na trasie konduktu pogrzebowego Marszałka Józefa Piłsudskiego. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe



Kategorie:Historia, Źródła

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: