Przemysław Piętak – „Ściana ze szkła”

glasswall

Prof. Marek A. Cichocki w opublikowanym na internetowych łamach „Teologii Politycznej” tekście pt. „Kategoria” trafnie diagnozuje stan umysłów wielu młodych ludzi w Polsce, szukając m.in. w nich jednej z przyczyn nadspodziewanego sukcesu Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. „Dzisiaj dla wielu młodych ludzi w Polsce apologia reaktywności i zachowania status quo za wszelką cenę jako najwyższego dobra najwyraźniej nie wystarcza” – pisze prof. Cichocki. „Mają większe aspiracje, a groźbę powrotu do władzy PiSu traktują jako niepoważny szantaż, który ma utrzymać ich w bezruchu. Znają świat, mają własne doświadczenia i wiedzą również, że jeśli dzisiaj nie będziemy budować w Polsce własnych mechanizmów rozwoju, ich przyszłość będzie niewesoła. Chcieliby mieć w Polsce swoje miejsce, móc realizować nie tylko bieżące materialne cele, ale sprawdzać nabytą wiedzę, zdolności i pomysły w poczuciu, że przyczyniają się w ten sposób także do jakiś ogólnych celów. Potrzebują poczucia przydatności i sensu. Chcieliby więc wiedzieć w jaką stronę zmierza ich kraj w świecie, w którym zakwestionowano wszystkie dotychczasowe pewniki i gdzie nikt nie może być bezpieczny. Jednak apologia reaktywności nie może dać im poczucia, że uczestniczą w jakimś wspólnym przedsięwzięciu, dzięki któremu ich przyszłość będzie lepsza. Praktycznie proponuje im ona tylko jedno: udział w wyścigu szczurów w kraju, którego konkurencyjność względem innych staje się coraz bardziej anachroniczna i peryferyjna. Apologia reaktywności kradnie im szanse na przyszłość, dlatego coraz częściej nie chcą jej przyjąć.”

O ile z pierwszą częścią powyższego cytatu (niewystarczalność apologii reaktywności w rozumieniu „ciepłej wody” w kranie przy jednoczesnej nieskuteczności straszenia PiS-em jaką alternatywą) mogę się w pełni zgodzić, o ile do drugiej, zgodnie z którą jedyną propozycją dla młodych jest „wyścig szczurów”, chciałbym dodać kilka zdań nie tyle nawet polemiki, co uzupełnienia. Sądzę bowiem, że przynajmniej część „młodych, wykształconych z wielkich miast”, do których, jak sądzę, prof. Cichocki kieruje swoje słowa, uzna frazę o „wyścigu szczurów” za nieprzystającą już do ich aktualnego stanu umysłów. Owszem, kiedyś, na przełomie XX i XXI wieku, być może byliśmy biegnącymi za karierą i sukcesem szczurami w korporacyjnych klatkach. Ale dziś, w połowie drugiej dekady XXI w., nasza sytuacja – i nasz obraz samych siebie – zmienił się już drastycznie. Staliśmy się młodymi profesjonalistami, świadomie realizującymi w biznesie swoje osobiste cele, ambicje i aspiracje. Polityka nie interesuje nas nie dlatego, że politycy nie mają nam nic ciekawego do zaoferowania, ale dlatego, że już dawno przestaliśmy wierzyć, że cokolwiek wartościowego kiedykolwiek będą nam w stanie zaoferować. Mówiąc brutalnie – obecni politycy nam nie imponują, bo czujemy się od nich lepsi.

Gdy słyszymy, że po siedmiu latach sprawowania rządów w 38-milionowym kraju, premier Tusk musi iść na przyspieszony kurs angielskiego, w nas budzi to jedynie zażenowanie, bo wiemy, że bez dobrej znajomości języka Tusk nie zostałby w naszej korporacji nawet stażystą. Gdy prezydenccy kandydaci przygotowują się do telewizyjnych debat, w których – umówmy się – nie wypadli jakoś szczególnie rewelacyjnie, my obserwujemy u nich te same gesty, których nas uczono kilkanaście lat temu. Gdy słuchamy kolejnych wodolejów powtarzających puste slogany z trybuny sejmowej, my odruchowo sięgamy po telewizyjny pilot, bo ten sam przekaz potrafilibyśmy przekazać w kilku prostych punktach. A gdy na dodatek dowiadujemy się, że zarobki prezydenta i premiera są w naszym kraju zbliżone do tych, na które w naszej rzeczywistości może liczyć średnio rozgarnięty kierownik średniego szczebla, my dochodzimy do wniosku, że do polskiej polityki idzie trzeci, czwarty garnitur, rekrutujący się wśród ludzi, którzy nigdzie poza polityką nie zrobiliby kariery. I dlatego od polityków nie oczekujemy już niczego, poza jednym – niech nie przynoszą nam wstydu przed światem. Nisko postawiona poprzeczka, wiem. Ale poprzedni prezydent, ośmieszający się włażeniem w butach na krzesło w japońskim parlamencie i okrzykami „chodź, szogunie”, nie wypełnił nawet tego podstawowego kryterium. Dlatego musieliśmy go odwołać. Nie ze względu na nasz etos, patriotyzm i Smoleńsk. Ale tak, jak w naszych organizacjach pozbywamy się tych, którzy „nie dostarczają wartości dodanej”. Komorowski nie dostarczał. Duda na tym tle przynajmniej prezentuje się profesjonalniej.

„Apologia reaktywności” nie wystarcza nam również dlatego, że znaczną część swojego zawodowego życia spędzamy poza Polską. Widzimy, jak w europejskich miastach zorganizowany jest chociażby transport publiczny, i ze wstydem wracamy do Warszawy i jej żałosnych półtora linii metra. Ale to „co z czym porównujemy”, jest w moim przekonaniu również kolejnym powodem, dlaczego w niedługim czasie Platforma Obywatelska, a wraz z nią cała formacja wywodząca się z dawnej „Solidarności”, musi odejść. A na ich miejsce musi wejść nowe pokolenie, pokolenie tych, którzy przestają wciąż porównywać to, co jest z tym, co było (bo w porównaniu do PRL współczesna Polska zawsze będzie krainą miodem i mlekiem płynącą), ale zaczną porównywać to, co jest u nas, z tym, co jest gdzie indziej. I dopiero z tego porównania – współczesnej Polski z innymi europejskimi krajami – zaczną wyciągać właściwe wnioski. Nie powtarzając wciąż slogany o tym, że nasze PKB procentowo rośnie szybciej niż w innych krajach, bo porównanie wyłącznie procentowej dynamiki nie ma najmniejszego sensu w sytuacji gdy baza, z której wystartowaliśmy, była diametralnie inna. Jeżeli cokolwiek możemy sensownie porównywać, to przepaść wciąż dzielącą polskie PKB na mieszkańca z krajami „starej” Unii. I dopóki ta przepaść nie będzie w znaczny i trwały sposób maleć, dopóty najlepsza „szansą na start dla młodych” wciąż pozostanie lotnisko w Modlinie, jak w dowcipny sposób internauci podsumowali wyborczy slogan byłego wkrótce prezydenta.

Wymiana pokoleniowa w polskiej polityce jest niezbędna również dlatego, że w ciągu najbliższych kilku dekad staniemy przed wyzwaniami, o których jeszcze nam się nie śniło. Niedawno wróciłem z międzynarodowej konferencji w Monachium, poświęconej najnowszym trendom w organizacji przepływu dóbr i usług we współczesnym świecie. Idę o zakład, że gdyby wszystkim współczesnym polskim parlamentarzystom zadać pytanie o to, z czym kojarzą im się takie hasła jak „Internet of Things”, „Big Data” czy przemysłowe drukowanie 3D, u zaledwie garstki wywołałyby one jakiekolwiek skojarzenia. Tymczasem, nowe technologie zmieniają świat na naszych oczach w sposób, który w najbliższych kilkunastu, kilkudziesięciu latach będzie miał nieprawdopodobne wręcz konsekwencje społeczne – a w konsekwencji również polityczne. Z opublikowanego w 2014 przez oxfordzkich naukowców studium wynika, że tylko w Stanach Zjednoczonych, 47% osób znajdujących się obecnie na rynku pracy musi liczyć się z jej utratą w wyniku zastąpienia przez automatykę, robotykę i komputery. Ponad 700 zawodów wykonywanych obecnie przez ludzi – w tym księgowy, telemarketer i agent ubezpieczeń – może niemal całkowicie zniknąć w ciągu najbliższych dwudziestu – trzydziestu lat. Jakie to ma znaczenie dla polskiej polityki? Gigantyczne. Jeżeli bowiem przy zbliżonym koszcie inwestycji w automatykę, wynagrodzenia w Polsce pozostaną wyraźnie niższe, wówczas – biorąc pod uwagę dłuższy okres zwrotu – zapotrzebowanie na ludzką pracę w Polsce może być znacznie wyższe niż w innych, o wiele bardziej „zautomatyzowanych” krajach. A to może oznaczać scenariusz, w którym zamiast fali emigracji Polaków do Anglii, będziemy mieli falę emigracji Anglików do Polski. Scenariusz nieprawdopodobny obecnie? – z pewnością. Scenariusz prawdopodobny za trzydzieści lat? – być może. Czy – jeżeli się wydarzy – będzie miał ogromne znaczenie społeczne i polityczne? – z pewnością. Czy którykolwiek z polskich polityków kiedykolwiek choćby zająknął się na ten temat? – nie sądzę.

Polska ma wszystko, czego potrzebuje, aby stać się „Chinami Europy” – doskonałe z logistycznego punktu widzenia położenie pomiędzy Wschodem a Zachodem, dostęp do morza z coraz szybciej rozwijającymi się polskimi portami, własne zasoby naturalne, wysoko wykształcone i wciąż relatywnie atrakcyjne finansowo profesjonalne kadry. W internetowych symulacjach podobnych do wirtualnej gry „Cywilizacja”, Polska nieustająco staje się potęgą. Jeżeli nie potrafi w realu, to tylko z winy tych, którzy nią rządzą.

Podczas wspomnianej konferencji w Monachium, okazja do rozmowy z kolegą z Dubaju. Opowiada o szejku Dubaju, który co jakiś czas lubi odwiedzać swoich poddanych w codziennych, niewyreżyserowanych sytuacjach i sprawdza, jak im się żyje. Pewnego dnia trafił do jednego z urzędów, w którym petentów od obsługujących oddzielała szklana szyba. Szejk Dubaju, najwyższy władca, sięgnął po krzesło i z impetem rozbił szybę. „Dlaczego to zrobiłeś, o Panie?”, spytali przerażeni urzędnicy. „Nie jesteście urzędnikami” – odpowiedział szejk. „Jesteście customer service, obsługą klienta. Nie jesteście w żaden sposób lepsi od tych, którym służycie. Nie możecie się od nich odgradzać”.

Polska szklana szyba wciąż lśni.

Wybory wygra ten, kto pierwszy rzuci w nią krzesłem.



Kategorie:Artykuły, Farrago rerum, Źródła

Tagi:

10 replies

  1. Wybory zawsze się wygra na populizmie „buntu”. Tyle że właśnie na tym problem polega. Bunt buntem, ale co w zamian. Nie wystarczy pozbyć się „starego” tylko po to żeby „wszystko zostało po staremu”. Bo niestety kiedy ludzie patrzą na politykę przez pryzmat wchodzenia na krzesło, albo jeszcze głupszy pryzmat podziału na „my – oni” (skoro ci „oni” zostali wybrani z wolnej woli przez tych „my”), to żadnych zmian nie należy się spodziewać… Ta szyba to tak naprawdę etatyzm i socjalistyczny model „gospodarki rynkowej”, więc jeśli wybory wygra partia „buntu” która ma dokładnie TEN SAM pomysł na państwo jak obecny „układ” to szyba pozostanie na swoim miejscu nawet nie draśnięta (tak jak to się dzieje od 25 lat w „wolnej Polsce”)

    • taaak, a może zamiana na najniższych szczeblach coś zmieni???

      • To zależy na co się zamieni. Sama zmiana może się skończyć dokładnie tak jak w latach 90 tych i kiedy PO było uznawana za partię buntu.

      • tak jak w całej historii…

      • dlatego demokracja to patologiczny system sprawowania władzy

      • Pytanie czy kiedykolwiek ktoś wymyślił lepszy?

      • Ależ to jest w ogóle źle postawione pytanie moim zdaniem, bo nie jest problemem że nikt nie wymyślił lepszego (w jaki sposób lepszego?) bo wzorów na SAMORZĄDNOŚĆ (a tylko o to chodzi) jest mnóstwo na całym świecie. Chodzi tylko o ustalenie prostych i sprawiedliwych zasad na których można by było oprzeć rządy centralne (i zeby były one tanie). Nie znam lepszego prawa jak 10 przykazań 😉 , ale niech będzie że uchwalamy raz na zawsze mądrą konstytucję i dajemy władzę temu kto złoży na takie prawo przysięgę oraz będzie pilnował jego przestrzegania (pod rygorem dekapitacji 🙂 ). Więcej ludziom nie potrzeba i niech się sami rządzą nie zajmując się „ulepszaniem” czy zmianami w „wyborach” (które są farsą) pod jakąś „większość” która jest w rzeczywistości opresyjną i złodziejską mniejszością.
        Lokalnie rzecz jasna ludzie mogliby się organizować jak sobie chcą i wybierać spośród sobie liderów (o ile by chcieli) – chodzi o prawdziwą samorządność (a nie obecne popłuczyny z koneksjami z centralą takiej czy innej sitwy warszawskiej).

  2. Ciekawy tekst, z jednym nie zgadzam sie zupełnie. „Całościowe” porównana z PRL nie mają sensu, bo nie da sie porównać innych ustrojów. Natomiast porównania dziedzinowe wcale nie są tak jednoznaczne jak pisze autor. Całą sprawa na tym polega, że korzystając z kalki pojęciowej ( „każde porównanie z PRL wypadnie na korzyść Polski współczesnej” ) jest propagowaniem propagandowego kłamstwa. PRl miał znacznie lepiej niż obecna RP funkcjonujące: edukacje na dowolnym szczeblu, komunikację publiczną, służbę zdrowia, dziedziny związane z kulturą i sztuką. Należy pamiętać że zarzut iż w PRL w szkole nie używano tabletów jest śmieszny, zaś prawdziwa postawienie problemu to odpowiedź na pytanie – dlaczego w szkole nie ma dentysty, higienistki, lekarza, nauki ( a jest katecheza). Jeśli przyjąć że tego typu działania wymagają kompetentnych kadr – wynikałoby z faktów że obecne kadry nie wytrzymują porównania z najniższym poziomem dziadostwa w PRL – i to jest PRZERAŻAJĄCA konstatacja dla każdego kto wie jakie w PRL były kadry…

    Zapewne młodym ta kwestia jest całkowicie obojętna, warto wszakże pamiętać, że cała formacja postsolidarnościowa zwyczajnie nie dała sobie rady z reformą państwa po obaleniu komunizmu, i o ile lata temu ich działanie miało znamiona prowizorki, obecnie są już wyłącznie konserwowaniem układu personalnego.,…

  3. Czytam Pański tekst, nawet ciekawy, ale jak rozumiem stawia się Pan w roli reprezentanta młodego pokolenia a tu takie zdanie: „A gdy na dodatek dowiadujemy się, że zarobki prezydenta i premiera są w naszym kraju zbliżone do tych, na które w naszej rzeczywistości może liczyć średnio rozgarnięty kierownik średniego szczebla”.

    Otóż wydaje mi się, że powoli chyba Pan z młodszym pokoleniem się rozmija, dla młodych ludzi zatrudnionych na śmieciówkach pensja rzędu kilkunastu tysięcy to ogromne wręcz pieniądze, dla większości zapewne nierealne.
    Powoli chyba trzeba przestać stawiać się w jednym rzędzie z młodymi, bo jak widać to są różne perspektywy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: