Anatol Listowski – „Na marginesie współczesności” [1934]

giant-crowd

Guglielmo Ferrero przedstawił w niezmiernie sugestywny sposób, jak to w rozwoju dziejowym ludzkości tworzyły się cywilizacje jakościowe lub ilościowe w zależności od tego, ku której z dwóch granicznych idei towarzyszących ludzkości kierował się duch czasu – ku ideałowi doskonałości czy też ku ideałowi bogactwa.

Jest to skrót tak pozornie słuszny, tak nęcący, że aż rodzi podejrzenie czy może być naprawdę prawdziwym. Bliższa uwaga, wykrywa jego powierzchowność. Nie ulega bowiem wątpliwości, że każda epoka, każdy okres, posiada swój ideał doskonałości, obowiązujący zapewne nie wszystkich, ale większość.

Swój ideał doskonałości – a tym samym i swój mit o państwie i swój mit o człowieku.

Ideał doskonałości średniowiecza był ideałem wzniosłości. Człowiek widział się tylko pielgrzymem doczesnym – w drodze w zaświaty. Pracą wewnętrzną i z pomocą Łaski Bożej, człowiek stawał się godnym poznania i wieczności; uczłowieczał się.

Wiek XIX posiadał też swój ideał doskonałości – był nim właśnie ideał bogactwa.

Automatycznie działający postęp, stale przybliżał ludzkość do bardzo dalekiego, ale osiągalnego stanu entropii – stanu doskonałej równowagi i poznania zupełnego świata zmysłowego, za którym wszak nic się kryć nie mogło. Zapanowałby powszechny dobrobyt.

Naturalnie… to był tylko mit. Nam wydaje się on nawet nieco naiwnym, jednak możemy się zdobyć na tyle obiektywizmu, by przyznać, że dynamizm tego mitu był olbrzymi. Rodziła się z niego bowiem olbrzymia wiara w człowieka, wiara niejako wszechmoc osiągalną – a taka wiara wszak może góry przenosić.

Sądzę, że nie popełnia się omyłki twierdząc, że dzisiaj pomimo olbrzymich postępów wiedzy i techniki, jakie przedzielają nas od czasów sprzed ćwierćwiecza, człowiek dzisiejszy skurczył się, zszarzał i przestał wierzyć w siebie. Człowiek dzisiejszy sądzi, że jeśli nawet do pewnego stopnia opanował otaczający go świat fizyczny, to rozpętał jakieś nieznane mu siły we własnym środowisku społecznym, siły które jakby sam wytworzył, a dzisiaj wyrastają mu one ponad głowę.

Zdaje się, że w orbicie tych załamań człowieczych bierze początek nowa wiara, niebezpieczna wiara: skoro niszczące nas pojedynczych ludzi siły są wytworem zbiorowości, wobec tego w cóż wierzyć jak nie w tą poteżną zbiorowość.

Wiara to niezwykle niebezpieczna dla rozwoju samowiedzy kulturalnej Europy, a szczególnie niebezpieczna u narodów o stosunkowo niedużej dyscyplinie umysłowej jak nasz.

Zapewne szkoła psychologiczna Mac Dougalla ma rację, że psychologia grupy jest czymś odrębnym, że nie otrzymuje się jej przez proste sumowanie jednostek w skład grupy wchodzących. Z tego jednak nie wynika naturalnie, aby ten psychologizm grupy był czymś w rodzaju nadpsychologizmu.

Żeby ten indywidualizm grupowy – był nadindywidualizmem, w obrębie którego poszczególne jednostki przedstawiają się jako niewiele znaczące punkciki.

Człowiek posiadacz duszy nieśmiertelnej, stworzony na obraz i podobieństwo Boże, był czymś wielkim – bo dzieckiem Boga.

Zbuntowany przeciwko Bogu, człowiek; odrodzenia, rewolucji czy pozytywizmu – nie był prochem, był panem świata, władcą swojego szczęścia.

Te obce tak przeciwne światopoglądy, przywracały człowiekowi wiarę w człowieka.

Współczesna nam wiara zbiorowości ideę tę niszczy, u źródeł jej tkwi przeświadczenie o zasadniczej nieważności pojedynczego człowieka, o nieważności jego losów, poza orbitą zbiorowości. Konsekwencją tego stanu rzeczy są narodziny, a raczej zmartwychwstanie, mitu o państwie doskonałym, państwie jako wyrazicielu zorganizowanej siły zbiorowości.

Mit to nie nowy. Długi okres starożytności trwał w mniemaniu, iż zdoła wytworzyć doskonały ustrój polityczny – wysiłek ten skończył się olbrzymim zamieszaniem i upadkiem państwa rzymskiego.

Rozwiały się w nicość średniowieczne marzenia o Civitas Dei, opromienione wspaniałą poezją Danta, aby dać świadectwo prawdzie, „że królestwo moje nie jest z tego świata”.

Nie wierząc dzisiaj w człowieka, widząc względność jego poznania, nie mogąc opanować sił własnego środowiska socjalnego, chętnie poddajemy się złudzeniu, że państwo, jako wyraz zbiorowości potrafi skupić w sobie to wszystko czego nam nie dostaje, potrafi przełamać to wszystko czego my nie potrafimy. Jeżeli wiara ta ma tylu zwolenników wśród młodego pokolenia, to nie świadczy to o nim korzystnie. Nie płynie to bowiem z instynktu społecznego, ale z niewiary we własne siły.

Nie mogąc sami opanować życia społecznego i gospodarczego, sądzimy, że państwo potrafi to uczynić. Że posiada ono klucz do Sezamu, że niczym jak za czasów błędnego rycerstwa – państwo doprowadzi znękaną ludzkość do Monssalwatu. A coż czynią kolektywiści, jak nie obdarowywaniem państwa wszechmocą? Czyniąc tak czyni się złą przysługę własnemu państwu.

Państwo, nasze własne państwo, jest i pozostanie tym najważniejszym i jedynym wyrazem rzeczywistości historycznej narodu. Wystarczy to, aby za jego istnienie umierać, aby o jego rozwój walczyć, ale nie sądzę, aby trzeba było i aby było wskazane obdarzać je rodzajem melancholijnej wszechmocy.

Natomiast wydaje się słusznym, iż należy raz rozpocząć walkę o rehabilitację indywidualizmu. Nie tego anarchicznego pospolitego u nas, niestety, ale tego innego, prawdziwego – tego, który jest ojcem wszelkiej twórczości.

Tego, którego u nas jest w rzeczywistości tak mało, o którym z najwyższym szacunkiem powinni mówić nawet najbardziej zagorzali kolektywiści – choćby dlatego, że przecież kilku indywidualistów tego rodzaju wymyśliło cały kolektywizm.

Źródło: „Bunt Młodych” 14(63), 20 sierpnia 1934



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: