Czesław Miłosz – „Na zjeździe antyfaszystów” [20 lipca 1935]

milosz1935

Międzynarodowy kongres pisarzy w Paryżu przypadł na czas największych upałów, kiedy Boul’ Mich był rozpalonym kotłem, a ruszać się i myśleć było trudno. Jednak wieczorem zawsze sala Mutualité wypełniała się tłumem „intelektualistów” – co prawda nie bardzo francuskich; słyszało się język niemiecki, rosyjski, polski, widziało się twarze przeważnie semickie.

Do naszego przyjaciela Kurta, młodego hitlerowca, podszedł dyrektor niemieckiej księgarni i szeptem, z przerażoną miną zasyczał: „Co pan tu robi, niech pan stąd natychmiast ucieka, pełno ludzi z Gestapo, to bardzo niebezpieczne!”. Kurt zaśmiał się: „tym lepiej, wezmą mnie za jednego ze swoich!” – i w bluzie z brązowymi galonami, powiewając czerwonym krawatem, przecisnął się w pierwsze rzędy. Działo się to pierwszego wieczoru, atmosfera wtedy była nieźle podminowana, może nawet spodziewano się burd, jeżeli sądzić po liczbie drabów z czerwonymi kokardami, utrzymujących porządek. Kurt, jako zwolennik wszelkiej rewolucji i bitki, cieszył się, nareszcie odnajdował coś, co przypominało Niemcy.

Następne posiedzenia kongresu miały mniej zgorączkowania pierwszych dni: zaciekawienie, philo-sophia, zwyciężały. Słuchaliśmy Gide’a, Huxley’a, Malraux. Kurt, siedząc między zacietrzewionymi żydami, mruczał od czasu do czasu „Judas verrecte!”, ale bił brawo mówcom za bojowość, za temperament. Cóż, intencje kongresu nie ulegały przecie wątpliwości: rozgrywka komunistyczna pod szyldem „obrony kultury” zechciała skupić wszytkie niemal popularne dzisiaj w świecie nazwiska. Z Rosji zjawili się: Pasternak, Babel, Panferow, Tichonow, A.Tołstoj i szereg innych, nie licząc paryskich bywalców, jak Erenburg i Kołcow. Z Francji: Gide (największe honory, prezydialne miejsce), Jean Giono, Malraux, Jean Cassou, Julien Benda, Barbusse, Aragon, Eluard, Guehenno, etc. Francuzi mogli sobie pozwolić – nic ich to nie kosztowało, żadnego niebezpieczeństwa, choćby niełaski „sfer oficjalnych”, a reklama pierwszorzędna.

Z Anglii przyjechało zaledwie kilku, i to mniej znanych, nic więc dziwnego, że użyto podobno nadludzkich wysiłków, aby zwabić Huxley’a. Autor „Kontrapunktu” siedział w kąciku ze sceptycznym i uprzejmym uśmiechem, miły, szczupły, starszy chłopak w wielkich okularach; mówił pięknym francuskim akcentem, ale nie bronił kultury, nie napadał na faszyzm, nawet ani razu pięścią w stół nie wyrżnął. Mówił o wpływie pisarza na społeczeństwo, o tym, że ludzkość kształtuje siebie na wzór ulubionych bohaterów każdej epoki, których później porzuca, że istnieje przypływ i odpływ w tej maskowej zabawie rodzaju ludzkiego, zbyt słabego, aby mógł żyć bez masek, dostarczanych przez pisarzy. I dziwnie Huxley zakończył swoje przemówienie, dziwnie jak na kongres ludzi „przekonanych”.

„Pytanie, na które powinniśmy próbować dać odpowiedź, tak się przedstawia: czy pisarze wywierają większy wpływ w państwach „totalnych”, niż w innych krajach? Moim zdaniem czynnikiem decydującym w propagandzie „totalnej” nie jest to, co napisane, ale to, czego nie napisano. Na opinię publiczną mniejszy wpływ wywierają mowy, książki i artykuły urzędowych propagatorów, niż zupełna cisza, jaka otacza całe kategorie faktów i idei. Nadmiar propagandy pozytywnej może zdziałać coś przeciwnego swojemu własnemu celowi, wytwarzając nudę i zniechęcenie u tych, do których się zwraca”.

Nie tylko Huxley wyraził swoje, bardzo subiektywne i odszczepieńcze koncepcje. Także Benda, Eluard podkreślali wyraźnie, że nie są komunistami, a i wielu innych pozwoliło sobie na bardzo swobodną interpretację marksizmu. Najbardziej prawowierni byli przedstawiciele małych krajów, których nazwisk nie zdołałem zapamiętać: ci, tak samo jak emigranci niemieccy, dużo krzyczeli i wykazali wielkie zamiłowanie do frazesów.

Polaków na zjeździe nie było. Czyżby polscy rewolucjoniści przypuszczali, że sam udział zobowiązuje do powtarzania znanych prawd za panią matką, że godnosć zachować można tylko, powstrzymując się od przyjazdu? Jeżeli tak, to bardzo się pomylili. Alenie, podobno przyczyną braku Polski na kongresie była zła wola członków komitetu organizacyjnego, Malraux i Erenburga, podobno zaproszono za mało literatów polskich, z góry przewidując słodką chwilę, kiedy Erenburg z porozumiewawczą ułybką powie: „delegacja polska z powodu trudności paszportowych przybyć nie mogła!”

Nie wiem, jak tam jest naprawdę, nie wiem też, czy trzeba się martwić brakiem Polaków. Jednak zdaje się, że szereg naszych pisarzy powinien był zająć się sprawą swojego udziału, tak by przynajmniej wynikało z ich ogólnej „linii rozwoju”. Ostatecznie przecież mogliby się zwrócić do Akademii Literatury z prośbą o przyznanie im odpowiedniego stypendium…  Ale tu przychodzi mi na myśl, że pisarzy rewolucyjnych w Polsce nie ma, „rząd faszystowski dawno już wszystkich powywieszał”. Tak przynajmniej powiedziała mi delegatka amerykańska.

Kongres był ciekawy, naprawdę ciekawy i bardzo smutny dla Francji. Wszyscy Francuzi przyznawali się otwarcie do zupełnego końca gallijskiej kultury, zgadzali się, że ich rolą jest przyśpieszenie rozpadu ścierwa, jakim jest „douce France”. Malraux przepowiadał wojnę i widział w niej ostateczne dopełnienie miary (odrodzenie wyjdzie z kraju, gdzie masy czytają Szekspira). Ludzie teatru nie mieli złudzeń: teatru francuskiego nie ma i w tych warunkach być nie może. Ceterum censeo, słowem…

Kurt przyjmował potępienie Francji jako rzecz oczywistą – co tam taka nienordycka rasa, czy warto ją dzisiaj traktować poważnie! Jednak widok tego przyznawania się do swojej starości był przykry, był najgroźniejszym ze znaków zagłady. Powiedziałem do Kurta, że ciężko grzeszy w swoim sumieniu rewolucjonisty. Kraj, który wydał takich buntowników jak Balzac, Flaubert, Baudelaire i Rimbaud, może sobie na niejedno pozwolić.

Taki to był kongres: dużo dymu, rezolucji, uchwał, oklasków, wybuchy magnezji raz po raz oślepiały, a gorąco gnębiło. Dla tych, co ani w komunizmie, ani w żadnej z form państwa totalnego nie znajdują ratunku dla współczesnego świata, ni podwalin istotnej kultury, – był jeszcze jeszcze jedną chwilą gorzkiego namysłu.

Paryż, w lipcu.

 

Źródło: „Bunt Młodych” nr 14-15 (81-82)



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: