Prawo do literatury

 

W popularnej warszawskiej kawiarni spotkali się Profesor Literatury oraz Młody Autor. Rozmawiali o najnowszej książce Młodego Autora poświęconej Wielkim Mistrzom. Traf sprawił, że przypadkiem miałem okazję przysłuchiwać się ich rozmowie.

– Oj, niedobrze, drogi panie, bardzo niedobrze – zaczął Profesor Literatury.
– Czemuż to? – zdziwił się Młody Autor
– Warsztatu pan nie masz.
– A czym, jest, według pana, ów warsztat?
– Warsztat, to Wiedza, drogi panie, przede wszystkim Wiedza.
– Wiedza o czym?
– Wiedza o tym, co napisali inni, oczywiście. Jakże pan mógł napisać o tym czy o tamtym Wielkim Pisarzu, w żaden sposób nie odnosząc się do tego, co dwadzieścia lat temu napisał już o nim docent Piprztycki? Gdzie w pańskiej książce najmniejsze chociażby odniesienie do opracowań krytycznych profesora Fąfały? Czy w poważnej pracy literackiej może zabraknąć wzmianki o monografiach doktora Brzeszczota?
– Ależ ja jestem tylko amatorem… – wyjąkał nieśmiało Młody Autor.
– Amatorem? – zaśmiał się gorzko Profesor Literatury. – Ależ literatura to zbyt poważna sprawa, aby ją zostawić amatorom. A już zwłaszcza, jeżeli ktoś porywa się, tak jak Pan, na pisanie o Wielkich Mistrzach. O nich trzeba pisać z szacunkiem i czcią. A jeśli już krytycznie, to koniecznie krytyczno-naukowo. A ja tymczasem nawet nie potrafię do końca określić co jest dominantą kompozycyjną pańskiego dzieła. Nie potrafię go zakwalifikować. Czy pan zamierzał badać składniki dzieł literackich in statu nascendi, czy raczej skoncentrować się na analizie procesu historycznoliterackiego w celu dokonania opisu przekształcenia zjawisk z zakresu teorii literatury w historii literatury?
– Czyli pana zdaniem o muzyce mogą w takim razie pisać tylko muzykolodzy, a o malarstwie tylko jego profesjonalni znawcy?
– Ależ oczywiście.
– Czyli zarzuca mi pan, że pisząc o literaturze polskiej, nie będąc polonistą, narażam się tylko na śmieszność?
– W rzeczy samej.
– A co gdybym powiedział panu że swoje eseje piszę nie jako znawca, ale jako czytelnik? Czy słuchacz muzyki nie może opisać wrażeń ze swojej wizyty w filharmonii? Czy Wojciech Karpiński nie wydał niedawno znakomitej książki „Obrazy Londynu”, nie będąc przecież samemu profesjonalnym znawcą malarstwa?
– Wówczas odpowiem panu, że jeśli chciał pan wydać osobisty dziennik lektur, to za mało w tym zbiorze pańskiego „ja”. Emocji w nim nie widzę, śladów wewnętrznej walki, zmagania z samym sobą.
– Czyli o literaturze mają prawo pisać tylko znawcy albo ekshibicjoniści? Żadna trzecia droga nie jest możliwa?
– Ależ oczywiście, że jest możliwa, drogi panie, i pan swoim dziełkiem najdobitniej to udowodnił. Tyle że pisząc w ten sposób nie zachwyci pan nikogo. Zawodowy krytyk uzna że to za mało fachowe, a zwykły czytelnik – że nudne, bo za mało od serca.
– Myślę, że tu dotykamy sedna naszego sporu. Czy pańskim zdaniem literatura istnieje po to, aby kogoś zachwycać?
– Tak sądzę. Komuż potrzebny byłby pisarz bez czytelników?
– Sobie, panie profesorze – odpowiedział Młody Autor. – Przede wszystkim sobie.
– Sobie? – tym razem to Profesor Literatury wyglądał na zdziwionego.
– Tak, sobie – powtórzył z naciskiem Młody Autor. W pisaniu najważniejsze jest samo pisanie. Ten moment, ten ułamek sekundy, w którym podejmuję decyzję, by porzucić wszystkie sprawy otaczającego mnie świata, i zamienić strumień myśli w mojej głowie na ciąg znaków i liter. Te godziny spędzone przed czystą kartką papieru, stopniowo wypełniające się treścią. Ta radość, którą odczuwam, gdy szukam tego jednego, jedynego i najważniejszego w całym zdaniu słowa, i w końcu je znajduję. To uczucie, gdy stawiam ostatnią kropkę. To jest najważniejsze w pisaniu. A nie, to jaki książka będzie miała ostatecznie tytuł i okładkę. Nie to, w jaki sposób ocenią ją czytelnicy. Nie to, co napiszą o niej krytycy. Nie to, co powie o niej… – tu Młody Autor zawahał się lekko – nawet pan.

Profesor Literatury jakby wzdrygnął się, i po chwili zamilkł. Następnie wstał, zabrał wiszący na oparciu fotela płaszcz, i bez słowa opuścił kawiarnię. Młody Autor pozostał przy stoliku sam. Po chwili wyjął z kieszeni niewielki czarny notes i ołówek, i wyraźnie zamyślony, zaczął notować. Salę wciąż wypełniał kawiarniany gwar. Przez okno dobiegały dźwięki warszawskiej ulicy.

 



Kategorie:Artykuły, Farrago rerum, Źródła

Tagi:

1 reply

Trackbacks

  1. Prawo do literatury… W połowie „dobry”. | Łódź Odysa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: