Stefan Kołaczkowski – „O niewidzialnym terrorze i idei przełomu” [1938]

kolaczkowski

„Dawniej rycerze zabijali smoki, dziś smoki zmądrzały i słały się niewidzialne”.
Karol Irzykowski

Idea przełomu wyraża wolę przezwyciężenia istniejącego stanu rzeczy. Kardynalnym pytaciem jest więc: co i w imię czego ma być przezwyciężone?

Zło zagrażające jednorazowo – wystarczy zwyciężyć. Przełamywać trzeba tylko wtedy, gdy się ma do czynienia z przemocą odczuwaną jako trwałą, zdolną do ciągłego odradzania. Przełamać, to znaczy zniweczyć jakieś zło wraz z korzeniem. Albo więc nie istnieją żadne złe moce – w takim razie idea przełomu nie ma sensu, albo jesteśmy pod władzą jakiejś reżyserii – a w takim razie idea przełomu jest oczywiście słuszna. A wtedy już wszelkie inne dowody są niepotrzebne. Niepotrzebne będą tłumaczenia, że hasło przełomu jest hasłem rewolucji, bo rewolucja przełamuje tylko rzeczy konkretne, widzialne i przez zniszczenie form zdąża do przemiany ducha – zniszczyć i zwalczyć terror niewidzialny może tylko przełom duchowy.

Terror niewidzialny działa z natury rzeczy wszędzie i nigdzie. Ogarnąć go niepodobna. By zrozumieć jego mechanikę, dość pochwycić kilka jego funkcji. Nie przesądzam, że te funkcje, które do demonstracji wybrałem, są najważniejsze  – ale i one unaocznią pewne związki tej zagadkowej „mechaniki”.

Złe moce, jak choroby, potęgują się dopiero przez splot różnych procesów. Charakterystyce dwu z nich, omawiając je kolejno, poświęcić musimy więcej miejsca, bo nie można uniknąć ilustrujących przykładów.

Pierwszym z tych procesów, którym się tu zajmiemy, są objawy wewnętrznego rozszczepiania, a w te bodaj że najlepiej wprowadza sztuka, ponieważ ona jest domeną wartości i ich kultu. Utraciliśmy niemal już samo zrozumienie dla tego wewnętrznego pokrewieństwa, które między prawdą, dobrem i pięknem wyczuwano w starożytnej Grecji, w Średniowieczu a potem w czasach humanizmu i romantyzmu. Nie jest to tylko skutek zróżnicowania i specjalizacji w kulturze tak złożonej jak nasza, bo nie tylko rozróżniamy, ale chętnie przeciwstawiamy te wartości.

Słuszne są niewątpliwie dzisiejsze teorie, stwierdzające, że utożsamienie sztuki z pięknem jest błędne i uzasadnione jest wobec tego (jako dalsza konsekwencja) oderwanie nauki o sztuce jako odrębnej dziedziny od estetyki. Ale czy to czasem nie „przezwyciężenie” sztuki idealistycznej i oddalenie się sztuki od piękna dało podstawę faktów tym słusznym teoriom? I czy nie do symptomów dalszego rozkładu – rozpadania na elementy – należą modne doktryny utożsamiające sztukę z samym artyzmem i uznanie wartości artystycznej za jedyną wartość estetyczną sztuki?

Nie tylko łączność wiary z nauką ale i takie pojęcia jak kalokagathia stały się dalekie – mało zrozumiałe.

Cóż oznacza niezwykłe zainteresowanie Boyów i Mauriaców „problemem” namiętności jeśli nie rozkład miłości na elementy? Wartościowanie działa osobno, pociąg osobno, odżywają dramaty między duszą a ciałem (Bąk). Ludzie, u których miłość jest naturalną jednością zachwytu, wyboru, uznania i porywu instynktu uważani są za postacie legendarne. Nasilenie zainteresowania kwestią rozwodów jest też tylko ubocznym skutkiem przewagi małżeństw w istocie swej przypadkowych i bezsensownych.

Niezmiernie pouczający dla naszych rozważań jest etap, zwiastujący szybkie zbliżenie się dekadencji, od Corneille’a do Racine’a. Nie waham się więc poprzedzić moje wywody, niby wstępną ilustracją, zestawieniem tych dwu pisarzy. Schematyzuje i deformuje się Corneille’a i Descartes’a interpretując ich jako gloryfikatorów „zwycięstwa obowiązku nad namiętnością”. A właśnie zważyć naJeży, że „namiętność” nie jest tylko u bohaterów Corneille’a afektem odartym z sensu i wartości, ślepym żywiołem, a „obowiązek” nie jest jakąś nieprzemawiającą do duszy praktyczno-racjonalistyczną regułą. Namiętność w jego dramatach ma swe szlachectwo i swoją wartość a obowiązek swoją uczuciową dynamikę. Rozterki bohaterów Corneille’ a nie są poetycką gloryfikacją dusz rozszczepionych, ukazują tylko ścieranie się z sobą i ważenie się w duszach ludzkich wartości, precyzowanie ich hierarchii, dokonywane przez zmiany sytuacji dramatu. Tragedie Corneille’a są więc gloryfikacją woli, w której poryw uczucia i świadomość wartości stapiają się w jedno. Nie ma tam wcale mowy o jakimś dławieniu uczucia przez rozum-regułę, tylko wartości odczute jako hierarchicznie wyższe zwyciężają mniejsze. Namiętność wcale nie ginie – znajduje ona tylko w woli swój kształt, dając jej w zamian dynamikę a świadomość wartości wyznacza nieomylnie tej dynamice kierunek. Dopiero Racine jest poetą (a więc gloryfikatorem!) rozszczepienia duchowego i anarchii uczuć. Wszystko być może w tych duszach bez kształtu, mieniących się u Racine’a jak szaty różnymi barwami. Wszystko może być wszystkim: miłość może się stać nienawiścią, a sama rezygnacja… nie rezygnuje z wysublimowanego otarcia się o przedmiot utraconej miłości.

Nasza współczesność w osobach historyków i krytyków literatury nazywa Racine’a bardziej ludzkim. „Ludzkim” jest gloryfikowanie wszystkich uczuć bez względu na ich wartość. „Ludzką” – według tej logiki – jest anarchia uczuć – nieludzką rzeczą Corneille’owskie dążenie do doskonałości. A niezmiernie to charakterystyczne, że tak sławiony dziś Mauriac napisał książkę o Racinie!

Ale nie zawsze poetyzowanie rozszczepienia świadczy o rozkładzie, mogłooby świadczyć o zmaganiach twórczych. Na charakter współczesnego rozszczepienia rzuca światło przeciwstawianie i odwracanie wartości. Zarówno wtedy, gdy jest prekursorką, jak i wtedy, gdy jest tylko wyrazicielką już zastanych, istniejących tendencji, sztuka organizuje nasz stosunek do świata.

Czy artysta przedstawia to, co uważa za prawdziwe i istotne, czy opiewa to, co go w świecie frapuje i napełnia wzruszeniem – zawsze narzuca nam on swoją wizję świata. L’art c’est la verite choisie – powiedział Alfred de Vigny. Dodać tylko trzeba, że artysta „wybiera prawdy” pod dyrektywą uczucia.

Sztuka jest zawsze gloryfikacją, dokonywaną z pomocą czaru poezji i kunsztu artystycznego, tych wartości i prawd, które się „wybrało”, lub strącaniem w świat brzydoty, komizmu i niepamięci przedmiotów jej dezaprobaty, wzgardy lub obojętności. Wyraża ona i odbija układ wartości jej czasom właściwy – harmonię lub dysharmonię odczuwaną pomiędzy poszczególnymi wartościami. Sztuka przekonuje nas łatwiej niż by ktokolwiek był w stanie nas przekonać, ponieważ nie tylko narzuca aspekt świata pod „pewnym kątem” widzenia i w odniesieniu do tego systemu wartości, który wyznaje artysta, ale także dlatego, że przekształca same organy ujmowania rzeczywistości, nasze skłonności i nasze wiary – tresuje nasze zmysły i naszą wyobraźnię, uspasabia nas – w najszerszym tego słowa znaczeniu – tak lub inaczej do świata i ludzi.

Ale właśnie dlatego bywa ona również niezrównana i… w sofistyce. Może organizować świat naszej kultury, zespalać wartości w harmonię albo też szerzyć rozterkę, skłócać i rozstrzelać nasze dążenia i fałszować hierarchię wartości, bo zawsze – w sposób „poglądowy” wszczepia nam pewną metafizykę.

Rozszczepienie wewnętrzne w epokach dekadencji jakiejś kultury objawia się w sztuce najczęściej przez poetyzowanie we wszystkich jego formach aż do retoryki włącznie. To łączy się w sztuce z uleganiem doktrynerstwu i przekształceniem jej w tak zwaną sztukę tendencyjną.

Według Józefa Chełmońskiego zadanie artysty „polegać miało na tworzeniu dzieł ściśle podobnych do wewnętrznych zachwytów, będących jakby uzmysłowieniem duszy, zaczynającej żyć w obrazie”.

Podczas gdy twórczość poetycka wyrasta z oddania się bez reszty przedmiotowi zachwytu – więc z pełnego przeżycia całą osobowością – poetyzowanie jest idealizowaniem przedmiotu, wobec którego nie tylko nie angażujemy się całą duszą, ale zachowujemy się pod pewnymi względami z rezerwą.

Gdy jeden z poetów grupy „Skamandra” opisuje nam grę świateł zachodzącego słońca na przecznicach Kruczej ulicy, gdy usiłuje narzucić nam czar piękna Warszawy, akcentując czerwień jej tramwai – mamy do czynienia z poetyzowaniem. Autor może nas przekonać o swym talencie, czy wirtuozowstwie, ale nie może nam dać pełnego poetyckiego przeżycia – bo sam w piękno Warszawy nie wierzy.

Takim sztucznym robieniem poezji jest i retoryka. Często i poetyzowanie i retoryka łączą się z pewnym doktrynerstwem, podporządkowaniem sztuki z góry powziętej tendencji przedstawienia czegoś poetycko i artystycznie gwoli pewnemu parti pris, np. gloryfikowaniu maszyny, bo symbolizuje nowoczesność. Te formy nieszczerości wewnętrznej i upadku prawdziwej twórczości w sztuce sygnalizują nam utajone rozdwajenia wewnętrzne, ale na ich tle czy jako dalsza tego konsekwencja pajawia się perwersyjne „odwracanie wartości” gwali pewnemu parti pris – doktrynom prądów rozkładowych. Gdy, jak takczęsto ostatnimi czasy się zdarzało, poezja gloryfikuje homoseksualizm – każdy normaIny czławiek wyczuje w tym perwersję, ale tam, gdzie w grę wchodzi wartościowanie subtelniejsze – poezja anarchizuje i wywraca na opak nasz świat wartaści całkiem niepostrzeżenie.

W jaki sposób takie rzeczy dziać się mogą – wyjaśni przykład, zaczerpnięty z książki dla dzieci. Zaznaczam, że autor jest człowiekiem w tej dziedzinie literatury zasłużonym i niewątpliwie działał w szlachetnej intencji. Celem pedagogicznym tej opowiastki było obudzenie w dziecku sympatii dla zwierząt. Jest to wzruszająca historia życia… karalucha. Temat więc egzotyczny a zarazem pewnego rodzaju rekord siły sugestywnej autora. Obudzić w dziecku współczucie dla konia lub psa, w ogóle zwierzęcia miłego, nie była trudne. Sztuka – zdobyć sympatię czytelnika dla karalucha i z karalucha zrabić bohatera powieści. Być może, że autorowi szło i o pogłębienie etyczne, o jakąś wartość moralną w stylu „Kochajcie nieprzyjacioły wasze”. Książka udana, zajmująco napisana, autor cel swój zapewne osiągnął i bynajmniej nie idzie mi o jakieś pedantyczne prawowanie się z autorem i ferowanie wyroku – idzie mi tylko o przykła d na pewien typ „odwracania wartości” w sztuce i o podkreślenie symptomatyczności tego „odwracania”. Utwór ukazał się bezpośrednio po wojnie i dorosły czytelnik łatwo powiąże jego pojawienie z pewnym określonym powojennym uniwersalistycznym humanitaryzmem. Mam nadzieję, że czytelnik nie weźmie mnie ani za wroga wszechwspółczucia ani antyhumanitarystę tylko zrozumie, jaki humanitaryzm mam tu na myśli. Ten właśnie niwelujący, abstrakcyjny, pomijający fakt, że dostojeństwo nadaje człowieczeństwu wartość wewnętrzna, uznana za jego istotę – nie odwrotnie i człowieczeństwo byle jakie nie jest jeszcze wartością. A istniał i rozpowszechniony jest do dziś ten „łatwy humanitaryzm” czyniący z wszystkiego wartość tylko dlatego, że jest ona ludzką. Ten niwelujący humanitaryzm jest już bliski gloryfikowania wszystkiego, nawet tego, co „ludzkie, arcyludzkie”, i nieznacznie przechodzi do podporządkowywania wyższych nawet wartości tym ludzkim i arcyludzkim dlatego… że są ludzkie. Ten humanitaryzm przejawił się i w tym określonym rodzaju pacyfizmu, którego treścią moralną była teza nihilistyczna: nie ma takiej rzeczy, dla której warto umierać.

Powtarzam: nie idzie o tę książkę, o to jaki jest jej właściwy ton, lecz o wygodny przykład wtargnięcia parti pris – wśliźnięcia się niepostrzeżonego doktryny do sztuki.

I proszę teraz o zważenie, że miłość ponad wszystko, miłość przebaczająca i usprawiedliwiająca – to nie to samo co miłość – „poza dobrem i złem”, poza pięknem i brzydotą. Wolność nie znaczy jeszcze „Alles ist erlaubt”. I poezja wszechmocna, zdolna wszystko uczynić swą zdobyczą – to nie to samo, co poetyzowanie w imię parti pris śruby, maszyny, homoseksualizmu, karaluchów i tego wszystkiego., przeciw czemu buntują się najgłębsze nasze instynkty.

Rzekomo przezwyciężyło się sztukę tendencyjną dopiero w dzisiejszych czasach triumfu czystego artyzmu. Jest właśnie akurat odwrotnie: tendencyjność, doktrynerstwo przeżera dzisiejszą sztukę – jak nigdy chyba. Bo już z góry się zakłada, co ma być gloryfkowane, podczas gdy poezja twórcza poprzedza myśl, wyraża te wartości, które są jeszcze nienazwane w języku pojęć, śpiewa zawsze nieznanemu bogu, temu, który się dopiero w niej rodzi.

Triumfowało rzekomo „odbrązowywanie” – a działo się znów odwrotnie: brązowało się wszystko, na co była moda i dlatego trzeba było unieszkodliwić („odbrązować!”), zakłamać wszystko, co tej ekspansji panhedonizmu przeszkadzało. Dlatego to teoria, która przychodzi zawsze po praktyce, usiłuje wmówić w nas, że cała wartość poezji mieści się w artyźmie, a innych wartości prócz artystycznych w sztuce nie ma i być nie może, żeby usprawiedliwić tę poezję (mijającą już), której wartość (poza kunsztem) była nikła.

Po to teoretycznie głosiło się, że artyzm jest wszechmocny, żeby można było poetyzować byle co. Po to głosiło się, że temat nic nie znaczy, żeby wierząc lub nie wierząc w to, świadomie lub nieświadomie gloryfikować pustkę, płytkość, lub wartości ujemne. „Tylko ten człowiek może malować anioły, kto wart je widzieć” powiedział Chełmoński. Słowa te doskonale oddają pokorę twórcy wobec swej wizji jak i poczucie, że poeta rośnie sam poprzez swoją koncepcję… Poetyzujący dekadent poczucie wszechwładzy swej nad światem zasadza na tym, żeby kimkolwiek będąc, wszystko móc artystycznie przedstawić. I im obojętniejszy lub dalszy od wartości temat, tym większą zdawała się być ta wszechwładza. Stąd ten paradoks: tym większy poeta im dalszy od wszelkich wartości świat może opromienić poezją, tym większy – im dalszy od natchnienia i z większą dowolnością to robi!

To było tło, to były „koniunktury”, można było pod władzą rozpawszechnionych doktryn „brązować”, odwracać wartości a rebours, potęgować rozszczepienie i rozkład, dając mu wyraz i sankcję piękna. Taki jest sens hasła: czysty artyzm „może wszystko”. Tak, wszystko, nawet to, o czym nie wie! Dlatego właśnie czysty artyzm został ubóstwiony, że to było niezbędną formą ujścia sił… które poza nim stały.

A skoro czysty artyzm „może wszystka” – to nie gorsza jest „czysta” metodyczność naukowa i nie gorsza „czysta” polityka. Usiłowały też nieraz dowieść, że… wszystko jest na odwrót i wbrew rozsądkowi. Więc niektórzy freudyści „dowodzili”, że moralność i podporządkowanie się wartościom wiedzie do zakłamania i choroby i na tej zasadzie już w każdym akcie moralnym wietrzyli perwersję i wmówienie. Dość było uznać pewną metodę zdobywania prawdy za jedynie naukową, by odmówić miana prawdy – prawdom zdobytym na innej drodze, a potem już „dowieść”, że sztuka nie może zawierać prawd. Sofistyka kwitnie.

Nie tylko w sztuce maszyna była fetyszem: I osobowość twórczą filozofa można było wyrzucić za nawias, gdy w imię „obiektywizmu” za gwarancję nieomylności uznano zbliżone do mechanizmu operowanie znaczkami sztucznego języka. Podobne „przewartościowania” dzieją się i w innych dziedzinach. Normalnie ludzi łączą wspólne ideały i wspólny program, niemniej są tacy, co uznali możliwość odwrotną: by z jakiegoś bezpodstawnego i pustego ideowo „zjednoczenia” zrodził się program. Nie inicjatywa i program mają ludzi zespalać, tylko tępienie i ignorowanie inicjatywy… ma zrodzić przedmiot posłuchu. Przy tego rodzaju „logice” zależności od tajnych towarzystw i podleganie ich dyrektywom można bronić, jako sztandaru i swobód demokratycznych, a instynktowną, żywiołową dążność do scalenia, przejawiającą się w nacjonaliźmie, uznać za groźny zamach na wolność.

Nie można pominąć jeszcze jednego czynnika grającego wybitną rolę w szerzeniu chaosu, a możnaby to zjawisko określić mianem przebierania. Najpospolitsze doktryny, przesądy i dogmaty przybierają szaty naukowych pewników, a fakty, dowody i rozważania naukowe zwalcza się wzgardą, szyderskim epitetem i wszelkimi względami ubocznymi jako „nienaukowe”.

Pochodzi to stąd, że jest w ludziach dzisiejszych wielka potrzeba wiary i nadzwyczajna podatność na sugestie, a wobec teoretycznej nieufności przejętej z bezpośrednio minionej epoki do wiary, przemyca się ją pod płaszczykiem naukowości. Wystarczy jako przykład wskazać ortodoksalnych marksistów dzisiejszych, ale zjawisko to jest nadzwyczaj rozpowszechnione. I rzecz paradoksalna na pozór (dająca się jednak wytłumaczyć psychologicznie), że przy nieograniczonej ufności we własny obiektywizm parti pris, jak szydło z worka, ukazuje się najczęściej.

Po wskazaniu tendencji wprowadzających zamęt w nasze życie przejdziemy do drugiej części naszych rozważań, do sprawy siły ich działania. Destrukcyjne te dążenia działają szczególnie silnie dzięki niezwykłej podatności na sugestię psychiki dzisiejszego człowieka z jednej – agresywności sugerujących z drugiej strony. Pierwszy z tych czynników tłumaczy się stosunkowo bardzo łatwo. Niesłychanie szybkie i gwałtowne przemiany form życia rozszerzyły możliwości niemal i w nieskończoność. Tyle rzeczy niemożliwych stało się faktem, że ludzie gotowi są wierzyć w rzeczy mało prawdopodobne. Niwelacja osobowości pod presją ciężkich warunków gospodarczych, mechanizacji pracy, biurokratyzmu, przymusu państwowego, zubożenie życia duchowego i umysłoweg stanowi grunt podatny dla wszelkiej presji z zewnątrz. A chaos i rozbieżność dążeń, upadek form i tradycji zrobił z ludzi plastyczną masę. Ci którzy przyjmują istnienie specjalnych instynktów stadowych, mogliby zapewne mówić o dzisiejszym ich rozbudzeniu, o tendencjach do życia w tłumie i podleganiu sugestii tłumu.

Podatność na sugestie przejawia się między innymi w fetyszyźmie słów, ciekawym zjawisku psychologii tłumu, dzięki czemu słowa-straszaki, jak np. totalizm, faszyzm, zastępują argumenty. Do braku krytycyzmu dołącza się i brak odporności nerwowej, który tłumaczyć można wyczerpaniem po przejściach związanych z kataklizmami wojennymi i powojennym.

Ale trudno zrozumieć wzrost agresywności sił sugerujących. Naturalnie trudność ta nie dotyczy zrozumienia intencji reżyserów działających mądrze i celowo, albo instynktownie celowo, a więc kierowników destrukcji. Trudność zrozumienia dotyczy niepojętej a zaciekłej gorliwości zahipnotyzowanych ludzi-narzędzi, wszelkich form demonicznego lokajstwa.

Zdajemy sobie sprawę, że podkreślanie przez Durkheima roli zewnętrznego przymusu społecznego, nacisku opinii, ma źródło w jego nałogach mechanistyczno- deterministycznego myślenia. Niemniej dzisiaj właśnie siła tego nacisku prądów, opinii uderza jakąś szczególną zagadkową mocą, a składa się na nią wiele czynników. Tłem ogólnym jest zapewne potrzeba wiary, chwytanie się kurczowe wszystkiego, co jest bodaj namiastką poszukiwanego autorytetu. Rozbicie starych form pociąga naturalnie rzesze ku grupowaniu się przy wodzach. Sprzyja temu rozpowszechnienie doktrynerstwa, nieodłącznego od prymitywizmu umysłowego, którego panowanie tłumaczy się z kolei szybką demokratyzacją i zaniedbaniem umysłowym sproletaryzowanej inteligencji.

Doktrynerstwu sprzyja hegemonia psychiki mieszczańskiej, którą cechuje myślenie oderwane, nie konkretne. Hegemonia psychiki mieszczańskiej i parweniuszostwo, nieodłączne od masowej a szybkiej demokratyzacji, (którą, jak Stanisław Witkiewicz słusznie powiedział, należałoby nazwać arystokratyzacją) więc i utrata przywiązania do rodzimych tradycji wzmogły do niebywałych rozmiarów snobizm. Moda w najszerszym tego słowa znaczeniu nabrała siły demonicznej dzięki temu, że stała się bożys:zczem parweniuszów. A stała się bożyszczem i tabu, bowiem trzymanie się jej kurczowe to sui generis legitymowanie się parweniuszów przynależnością do elity umysłowej. Skoro być „postępowym” i „nowoczesnym” to tyleż co należeć do elity umysłowej, więc wszystko, co niosą prądy, trzeba natychmiast przyswoić sobie, obwarować się tym i walić po łbie resztę – odpychać ich od zajętych stanowisk jako barbarzyńców lub zacofańców. Stąd też ta bezwzględność i fanatyzm neofitów, świeżo ochrzczonych na wiarę idei rokładającej się burżuazji.Utwierdza ich w przekonaniu, że to, w co uwierzyli, jest nowe – fakt, że dla nich, to co przyjęli, było nowością i odkryciem! Wątpliwości nie mają, bo te nowe prądy, którymi nasiąkli, są jedyną ich wiedzą (wszak panował antyhistoryzm!).

Ale czyżby ciasnota umysłowa i lęk o utracenie zdobytej pozycji („awangardowej”) miały wytłumaczyć tę furię nienawiści przeciw „niewiernym”? Jak ci, co walcząc ongiś w szeregach awangardy decydującej o zdobyciu Polski – przyjęli jako aksjomat, że są eo ipso elitą we wszelkich sprawach czynu i nie spostrzegli, że awangardowość także się starzeje, tak i ci co – w swoim mniemaniu – „odkryli” modne prądy umysłowe, za honor swój i zbawienie uważają: „pohańców prać” – nie dopuszczać do głosu – utrącać. Decyduje również – graniczący z paraliżem – zanik skłonności do wartościowania. A składa się na to i służbistość ogłupionych biurokratów i lękliwość wszystkich ludzi „zależnych” i występujący pod postacią „unikania subiektywizmu” w sądach zwykły snobizm, przybierających maniery naukowców, parweniuszy.

Toteż zamiast twórczego wyboru, miast wartościującego ustosunkowania się do zjawisk społecznych, mamy do godności mądrości życiowej podniesioną psychikę graczy. Rekord! Wygra sprytniejszy, kto przewidział na co postawić: na asonanse, czy na temat „szarego człowieka”, na. „frontem do wsi”, czy na „nowe średniowiecze”. A kto już zupełnie nie ma temperamentu – stawia na Ozon; nie wygra, ale nie straci… a nuż.

Wierzący w coś z własnego przekonania pragnie i innemu do przekonania trafić – ale wierzący w mus jakiś idący z zewnątrz chce, żeby inny człowiek ugiął się przed musem: stąd ta terrorystyczna agresywność w propagandzie. Jest to nienawiść ślepych niewolników do tych, co nie chcą uznać musu, do tych, co sami z siebie chcą wierzyć. Terror narzucania – to właśnie jedyny wyraz ich credo.

Potworna karuzela: skaczą ludziska na „awangardowo” pomalowane koniki i z wściekłością ćwiczą… swoich sąsiadów: oni to winni, że koniki postępu kręcą się w kółko nie mogąc niczego wyprzedzić. Winni ci, co nie chcą uznać musu! A przy tym wciąż i wciąż działa jeszcze wiara w automatycznie działający postęp. Słuszność sądu Brzozowskiego, że najgorszym rodzajem klerykalizmu jest tzw. polska myśl postępowa, jest aż nadto oczywista. Bierna masa tzw. inteligencji i pseudointeligencji oszołomiona kalejdoskopem gwałtownych przemian demonizuje i automatyzuje wszelkie silniej sze prądy.

Powtarzano, że bolszewizm „musi przyjść”, powtarza się to samo o hitleryźmie, jakby to były jakieś niepokonane żywioły przyrody. Wiara przesądna w te „musy” ma źródło w bierności, ale tego rodzaju fatalistyczne koncepcje wzmagają faktycznie siłę działania tych prądów, co znowu z kolei budzi wiarę we wszechmoc tych potęg – i tak wciąż. Gdy więc z jednej strony w ten sposób rośnie ich potęga – zarówno snobizm jak i pospolite karierowiczostwo za mądrość swoją uważają „chcieć tego, co konieczne” jak Wagnerowski Wotan. Lawina wzrasta…

I na tym właśnie polega terror psychiczny, który nami włada.

Niebezpieczeństwo jednak staje dopiero przed nami w całej grozie, gdy sobie uświadomimy – zważywszy to, o czym była mowa na początku artykułu – jak destrukcyjne są te siły, które nami rządzą.

Ale czy w ogóle byłby możliwy taki świat na opak, gdzie uważający się za powołanych nie są powołani, gdzie akademie służą do kompromitowania i ośmieszania, gdzie nagrody i odznaczenia budzą najgorsze podejrzenie, gdzie oportunizm uchodzi za cnotę, a inicjatywa za anarchię itd., it.d., gdyby nie władał nami terror niewidzialny?

Kto nie rozumie, że w tej atmosferze idea przełomu nie jest jakimś młodocianym ,czerwonym hasełkiem ale głęboką koniecznością – ten nie wie nic o terrorze, jakiemu podlega, ten jest urodzonym niewolnikiem.

Mechanizmowi sugestii, działającemu na bierną masę z siłą fatalizmu, nie oprze się nic prócz żywej wiary. Bo ona jedynie jest twórczą i organizującą. Zgubionych kryteriów selekcji nie znajdzie nikt – prócz ideowców, bo oni jedni poznają się na walorach podrabianych.

A tak jest zawsze, że ideowcami są ludzie wielkiej wiary. Przekonać o tym – samą prawdą psychologiczną – można nawet sceptyka. Wierzyć bowiem silnie i niezachwianie może człowiek, który nie mógłby żyć bez tej wiary, a więc ten, dla którego idea jest życiem samym.

Logika jest prosta: Ci tylko widzą, gdzie jest wróg, co czują tyranię niewidzialnego dla innych terroru. Ci tylko, co czują tyranię terroru, mogą podjąć ideę przełomu jako swój sztandar.

Ci tylko są ideowcami bez kompmmisu, co mają wiarę w cud. A cudem tym przemiana potwornego demonicznego mechanizmu sił destrukcyjnych i obezwładniających nas – w żywy organizm. Cudem, bo tragizm odwieczny polega na tym, że siły twórcze i ludzie mający zrozumienie dla tego co twórcze zawsze są w mniejszości – a masy, naśladując tylko, poddaje się w swej inercji temu, co działa bardziej mechanicznie. Z sił jednak działających mechanicznie nie wyrwie nas nic, co byłoby mechanicznym kombinowaniem i zestawianiem, lecz tylko siła, która ma charakter twórczo- organiczny. Dlatego to Organicznik-Prus pisał: „U nas różne partie myślą, że program społeczny można zrobić i narzucić, ja zaś twierdzę, że program można tylko odkryć”.

Któż go odkryje, jeśli nie ma w sobie intuicji potrzeb? Kto może mieć intuicję potrzeb narodu, nie czując się z nim zrośnięty mocą instynktu i nie czujący w sobie scalającej mocy narodu?

Kto jeśli nie ten, kto ma wizję kultury narodu jako całości organicznej?

Ale kto mający ten cel ped sobą może nie czuć konieczności przełomu – zdławienia sił destrukcyjnych uniemożliwiających organiczne scalenie?

Kto może bez drżenia mówić o utrwaleniu naszej niepodległości, póki wszystko, co twórcze i żywe, ogłasza się za podejrzane, a wszystko, co niepewne i podejrzane i co działa ślepą mocą inercji – ma pełny kredyt?!

 

Źródło: „Marchołt”, 16/1938



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

1 reply

Trackbacks

  1. Postmodernizm, polityczna poprawność i marksizm kulturowy to siły które zagrażają Polsce i Europie. Jak nie przystosować się do przeciętnego poziomu swej epoki? | Łódź Odysa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: