Stanisław Piasecki – Gwiazdka hordy [1935]

pocztowka3

Zaczyna się to już jakoś w pierwszej połowie grudnia. I nie wiadomo właściwie na czym polega. Ale jest w atmosferze. Dla każdego wyczuwalne. Jeszcze w kalendarzu sporo zostało kartek do tych dwóch, czerwonych. Jeszcze się o świętach nie mówi wiele. Jeszcze się ich zbliżania nie dostrzega ani w zwiększonym ruchu ulicznym, ani w przybraniu wystaw sklepowych. Wszystko jest niby tak samo, jak zawsze, a jednak jakoś inaczej. W nas inaczej.

To podświadome przestawianie się nerwów w szybszy, żywszy rytm przedświątecznych przygotowań. Ten rytm będzie rósł i rósł – rittertando. Na sygnał zielonych choinek, które sztucznymi zagajnikami wyrosną na skwerach wielkomiejskich, rozbucha się i rozjazgoci. Aż zamrze w kojącej ciszy wigilijnego wieczoru. W ciszy święta rodziny, święta osiadłości.

Tak bowiem już jest, że pamiątka tułaczych narodzin Jezusa w Betlejem, ziemi judzkiej, stała się w świecie chrześcijańskim świętem osiadłości. Nie miała tego charakteru zawsze, z pewnością nie miała. Nie mogła go mieć dla pierwszych chrześcijan, w katakumbach. Nabrała go w średniowieczu, w miarę okrzepnięcia form nowego ustroju, w miarę utrwalania się statyczności średniowiecznego społeczeństwa. Koczownicy z wędrówek ludów osiedli na roli i pobudowali miasta. Założyli rodziny i rody. Święto Bożego Narodzenia, pamięć Świętej Rodziny, czcili w rodzinnym gronie. Tradycja przechodziła z pokolenia w pokolenie. Utrwalał się obyczaj ludzi osiadłych. Obyczaj tak silny, że przetrwał poprzez wieki nowożytne, które coraz bardziej rewolucjonizowały osiadły typ życia ludzkiego.

Przyszedł wiek XIX-ty, w podręcznikach zwany wiekiem pary i elektryczności. Świat pokrył się siecią szyn kolejowych i drutów telekomunikacyjnych. Zmniejszyły się odległości. Przed człowiekiem otworzyły się nowe możliwości. Powstawały wielkie zakłady fabryczne, które szukały rąk do pracy, obiecując szybki zarobek. Rozpoczęła się nowa wędrówka ludów, znacznie szersza w rozmiarach, niż ta pierwsza w wiekach nowożytnych, którą zapoczątkował Kolumb odkryciem Ameryki i otwarciem nowych terenów ekspansji europejskiej. Wielka wędrówka ludów ze wsi do miast.

Struktura społeczna uległa zasadniczej zmianie. Jeszcze jej szkielet stanowią ludzie osiadli na dawnym prawie. Ale już decydującym czynnikiem jest nowopowstała horda. Horda proletariatu robotniczego i proletariatu inteligenckiego.

Nie trzeba się przerażać nieprzyjemnie w uchu brzmiącym i zohydzonym słowem: horda.

To prawda, że twórcą cywilizacji może być tylko czlowiek osiadły, bo cywilizacja wymaga uprawy z pokolenia na pokolenie. Ale to także prawda, że człowiek osiadły doprowadza w końcu do wyjałowienia cywilizacji przez narastające w nim nieuchronnie sobkostwo. Póki jeszcze silna jest więź społeczna ludzi osiadłych, wyniesiona z dawnej wspólnej walki w hordzie, póki osiadłość nie jest celem sama w sobie, ale środkiem twórczego budowania wspólnego dobra – póty ustrojowi na niej opartemu nic nie grozi. Z chwilą jednak, gdy cel zakreślony w budowie staje się coraz bliższy urzeczywistnienia, gdy ustrój nabiera statyczności, zatraca się z wolna w świadomości ludzkiej ideał, a jego miejsce zajmuje zrodzony z dosytu egoizm. Egoizm osiadłości.

Egoizm, który przemienia ustrój hierarchii w ustrój wyzysku, ustrój współodpowiedzialności w ustrój niesprawiedliwości. Egoizm, który wprzód w istniejących warunkach ustala podział na panów i niewolników, a przy zmianie warunków kumulację ziemi zastępuje kumulacją pracy najemnej na cudzy zysk. Egoizm, który pojęcie osiadłości przeradza w pojęcie własności. I egoizm, który sprawia że przeciw coraz to szczuplejszej grupie wlaścicieli staje stworzona przez nich samych – horda wydziedziczonych.

A horda – to siła niszcząca, która musi wreszcie runąć na podbój. Na podbój o prawo do osiadłości, na podbój ustalający nowy porządek rzeczy, na podbój w imię wspólnych ideałów.

Jesteśmy bodaj w dziewięciu dziesiątych drogi tego procesu historycznego, my, ludzie hordy, tęskniący do osiadłości, ale do osiadłości nowego, wyższego, uspołecznionego typu, któryby wykluczał na przyszłość narastanie nowych egoizmów. Czeka nas jeszcze długa i ciężka walka. Walka całej polskiej hordy wydziedziczonych, tych, którzy chleba musieli szukać na Saksach, i tych, którzy oddani w niewolę fabrycznej maszynie, i tych, którzy skoszarowani w biurach i urzędach. Walka wprzód o przejęcie takiego ustroju techniczno-gospodarczego, jakim go stworzył egoizm skoncentrowanej własności, a potem o przetworzenie go w nowoczesny ustrój twórczości narodowej, ustrój, któryby położył kres koczownictwu – na całą nową epokę.

W okresie świąt Bożego Narodzenia, stłumiony na codzień i w koczownicznym życiu hordy miejskiej zatracony instynkt osiadłości, z szczególną odżywa w naturze ludzkiej siłą. To on wprawia nas w ów tajemniczy nastrój przedświątecznego podniecenia. To on ucisza w wieczór wigilijny gwar wielkomiejski, jazgot dzwonków tramwajowych i klaksonów samochodowych. To on nawet sprawia, choć to na paradoks może wyglądać, że wielkie masy mieszczuchów wyjeżdżają na święta daleko, byle daleko, żeby zagłuszyć w sobie atawistyczny niepokój. I uciec od rodzinnej uroczystości, która w dzisiejszych warunkach staje się niejednokrotnie bolesnym tylko przypomnieniem, że byliśmy kiedyś ludźmi osiadłymi.

Ale będziemy jeszcze!

 

Źródło: „Prosto z Mostu”, nr 53, 22 grudnia 1935

 



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: