Ewa Szelburg-Zarembina – „Listopad w Warszawie” [1938]

wiadlit13111938

Nad Warszawą dym ciężki, gęsta dżdża. Mży sadza w ulice. Wilgoć ścieka po brukach. Porywisty wiatr kręci bicze z deszczu, chłoszcze mury, żelazo, asfalty i ludzi.

W ogrodach z drzew, z krzewów spłynęły brunatne liście. Fermentują. Zapach z nich bije jak z wystałego wina, mocny, uderza do głowy.

Listopad.

Żelazne sztachety belwederskiego wzgórza zwieńczyły ciemne, lśniące metalicznie skrzydła kawek. Cisza jest w Belwederze. Warta stoi w bramie. Brama jest rozwarta w ulicę szeroką, gładką, wymuskaną, w aleje zdobne nieprzeliczonymi pękami radosnych biało-czerwonych flag. Przed obliczem tłumu świętującego niepodległość trzepocą, łopocą, klaskają na wietrze. Czerwień i biel. Czerwień i biel. Czerwień…

Nasz sztandar płynie ponad trony,
niesie on zemsty grom,
ludu gniew, przyszłości siew.
A kolor jego jest czerwony
bo na nim robotnicza krew…

Dech listopadowego wiatru przeszedł przez niezamieszkałe już izby Belwederu, wypełnione pamiątkami po Życiu, relikwiami Śmierci. Przewiał przez okna oszklone bielmem szyb, przez drzwi zamknięte, przez rozległy, świeżymi kwiatami zaścielony podwórzec. Dopadł bramy i – obrócił jej skrzydła o ćwierćwiecze, że otwarły się wprost na plac Grzybowski.

Na plac ten oto wszystkimi ulicami napływa ludzkie mrowie z całej Warszawy, i próżno rosyjskie patrole policyjne wstrzymują śpieszących. Niedziela, w kościele Wszystkich Świętych odprawia się właśnie bezkrwawa ofiara. Na ołtarzu pod postacią chleba i wina Bóg ciało swoje i swoją krew raz jeszcze oddaje ludziom, którzy Go ukrzyżowali. Dla ich odkupienia.

„Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje. Bierzcie i pijcie, to jest krew moja”.

Jedzą, piją w skupieniu. Kapłan po dokończonej ofierze obmył ręce, odwraca się do ludu: „Ite missa est”.

Tak oto lud został rozpuszczony. Ale ludzie którzy zapragnęli być jak Bóg, oddadzą teraz krew swoją i ciało swoje na ofiarę Sprawie. U wyjścia z kościoła, na schodach z kamienia staje ramię przy ramieniu garść zdecydowanych. Są uzbrojeni. Są gotowi. Pierwsi bojowcy.

Dźwignęli nad siebie, rozpostarli na powietrzu nad sobą czerwony sztandar.

– „Kto pragnie wolności, kto nienawidzi kajdan i knuta!”…

Ludzie z dzielnic robotniczych idą pierwsi. Jest ich tu mnóstwo wielkie. Z obnażonymi głowami, z ogniem w rozwartych szeroko powiekach wybuchają, jak salwą, okrzykami i śpiewem.

Manifestantom naprzeciw wyległy oddziały rosyjskiej policji, rosyjskiej żandarmerii, rosyjskiej konnicy. Rozpętała się strzelanina. Polała się krew. Padły trupy.

Warszawa ofiarą krwi rozpoczyna wskrzeszenie walki zbrojnej z zaborcą.

Warszawa powstaje do życia. Warszawa krzepi się do walki o życie.

Strajki kolejowe, fabryczne. Strajk szkolny.

Potężny oddech rewolucji zdmuchuje z mieszczańskich kalendarzy czerwone dni, tygodnie, miesiące.

Rok 1905. Znowu listopad. Krótkie „dni wolności”. Gęste starcia z wojskiem na brukach przedmieść coraz obficiej krzepnąca krew nie tylko mężczyzn, lecz kobiet i dzieci.

Terrorystyczna bojówka staje się ręką Warszawy karzącej gorącym prawem szpiegów, prowokatorów i tych spośród zaborców co najokrutniej dręczą ludność. Huk bomb słychać we wszystkich dzielnicach miasta. Drżą rewirowi, prystawi, generał-gubernatorzy.

Nie kraj Priwislinskij – Polska ludowa i robotnicza przemawia wciąż językiem z ognia i krwi. A jednak skrzyp szubienic i świst kul egzekucyjnych plutonów wzmaga się, zagłusza wszelki głos inny.

Zagłuszył.

I cisza jest znowu w Warszawie.

Listopadowy wiatr przemyka ulicami. Pędzi przed sobą uschłe liście, rozmiata wiecznie żywe wspomnienia, szeleści nazwiskami Okrzei, Barona, Mireckiego i innymi jeszcze, i jeszcze innymi, i tym jednym, które jest nazwiskiem Tego co bojówkę partyjną umiał przetworzyć w prawdziwą siłę bojową, w zwycięską wojskową siłę narodu. 11 listopada, rok 1918.

*

Potężny oddech wiatru zatrząsł żelaznym skrzydłem belwederskiej bramy. Odemknęła się, skrzypiąc, na dzień święcenia dwudziestej rocznicy niepodległości, dzień dzisiejszy. Płyną przez nią kwiaty, sztandary, płomienne wielkie słowa ku muzealnej ścianie Belwederu. Tu krzepną na stopniach między kolumnami, gdzie leży ciężki, laurowy wieniec żałobny. Pośmiertny hołd.

Niespokojny listopadowy wiatr obiega ściany domu, węszy kwiaty, pochodnie. Jak Tomasz ran, dotyka sztandarów i wypisanych na nich haseł.

Uplątał się wreszcie w szeleście zetlałych materii, wśród zblakłych barw. Roztrąca je. Szuka gromkiego wezwania, aby je, nowe, porwać na skrzydła i nieść jak żagiew przez Warszawę.

Źródło: „Wiadomości Literackie”, 13 listopada 1938



Kategorie:Historia, Źródła

Tagi: , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: