Czesław Miłosz – „Przez Kwidzyń” [1945]

przekroj

Jak większość chłopców, zbierałem namiętnie znaczki pocztowe. W sklepiku, oświetlonym słabo łojówką, albo lampką naftową, spędzałem zaczarowane chwile wielkich możliwości, grzebiąc w zeszycie, w który właścicielka wklejała różnobarwne dowody istnienia zamorskich, cudacznych krajów. Mogłem wybrać pomiędzy Guyaną Francuską z tygrysem a Australią z kangurem. Dwóch takich skarbów nie mogłem kupić – miałem za mało pieniędzy – ale właśnie swoboda decyzji dodawała tym chwilom uroku. Kiedyś znalazłem znaczek z napisem „Marienwerder”. Gdzie leżał ten kraj – właścicielka nie umiała objaśnić. Kupiłem znaczek, bo był tani, ale miałem potem dużo kłopotu, zastanawiając się, gdzie go wkleić. W albumach takiego kraju nie było.

Namiętność do znaczków pocztowych ustąpiła miejsca innym namiętnościom. Stałem się miłośnikiem przyrody. Przyrody dzikiej pierwotnej, nietkniętej stopą ludzką. Byłem już sporym podrostkiem, a żywiłem gruntowną pogardę dla wszelkiej wiedzy ludzkiej poza botaniką i zoologią i trawiłem czas na podpatrywaniu drozdów, wabieniu jastrząbów, wyszukiwaniu gniazd cietrzewi, albo zbieraniu rzadkich roślin. Bardzo bym się zmartwił, gdyby mi ktoś kiedy powiedział, że zostanę poetą i że w dyskusjach literackich moja znajomość obyczajów zwierza i ptactwa nie na wiele się przyda, chyba, że się uważa literatów za gatunek głuszców, albo cietrzewi. Martwiłem się postępami cywilizacji, niszczącej pradawne knieje i układałem plany zamienienia połowy Polski w nietknięty rezerwat, gdzie łosie, bobry i czarne bociany mogłyby się rozmnażać swobodnie, nie niepokojone przez człowieka.

Teraz, z podbródkiem sztywno opartym o ciasno zawiązany szal w listopadowy dzień 1945 roku, słuchałem mruczenia motoru, mrużyłem oczy i wracałem wstecz ku dawnym swoim wcieleniom. Autobus, zmierzający z Gdyni do Warszawy szedł przez ziemię mazurską. U skraju większego zgrupowania ruin zobaczyłem przewróconą tablicę z napisem „Marienwerder”. I wtedy wróciło to wszystko: ręce sklepikarki, jej usta z wystającym górnym zębem, mały chłopak, biorący markę z nieznanym napisem, żółty płomień lampki, błotnista ulica.
Marienwerder to niemiecka nazwa Kwidzynia.

Kwidzyń, miasto Warmii, teren plebiscytu w 1920 roku, plebiscytu, któryśmy wtedy przegrali.
W jakimż smutnym stanie odzyskujemy tę ziemię! Ten drugi ja, podrostek lubujący się w pierwotności, mógłby się cieszyć. Kilometry, dziesiątki kilometrów – głusza. Z martwych domów nie wyjdzie człowiek, aby przerwać odpoczynek przyrody. Okna są puste, drzwi rozwalone. Uschnięty łopuch i oset, tam gdzie były ogrody. Miętlica, oset i piołun na polach. Step, rudy step aż po granice widnokręgu. Zostawić go tak na lat kilka, a zasieją się drzewa, rozrośnie się, splącze roślinność, aż jeździec zanurzy się w nią po ramiona. Wilczyca będzie uczyła młode pierwszych polowań w tym gąszczu, wygrzebie nory lis, tuczący się polnymi myszami.

Nie jestem już wielbicielem dzikiej przyrody. Zbyt często stanowi ona tło dla nędzy i nieszczęść człowieka. Płowość tego stepu bolała mnie jak osobiste nieszczęście. Jakże tęskniłem do soczystej, zielonej runi zbóż, świadczącej o tym, że przeszedł tędy człowiek, siewca, który oczekuje plonów dla siebie i swoich dzieci! Jak radośnie witałem małe skrawki brązowej, zaoranej ziemi, na której z pomiędzy bruzd sterczą jeszcze kity upartego, ale już zwyciężonego stepu. Widocznie w moim sercu usadowiła się na dobre nowa namiętność – jak w sercu Fausta, gdy doświadczył już wielu pragnień i pieścił wizję żyznej, radosnej krainy, tętniącej pracą zapobiegliwego ludu. Polityczne rozterki i gniewy nie są mi obce, jak nie są obce żadnemu z Polaków. Ale pomyślałem, że są one mało ważne w obliczu tego prostego, surowego dylematu: albo te ziemie będą zorane i obsiane, albo zorane i obsiane nie będą.

Kto ubolewa nad jakimś faktem, ten szuka przyczyn. Przyczyną najłatwiej dostrzegalną jest zupełny brak ludności. A przecież z całego obszaru Prus Wschodnich ten okręg miał największy procent ludności czysto mazurskiej, mówiącej po polsku – i przegraliśmy w plebiscycie tylko dzięki naszym błędom i nieszczęśliwej konfiguracji politycznej. Co się więc stało z tymi Mazurami? Gdzie są, jeżeli pola nie są uprawnione a domy stoją pustką? Moi rozmówcy w Prusach Wschodnich – ludzie prości z Polski centralnej – twierdzili, że Mazurzy są gorsi od Niemców i trzeba ich wszystkich wysiedlić. Czy nie zrobiono już tego w przypływie gorliwości? Sprawa mazurska jest sprawą bolesną. Sprytni Niemcy miejscy z Gdyni i Sopotu umieją zostać Polakami i zajmować nieraz wysokie stanowiska. Wiejska ludność mazurska jest bezbronna wobec uprzedzeń, które na próżno usiłuje rozproszyć kilku miejscowych działaczy. Nie wiem, czy sądząc po pustyni w okolicach Kwidzynia nie jest za późno.

Autobus toczył się sennie ku granicy z 1939 roku i dalej na południe. Coraz więcej brązowej, ciepłej barwy zoranych pól, coraz więcej zieleni z zeszłych niedawno zbóż. W opłotkach pierzchają z wrzaskiem gęsi i kury. Żegnałem Marienwerder, wspomnienia z dzieciństwa i marzenia o puszczy.

Źródło: „Przekrój”, 35/1945



Kategorie:Proza, Źródła

Tagi: , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: