Marian Czuchnowski – „Kraków 1931”

krakowzima

Przechodzą zimno dni bez twarzy;
Mimo, że są kwietniki, ta biżuteria wiosny i jej imię.
W dole rzeka i mglisty szept parowych statków lśni bezładnie
Odpychając góry. Słońce, spóźniony rybak, zapuszcza w park ostrożnie wędkę cieni.

W rzece łamany obraz miasta cicho się żarzy:
Miękki kolczyk, upuszczony na dnie.
Stojąc na szczycie, wiatru słucham.
W zielonej wsi, wierzby wyszeptały księżyc w tłustym dymie.
I praczki głośno płuczą pod drzewami
Nieżywy blask bielizny. Przesiąkłe mokrym, nieruchomym mrokiem,
Z spódnic wyłuskane ciała, drżąco obłej oddają się wodzie;
Nabrzmiałym zwierciadłom błyszczących kamieni.

Wieczór ciężko upływa kobiecymi kolanami.
Rzeka mocno połyska ich nagim widokiem.
Uchodzi z cieniami praczek w ogrodzie.
By w ciemnej izbie dla sennego malca, spoza szarego fartucha
Wylały piersi, gęste i olbrzymie.

Piję szum, stojąc o zachodzie.
A oczy duże, zamyślone, patrzą jak żywo na niebie
Czerwoną chmur konnicę wiatr zapędza do koszar
I drzewa znużone czerwienią, mącą zmierzchów złoto wyprute.
Gasząc zimny, szeleszczący pożar.
Wtedy, jakżeż wyraźnie pamiętam, życiu tak bliski, od marzeń tak byłem daleko.

Dlatego na próżno się męczysz. Nigdy mnie do dna nie odczytasz blada.
Oczy woal smutku pokrył –
I tyle narosło pod oczami cieni, mówię, chory na wspomnienia, z których krew wyciekła.

Tobie śpiewam, włosom pachnącym, jak młode ogrody,
W których już lśnią jedwabne pączki bzu.
I myślę, jak miłość się prześni, życie się rozsypie: zatopią nas ciche zapomnienia wody.
Za ciasno na świecie było sercom dwu.

Napływa fala powrotna. Lśniąc ciężko – opada.
Brutalna i nagła jak noc: kobieta skrwawiona i ciepła
O rękach białych jak mleko.
Słyszę ją w krwi, pośpieszną, namiętną, jak kwilenie ptaków,
Pierwotną jak wówczas, kiedy wdychając ostry zapach sierści,
śledząc lśniące zady krów i ciche skoki zajęcy,
Drapieżny chłopiec wśród traw smutnie ogarniałem siebie.

Czując długi, monotonny płacz deszczu na policzkach mokrych,
Przytakiwanie kropel, przeciągły śpiew drewnianych rynien, skrzypiących dachów i haków.
Oduczyłem się ciszy słabych: tęsknoty. Na powrót odzyskać chcę spokój zwierzęcy.
Oczami kłuć powietrze, iskrzącemi w ogniach.
Stanąć ponad palbą dnia.
Brutalnie oderwać od bruku twego, stopy przykute:
Miasto z miast żywych najbardziej kamienne, zgnite od spodu, zawalone w szczytach.
Łzawo z świtami codzień wypluwające duszę: błękitny worek z wiecznością.

Próżno w ciebie bić nienawiścią, nie umiem miłością.
Gdy w szarych wąwozach ulic pękać będą żółte wybuchy pocisków i krzyki,
I pożar swój w końskich przeglądać będziesz kopytach.
Płonąc, pamiętaj, że twoje mury rozwalał najtwardszą pogardą, syn pól niesforny i dziki.

Źródło: „Antologia poezji społecznej 1924-1933”, Wilno 1933



Kategorie:Poezja, Poezja, Poezja, Poezja, Poezja, Źródła

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: