Bartłomiej (Adam Michnik) – „Cienie zapomnianych przodków” [1975] (fragment)

michnik1979

(…)

Zasadniczą cechą ustroju, w którym żyję, jest dążenie do zawładnięcia umysłem ludzkim. Zaczyna się to w szkole poprzez budowanie takiego świata duchowego, gdzie wszystko jest jasne, jednoznaczne i „dookreślone” . ”Dookreślenie” przez konieczności władzy nie polega li-tylko na modelowaniu wizji teraźniejszości. Modelowana jest i przeszłość. Nic dziwnego zresztą: kto rządzi wyobrażeniami o przeszłości, ten manipuluje myśleniem o teraźniejszości i przyszłości . Dzieje się tak zwłaszcza w kraju, gdzie tak często historia jest maską dla sporów o Współczesność. Odkłamanie przeszłości bywa nader często odnalezieniem własnej tożsamości. Klucz do przeszłości otwiera drzwi niejednego z dzisiejszych sezamów. Tak było i ze mną.

Nie była to droga łatwa. Urodzony już po wojnie, traktowałem otaczającą mnie rzeczywistość jako coś zupełnie naturalnego, jako świat oparty na prawdzie i sprawiedliwości. Najpewniej byłem nietypowy. Inni mieli inne doświadczenia. Ogromna część polskiej inteligencji została w 1945 roku zepchnięta w piekło ubeckich kazamatów, zmuszona do emigracji zewnętrznej l wewnętrznej. Resztę zmuszono do kolaboracji z wrogiem, którego nienawidzili i którym pogardzali. Nieliczni tylko mogli mniemać, że otworzyła się szansa przestawienia Polski na nowy tor cywilizacyjny: na tor postępu społecznego, demokracji i humanizmu: Takimi ludźmi byli komuniści. Moi rodzice byli przedwojennymi komunistami. Dla jasności: polskimi komunistami pochodzenia żydowskiego.

Nie upewniano mnie nigdy w domu, że żyję w najlepszym ze światów ale i nie wspominano przy mnie, jak to dobrze było przed wojną. Bo nie wszystkim przed wojną było dobrze. W tej niepodległej Polsce byli ludzie biedni, poniżeni, skrzywdzeni i prześladowani. Komunistami stawali się nie dla pieniędzy i posad rządowych, ale dla godnego życia. Dlatego może nigdy nie przeciwstawiałem złej Polsce powojennej dobrej Polski przedwojennej. I dziś zresztą tego nie robię. Na moją ówczesną wizję przedwojennej Polski kładł się ogromnym cieniem ten, który nią rządził: Józef Piłsudski, dyktator odpowiedzialny za Brześć i Berezę, twórca faszystowskiej konstytucji, wróg postępu.

Początek krytyki rzeczywistości polskiej był dla mnie wynikiem konfrontacji idej głoszonych oficjalnie z praktyką codzienności. Łacno doszedłem do przekonania, że rewolucja została zdradzona, idee socjalizmu zaniechane, że demokracja polityczna i społeczna istnieje tylko na papierze. Rzadko jednak slęgałem do przeszłości międzywojennej; najwyżej po to, by piękną postać Wery Kostrzewy przeciwstawić ponurym, cynicznym i dyktatorskim władcom mojego kraju.

Tak zwaną „kwestię narodową” uważałem za załatwioną, nie rozumiałem emocji, które wzbudziła książka  Załuskiego. Autora „Siedmiu grzechów…” uważałem za nacjonalistę (w czym się nie myliłem), a emocje skłonny byłem uznać za rudymenty świadomości właściwej narodom podbitym. Polskę Anno Domini 1963 uważałem za kraj suwerenny od czasów polskiego października (w czym myliłem się głęboko i fundamentalnie).

Prawdziwym wstrząsem był dla mnie 1968 rok. Nie napisano dotąd monografii o wypadkach marcowych. Przyszłemu monografiście polecam zastanowienie się nad takim oto problemem: jakie tradycyjne kultury polityczne odżyły w tym czasie? Pouczającą mogłaby być choćby analiza prasy, która pod pewnymi względami miała więcej swobód niż kiedykolwiek indziej. Ostatecznie, nawet zaraz po przełomie październikowym w 1956 roku, cenzura konfiskowałaby artykuły np. jawnie antysemickie. Momenty kryzysu systemu ujawniają fragmentarycznie rzeczywisty obraz świadomości społecznej. Kryzys 1956 roku ujawnił zarysy polskiej myśli demokratycznej. Kryzys 1968 roku ujawnił fragmentaryczny zarys tego, co w polskiej myśli wsteczne, tępe, szowinistyczne, nasycone ksenofobią. Była to – wedle celnego określenia Władysława Bieńkowskiego – „rewolucja obskurantyzmu”.

Można, naturalnie, powtarzać nadal, że to nie naród, że to tylko straszni komuniści, te rządzące potwory, podzielili się na głosy i – jak w epoce stalinowskich procesów – donośnym rykiem żądali: „krwi!”. Taki pogląd jest – moim zdaniem – braniem złudzeń i życzeń za rzeczywistość. Zasadnicza różnica pomiędzy rokiem np. 1952 a 1968 polega na tym właśnie, że w 1968 roku antyinteligencki i antysemicki pogrom dokonywał się przy – mniej lub bardziej czynnej – akceptacji niemałej części społeczeństwa. Komunizm wytworzył w Polsce swoją specyficzną podkulturę, której rdzeniem był tradycyjny nacjonalizm. Nie mógł ten czynnik zostać wyzyskany do końca ze względu na obecność Wielkiego Brata. Ale przecież wystarczyły te liczne aluzje w prasie i stugębna plota, by w ubeckim opryszku niemała część opinii ujrzała bohatera narodowego, patriotę i niepodległościowca. Jacy Polacy mogli tak uważać? Czy była w Polsce tradycja uzasadniająca takie przeświadczenie? Czy rycerze Ciemnogrodu kreujący się na jedynych godnych imienia Polaka mieli się do czego odwołać? Czy byli już przedtem w Polsce ludzie, dla których udział w pogromie Żydów był legitymacją do narodowej dumy? (…)

Myślałem o Piłsudskim, czytając artykuł Leszka Kołakowskiego „Sprawa polska”. Któż celniej niż on – ten panicz z Zułowa – – rozumiał, że naród, który o swą wolność nie umie i nie chce walczyć, na tę wolność nie zasługuje; że się oducza od życia w wolności.

Naród żyjący w niewoli nie może składać się wyłącznie z bohaterskich konspiratorów. Musi mieć swoich „organiczników”, budowniczych fabryk i mostów, nauczycieli w szkołach, lekarzy; nawet ugodowych wobec zaborcy administratorów. Ale biada takiemu narodowi, który swych spiskowców uważa za niedowarzonych młodzików czy wynarodowionych demagogów; który w tych najlepszych widzi obcą inspirację czy obcą kiesę; który rząd dusz oddaje tym rozumnym konformistom, dbałym o sprawę polską tożsamą ze sprawą własną; bowiem taki naród niszczeć musi.

To co realne rzadko bywa tożsame z tym co dobre: myślenie „realistyczne” w polityce często rozmija się z materialną rzeczywistością. (…)

Naród bez imponderabiliów, naród wyrzekający się obrony tego co nieuchwytne czasem i niemożliwe do nazwania, wyrzeka się własnej kultury, stacza się do poziomu plemienia. Realizm i ugoda bywają cnotami u polityków, ale są to cnoty, którym trzeba patrzeć na palce. Są to bowiem cnoty wallenrodyzmu – udawać kogoś innego niż się jest, zamaskować prawdziwą twarz i rzeczywiste dążenia. Jakże często – widzimy to dziś zwłaszcza – maska na twarz nałożona staje się prawdziwym obliczem; jakże często instrument do realizacji wartości staje się wartością samą w sobie i dla siebie. Owocem takiego realizmu są Bolesławowie Piaseccy pokrywający własną nikczemność płaszczem patriotycznej tradycji. „Wallenrodyzm staje się znikczemnieniem” – zakonkludował w 1904 roku Stanisław Witkiewicz. Świadom tego był i Piłsudski, rehabilitując tradycję oporu i wzywając do oporu. Tłumaczył Grabcowi-Dąbrowskiemu: „Każde pokolenie krwią swoją musi przypomnieć, że Polska żyje i z niewolą się nie pogodzi”. Dla naszych uszu brzmi to jak przesłanie zza grobu. Karmieni papką „realizmu” widzieliśmy, jak „wallenrodzi” po 56 roku przepoławiają się. Wchodząc do aparatu władzy szybko zapominali o racjach, które nakazywały im to „włączenie się w rzeczywistość”, i rychło zaczynali uważać swój udział we władzy za wartość samoistną i naczelną. (…)

Nie napisałem – i nie zamierzałem tego zrobić – laurki dla Józefa Piłsudskiego. Dla mojej – tylekroć okłamywanej – generacji najważniejsza jest prawda. Starałem się napisać prawdę o doświadczeniach z początku naszego wieku, bo uważam je za najważniejsze. Z tych doświadczeń wyrosła Niepodległość. Wszelako pisząc o swoim, bardzo osobistym, widzeniu postaci Piłsudskiego i jego roli, nie chciałbym zapominać o stronach mrocznych. I tak: przewrót majowy był złamaniem zasady konstytucyjnej. Konflikty z sejmem przygotowały hańbę Brześcia. Brześć, ten rzadko przedtem w naszych dziejach spotykany sposób walki z opozycją, był fragmentem niszczenia kultury politycznej narodu. Z ducha Brześcia wyrosła Bereza, Ozon i groźny obyczaj elity władzy, która poczęła tra tować państwo i naród jak swój prywatny folwark.

Brześć, Bereza i Ozon są dzisiaj wzorami dla wrogów demokracji w Polsce, a nie dla walczących o wolność. Mitologizując te poczynania, sakralizując wszystkie okresy i wszystkie aspekty działalności Marszałka nie oddaje się „sprawie polskiej” dobrej przysługi. Zakłamania służą zawsze wrogom wolności.

Źródło: „Kultura”, 5/1975

Ilustracja: Głodówka członków Komitetu Obrony Robotników w kościele św. Krzyża, Październik 1979, Warszawa, Polska



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: ,

1 reply

Trackbacks

  1. „Cienie zapomnianych przodków” – wciąż ożywają… | Mózgo-jazda

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: