Jarosław Iwaszkiewicz – „Karnawał w Taorminie”

Już od trzydziestu lat co jakiś czas powracam do Taorminy i znajoma mi się stała tak jak Sandomierz. Nie, raczej przypomina ona Zakopane ze swoimi Krupówkami idącymi przez środek miasta, ze swoimi z całego świata zjeżdżającymi się „ceprami” i ze swoim ludem charakterystycznym, śpiewającym i tańczącym tak chętnie jak nasi górale.

Toteż każdy przyjazd jest tylko powrotem. W tym może leży cały urok podróży starszego człowieka: w powracaniu do miejsc już znanych. Przyznam się, że nie chce mi sie już poznawać nowych okolic. A z wielką, nieporównaną radością powracam w dawno znajome miejsca. Powroty takie połączone są ze wspomnieniami dawno przebytych dni, dawno porzuconych ludzi. Porzuconych? Najczęściej to oni nas porzucili – odchodząc niebieską przestrzenią – wiezieni w łódce Charona.

Tymczasem słońce i niebieskie niebo nie sprzyjają żałobnym myślom. W dniu, kiedy przyjeżdżam, zakwitają pierwsze migdały, kiedy odjeżdżam, osypują się na ziemię gromadą białych jak śnieg płatków. Nie wiedząc o tym wcale i nie orientując się w czasie – przyjechałem tutaj na „kwitnienie migdałów”, tak bardzo reklamowane przez wszystkie przewodniki turystyczne.

Zresztą trudno się jest w tym połapać: Wiosna tutaj przypada co roku w innej porze. Kiedy byłem tu przed sześciu laty, mieszkałem w tym samym pokoju. Tyle tylko, że nie widziałem nic z pięknego widoku, jaki się rozciąga pod moim balkonem, nie widziałem ani ogrodów, ani morza, bo od rana do wieczora padał deszcz i ciągnęły mgły i obłoki. Etna wtedy nie ukazała się ani razu moim oczom. A była to ta sama pora roku co teraz.

Jedyna rzecz uderza mnie od razu: nie przyjechali turyści! Czy jeszcze nie przyjechali, czy w ogóle nie przyjechali, tego jeszcze nie wiem, ale dość, że jest pusto. W moim hotelu zajętych jest tylko parę pokoi – a w kawiarniach na taormińskich „Krupówkach” widać niewielu blondynów: Niemców, Holendrów, a zwłaszcza Duńczyków, którzy specjalnie sobie Taorminę ukochali. (Znakomita nowela Hermana Banga o dwóch podróżniczkach duńskich w Taorminie, wkrótce ją poznają polscy czytelnicy).

Turystyka – to jedna z największych klęsk XX wieku. Oczywiście mówię o turystyce bezmyślnej, która tłumem ospalych podróżników zamula najpiękniejsze i wymagające delikatnej czułości zakątki świata. Stare Anglice i Amerykanice przesłaniają zbyt często młodym nieporównane wzruszenia spowodowane pięknem, pamiątką, nieoczekiwaniem.

Amerykanów zresztą zupełnie nie widać. Jak powiadają moi znajomi hotelarze, sam rytm turystyki zmienił się zasadniczo. Dawniej przyjeżdżali pociągami z daleka, pozostawali na dłuższy pobyt, miesiącami sterczeli w jednym hotelu i wyjeżdżali z powrotem do domu. Teraz samochodowi wędrowcy przyjadą najwyżej na dwa dni do jednej miejscowości i zaraz dalej, dalej, niespokojni, nienasyceni, ruchliwi – a pożytku z nich mieszkańcy jednej osady mają niewiele.

Mieszkańcy oczywiście narzekają, moi szwajcarscy gospodarze skrobią się w głowę i zniżają mi ceny pobytu, moja przyjaciółka tam w górze, w oberży noszącej dumną nazwę Quisisana, w której można dostać doskonałego miejscowego moscato, martwi się, że jej czterech synów pracujących w hotelarstwie mało zarabia. Pomyśleć, sześć lat temu mały Umberto podawał mi tak ostrożnie szklankę moscato, starając się ani kropli nie usączyć na tacę a dzisiaj jest już wielkim portierem czy pomocnikiem portiera w jednym z największych tutejszych hoteli! A hoteli się tych namnożyło… Od trzydziestu lat miała czas rozbudować się ta mieścina.

No więc narzekają – a mnie w to graj. Jak przyjemnie nie widzieć nieznośnych „wszechświatowych ceprów”, jak przyjemnie, że jest pusto, chociaż przyzwyczajeni do nawału turystów miejscowi mieszkańcy odzwyczaili się od uprzejmości, czasami nawet wydaje mi się, że jestem w Polsce. To dziwna rzecz, że tak odmienne przyczyny mogą powodować jednakowe skutki…

Więc Taormina bez cudzoziemców. Paradoksalne to – ale bardzo przyjemne zjawisko. Niestety, trwa ono krótko – zaraz po piętnastym zjawia się coraz więcej obcych ludzi, coraz mniej gęsty jest tłum miejscowych Sycylijczyków.

Ale w początkowej pustce można się lepiej przypatrzyć życiu samego miasteczka: już po kilku dniach zna się mniej więcej wszystkich spacerowiczów na taormińskich „Krupówkach” i wie się, jakie sprawy ich interesują.

Cudzoziemców poznaje się także po tym, że na obszernym placyku 9 Maja zbierają się i z pewnym niepokojem obserwują zmieniony w tych czasach kształt szczytu Etny, czarne pasma lawy spływające z jej zbocza, nagromadzone na wierzchołku żużle i czerwony płomień widniejący w kraterze co wieczora.

Ten placyk, dawniej św. Pankracego, a dziś 9 Maja, to centrum życia taormińskiego. Stoją tu dwa kościoły: dawniej był czynny kościół sw Pankracego, zamknięty był Serca Jezusowego. Potem było na odwrót. A dziś znowu jest inaczej: św. Pankracego zeświecczono i jest tam po prostu biblioteka i wypożyczalnia książek. A w drugim kościele oddzielone murami boczne nawy. W środku odprawia się nabożeństwa, a w odmurowanych nawach mieści się klub młodzieży katolickiej. W czasie nieszporów słychać stuk kul bilardowych w przyległym klubie.

Ten placyk jest miejscem spotkań, rozmów, picia kawy i obserwacji morza, Etny, skał i postępów lawy.

Kiedy do tych obserwacji dochodzi jeszcze zaćmienie słońca na przeczystym, niebiesko-liliowym niebie, które ściemnia się gwałtownie, pokrywając gradową barwą fale nieprzyzwoicie lazurowego morza – zajęcia zjawiskami przyrodniczymi dochodzą do szczytu.

Można także zaobserwować wszystkie zmiany, jakie się dokonały w ciągu tych trzydziestu lat, co odwiedzam Taorminę i Sycylię. Niestety, nie są to koniecznie zmiany na lepsze. Oczywiście istnieje, powstał niedawno, „fundusz pomocy dla Południa” (Cassa del Mezzogiorno) – ale zastosowania tego funduszu nie zawsze wzbudzają zaufanie.

Tak na przykład prawdopodobnie z tego funduszu przeprowadzono „remont” grecko-rzymskiego teatru, największej osobliwości Taorminy. Co tu dużo gadać remont polegał na odbudowaniu części potrzebnych do odbywania w tym teatrze nowoczesnych przedstawień – i to za pomocą współczesnej bardzo brzydkiej cegły. Rzędy ławek ustawione w pustym dawniej amfiteatrze, zamurowane części otworu, przez który przezierał potężny widok na morze i na wybrzeże ku Katanii – odarły w znacznej części ten osobliwy budynek z jego dawnego uroku.

Tak samo odbudowa „Badia Vecchia” -czyli dawnego opactwa, które niegdyś należało jeszcze do Krzyżaków – wzbudza wiele wątpliwości, jak i przeznaczenie odbudowanego budynku.

Myślę, że Zachwatowiczowi do reszty posiwiałyby włosy na skroniach, gdyby zobaczył te nowe płaty kamienia, którymi pokrywa się ściany starego opactwa, te kawałki lawy, które wyglądają jak ze sklepu konfekcji tkwiące w starych murach wspaniałego budynku i tę werandę z białego marmuru, która do gmachu dobudowują z wyraźnym przeznaczeniem jej na kawiarnię…

Na zakręcie, prowadzącym w dół do stacji kolejowej, od wielu lat widnieje już szkielet rozpoczętej olbrzymiej budowy: miało to być kasyno gry połączone z hotelem i wspaniałą restauracją. Tymczasem w czasie budowy zmienił się rząd, koncesję na kasyno cofnięto, budowy nie doprowadzono do końca i olbrzymie arkady i niedokończone tarasy straszą w najpiękniejszym miejscu tej drogi, skąd rozciąga się przepiękny widok na brzeg morza, na drogę do Mesyny i na zarysy Kalabrii w oddali.

Ale karnawał tym jest przyjemniejszy, im mniej cudzoziemców bierze w nim udział. Wielki to dzień ten ostatni wtorek! Już od paru dni na straganach i w bramach wejść do starych domów gromadzą się całe worki (celofanowe!) napełnione skrawkami kolorowego papieru. To są confetti przeznaczone na karnawałową zabawę.

W Popielec rano „Krupówki” zasłane są tymi confetti dosłownie powyżej kostek. Zanim dozorcy i czyściciele miasta uwolnią jezdnię od tych zwałów, trudno jest po prostu chodzić, ale confetti znikają szybko – jedna rzecz się zmieniła w Taorminie przez tych lat trzydzieści: miasteczko stało się wzorem czystości! (Żeby to tak w Sandomierzu!)

Od samego rana we wtorek za miastem spotykam gromady ludzi ciągnących z góry, z dołu do centrum – na zabawę. Z góry od Castelmola idą całe rodziny. Ale kiedy dawniej takie Wędrówki odbywały się na osiołku (patrz moją „Wielkanoc na Sycylii”), teraz biorą w nich udział lambretty i małe samochody. Mimo całej nędzy Południa, jednak osiołki odsunięto w głąb lądu.

Dzień karnawałowy pełen jest muzyki i śpiewu. Do mojego pokoju dolatują dźwięki z estrady ustawionej na miej skim placu. Z początku wydaje mi się, że to nadają przez głośniki płyty z neapolitańskimi piosenkami, takie piękne głosy, tak dobrze postawione – ale czegoś ten Modugno dzisiaj śpiewa gorzej, jakaś wielka sopranistka nagle trochę skiksowała. Co u licha? Wychodzę więc na plac: ależ to żywi miejscowi śpiewacy biorą udział w konkursie. Jakżeż oni śpiewają!

Chociaż najpiękniej ten śpiew brzmi nie w dzień karnawału, ale w dzień zwyczajny pod wieczór. Z dołu, gdzieś od Mazzaro czy od Naksos, dolatuje do mojego balkonu powolny, tęskny, ciągliwy śpiew – jedyny, oryinalny śpiew sycylijski. Wtedy jest on najpiękniejszy.

Obok konkursu śpiewu odbywają się także popisy taneczne. Zespoły młodzieżowe („ichnie Mazowsze”) poazują różne rodzaj tarantelli, różne rodzaje miejscowych „poleczek” na trzy, jak poleczki „od Opoczna”. Kie licho, ciągle mi się te domowe sprawy przypominają!

Oczywiście najpiękniej tarantellę tańczy jakiś starszy jegomość z wąsami – a na fujarce takiż facet gra jak na najpiękniejszym flecie. Po prostu wierzyć się nie chce, że na tak prostym instrumencie można osiągnąć taką technikę.

Do późnego wieczora ulica zawalona tłumem, śpiewają, obrzucają się confetti. Mnóstwo jest zamaskowanych. Wszystko tłoczy się, śmieje, pieje, hałasuje. Jednej rzeczy tylko brakuje. Tu nie tańczą na ulicy.

Kiedy jadę z Taorminy na ląd, w tym samym przedziale jedzie ze mną młody sprzedawca obuwia z Katanii. Pytam go, jak spędził karnawał. Powiedział, że wyjechał z Katanii do małego miasteczka pod samą Etną, do Zafferany. Dlaczego? Bo tam się tańczy na ulicy!

Toteż pod koniec dnia karnawałowego ma się wrażenie, że ta cała młodzież nie wie, co z sobą robić. Lokali tutaj takich nie ma, gdzie by miejscowa ludność mogła potańczyć, dancingi hotelowe są za drogie – maski się naśmiały, potężne zapasy confetti wyczerpują się, karnawał wybrzmiewa, jak w utworze Schumanna…

Wtedy gdzieś w górze, nad zamkiem taormińskim, wybuchają pierwsze sztuczne ognie. Kaskady świateł, nieprawdopodobne „żyrandole”, rakiety najprzeróżniejszych kolorów rozbłyskają na niebie, które jeszcze nie całkiem pociemniało i ma w sobie ten wieczorny fiolet sycylijski i tę głębię, jakiej się nigdzie indziej nie znajdzie. Wielka abstrakcyjna sztuka fajerwerków ma teraz swe wielkie święto. Najzagorzalszy przeciwnik abstrakcji umilkłby zachwycony.

Tak się kończy karnawał w Taorminie.


Źródło: Jarosław Iwaszkiewicz, „Rachunki włóczęgi”, Zeszyty Literackie, Warszawa 2016

Fotografia: Taormina, luty 2017



Kategorie:Proza, Źródła

Tagi: ,

1 reply

  1. „Najczęściej to oni nas porzucili – odchodząc niebieską przestrzenią – wiezieni w łódce Charona.”
    „…w której można dostać doskonałego miejscowego moscato.”
    „To dziwna rzecz, że tak odmienne przyczyny mogą powodować jednakowe skutki…”

    Ach, ten nasz niezastąpiony Goethe ze Stawisk…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: