Paweł Muratow – „Taormina”

Owej wiosny, w dwa miesiące po trzęsieniu ziemi, które obaliło Mesynę i Reggio, Taormina była wyludniona. Lęk przed niszczącymi siłami ziemi sycylijskiej sprawił, że nie zebrali się tu tym razem ci, co wśród tej południowej wiosny szukają zwykle wypoczynku od nużącego życia w stolicach Europy. Niektóre hotele były zamknięte, inne znów całkiem puste; rozbrzmiewający w nich gong jak gdyby siłą przyzwyczajenia obwieszczał porę obiadu; w ich oknach widać było tylko służbę, która nie wiedziała, co począć z owymi tak nieoczekiwanie wolnymi dniami. Na jedynej ulicy Taorminy właściciele kramów z pamiątkami spokojnie drzemali na swoich wyplatanych słomą krzesłach. Dziwne to miasto liczy ponad dziesięć hoteli, w których przyjezdny znajdzie wszystkie wygody. Ale wybierając się stąd do Neapolu i zamierzając jechać przez miejscowości, które nawiedziło trzęsienie ziemi, nie mieliśmy gdzie kupić choćby najskromniejszego zapasu żywności.

Wyludnione miasto odsłoniło jak gdyby prawdziwy swój charakter. Wydawało się, że wiatr swobodniej szumi w opustoszałych ogrodach, a obłoki śmielej muskają dachy opustoszałych hoteli. Okazało się, że ta miejscowość położona wysoko w górach nad urwistym brzegiem morza wcale nie jest tak zaciszna. Błękitne chmury spowiły Etnę i zakryły jej szczyt. Nocą rozszalała się burza; we wszystkich hotelach stukały okiennice, o które nie miał kto zadbać. Raz po raz świeciły błyskawice i rozlegał się teatralny południowy grzmot. Mieszkańcy Taorminy nie spali tej nocy spokojnie: burze nieraz poprzedzają wybuchy Etny, a wspomnienie o trzęsieniu ziemi w Mesynie było jeszcze zbyt świeże.

Nad ranem wszystko ucichło. Powietrze było spokojne, wilgotne, tchnące zapachem kwitnących drzew. Wzeszło słońce, a na kamieniach, które szybko obeschły, zaroiło się od wielkich jaszczurek. Z teatru greckiego rozwarł się słynny klasyczny widok na błękitne morze, na skaliste wybrzeże i na Etnę. Ale Etna była jeszcze w mgłach. W miarę jak rozwiewały się owe mgły, ogarniała nas coraz większa niecierpliwość, aby ujrzeć jej wierzchołek. Wydawało się, że za chwilę się pokaże, już było widać biel jego wiecznych śniegów. A tymczasem długo jeszcze trzeba było czekać i nie lepiej nie świadczyło o wysokości Etny, jak to powolne znikanie skrywającej ją zasłony z obłoków.

Etna jest dla Taorminy wszystkim, zajmuje połowę tutejszego nieba. Wyraziście zarysowane krawędzie jej krateru i dym unoszący się z jej wnętrza sprawiają, że krajobraz tutejszy ma charakter dziki i grożny. W porównaniu z tą gigantyczną górą Wezuwiusz jest dziecinną zabawką. Bliskość uosobionych w niej pierwotnych żywiołów sprawia, że wszystko, co ludzkie, jak gdyby gaśnie i znika w jej sąsiedztwie. Myśli podróżnego instynktownie kierują się w jej stronę. Spacery, które zamierza, mimo woli zbliżają go do Etny. Ścieżką wiodącą po urwistym zboczu wstępuje ku Moli. W tej biednej, brudnej, górskiej wiosce podróżny czuje się jak gdyby na krańcu świata, nad granicą, za którą kończy się życie. Stąd odsłania się przed nim widok na całe zbocze Etny, na zastygłe morze czarnej lawy, które tak niezwykle odbija blask słońca tuż obok lśniących śniegowych pól. Ich lodowe tchnienie owiewa tu jego twarz.

Na tych wyżynach, na tej granicy, gdzie kończy się życie, nie ma już ani Włoch, ani greckiej Sycylii. Taormina była z początku osiedlem pierwotnych Sykulów. Greckie Naksos Jonowie założyli niżej, w pobliżu brzegu morskiego. Idąc z Taorminy W stronę owego brzegu, wracamy jak gdyby pomiędzy obywateli świata greckiego. Patrząc z brzegu na Morze Jońskie usiane statkami, Grek sycylijski odczuwał przynależność do wielkiej rodziny helleńskiej. Ale biada wyspiarzowi, który spogląda na morze, nie mając nadziei, że będzie swobodnie po nim płynął. Współzależność brzegu i morza na Sycylii ma w sobie coś dramatycznego. Na tym wybrzeżu wiecznie rozbrzmiewa skarga Polifema: „Przyjdź, Galateo, wszystko, co tu mam, podzielę z tobą. Porzuć gniewne morze, niech bije o brzeg. Szczęśliwiej minie ci noc ze mną w mojej jaskini. Są tu laury, delikatne cyprysy, ciemny bluszcz i Winne łozy obsypane słodkim owocem, jest zimna woda, ambrozja, którą darzy mnie Etna, topiąc białe śniegi. Czy przeniesiesz nad to wszystko swoje morze i swoje fale?”

Nad owym morzem Galatei, wzdłuż tych cyklopowych brzegów biegnie nasza droga do Włoch. Za niedostrzegalną jeszcze Cieśniną Mesyńską widać już góry Kalabrii. Tam czeka nas widok miast zrujnowanych trzęsieniem ziemi, widok żałoby Włoch. Żałoba Włoch to żałoba całej ludzkości, Włochy bowiem są owym szczęściem, dla którego ludziom warto jeszcze żyć.
Źródło: Paweł Muratow, „Obrazy Włoch. Sycylia i Apulia”, Zeszyty Literackie, Warszawa 2013

Fotografia: Taormina, widok z teatru greckiego na Morze Jońskie, luty 2017



Kategorie:Źródła

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: