Marcel Dłużniewski – „Naród i religia” [1861]

WA248_1_fundacja_do-atlasu_0037

Nie tylko w dziejach narodu polskiego, ale i w życiu wszystkich narodów w powszechności, spostrzegać się daje przede wszystkim działanie potęg rozkładowych, które dążąc do wydania ostatecznego rezultatu swej działalności, opanowują swą siłą ujemną to wszystko, co w narodowym organizmie stanowi cechę dodatnią, realną i twórczą. Działaniu tej siły ujemnej opiera się zawsze siła dodatnia czyli żywotność narodu, zaczem występują do walki dwie siły, które jak dwie przeciwne elektryczności dążą do zrównoważenia się, by wydać życie spokojne i nad burzliwością żywiołów sprzecznych panujące. Biada narodowi i państwu jego, jeżeli siła żywotności w nim za słabą jest, by owładnąć zdołała żywioły ujemne, bo w takim przypadku życie dodatnie zostaje zbezwładnione czyli zneutralizowane siłą ujemną, co daje w rezultacie obojętność narodowego życia, czyli śmierć. Bo na żywiołach dodatnich tylko wznosić się może potęga narodu, gdy w ujemności niema żadnych warunków życia. Zasługi, cnoty i w Bogu uświęcona miłość sprawy powszechnej, są to właśnie owe warunki bytu i życia narodów wolnych, i są to owe żywioły dodatnie, pod któremi rozumieć mamy to wszystko co dobre i wzniosłe i święte. Przewaga zatem żywiołów dodatnich nad ujemnemi daje narodom stan normalny błogości i szczęścia, jakiem Stwórca pragnie obdarzać wszystkie swoje stworzenia.Strona zaś ujemna narodów jest jako grzech pierworodny, który wciągnięty w życie publiczne nie ginie wraz z umierającemi indywidualnościami, ale zlewa się z pokolenia na pokolenie.

Im więcej błędów i grzechów spełnia się wśród narodu, tem słabszą jest jego strona moralna i dodatnia, a silniejszą ujemna czyli grzeszna. I tem bardziej naród taki zbliża się do ostatecznego rozkładu i moralnej śmierci, im więcej przeważa w nim strona ujemna nad dodatnią. Bo tem więcej panuje tam materya i świeckość nad duchem, a w świecie ducha tylko to, co z Boga jest, tylko to, co dobre i wielkie i święte, daje życic trwałe i jędrne i zdrowe, a wszystko, co jeno sprzeciwia się temu dobremu pierwiastkowi, prowadzi do zagłady i śmierci. Te same żywioły, które podkopują dobro powszechne narodu, przcciwią się i Bogu, bo są to żywioły złego ducha, któremu najwięcej zależy na tem, aby przedłużać panowanie swoje kosztem zdrowia i życia utrzymywać i potęgować się mającego w człowieczeństwie i w społeczności ludzkiej.

Potęga i wzrost każdego narodu wypływa z ducha, jaki w nim się wyrabia, gdy dąży do uświęcenia się w pierwiastku najwyższego dobra, a tem samem i do pojednania się z Bogiem. W tym pierwiastku wszechmiłości krzepi się i potęguje duch ludzki, a wszystkie cząstki oderwane zbliżają się ku sobie i łączą w jednym, wspólnym duchu, w jednej społeczności, którą kościołem zowiemy. Nie jest to rzecz obojętna dla dobra ogółu, do jakiego stopnia doskonałości chrześciańskiej podnieść się może naród w kościele swoim, którego zadaniem jest odkryć w słowie Bożym drogę zbawienia najprostszą i najpewniejszą. Wskazuje nam wprawdzie tę drogę sam Bóg przez Chrystusa, który w powłoce człowieczej czuł się synem Bożym, ale wszakże w ogólnych tylko zarysach, bo bliższe wyświecenie prawdy zostawione jest powołanym na to apostołom i kapłanom. W tym razie atoli godzi się przypuścić, że niekoniecznie wszelki wykład słowa ewangelii wypływać musi z boskiego namaszczenia i kapłaństwa, a przeto i łatwo mogły się wśliznąć tu i owdzie nauki błędne i dodatki prawdę zbawienia zaciemniające. Trudnoż wymagać w takim przypadku i od ludzi, aby w ciągu żywota swojego , mimo najlepszych chęci temu częściej nie zbaczali z drogi zbawienia, im bardziej przyćmioną jest owa gwiazda niebieska, która przyświecać nam winna, jako niegdyś przyświecała mędrcom ze wschodu, by im wskazać miejsce, z którego zbawienie wzejść miało dla świata. Taką gwiazdą przyświecać nam mogą tylko kapłani i apostołowie żywotnej wiary i prawdy żywota, bo tą gwiazdą jest słowo, które swą duchową i wiekuistą światłością przyświeca duszy ludzkiej, by jej nie pochłonęła przepaść wiecznej ciemności. Dla tego i duch ludzki oglądać się musi od czasu do czasu za wyższem religijnem światłem, a to tem bardziej, im mniej go znajduje w takim kościele, nad którego zbudowaniem pracowano w wiekach ciemności, by raczej zamącić źródło czystego objawienia, niż przejmując się jego duchem, usłużyć Bogu i ludzkości całej.

Religia jest to przymierze pomiędzy niebem a ziemią, pomiędzy Stwórcą a stworzeniem, Bogiem a człowiekiem, gdzie człowiek przez wiarę podnosi się do Boga, a Bóg zniża się do człowieka wcielając weń słowo swoje, z którego wyrabia się duch miłujący nade wszystko prawdę i Boga i dobro najwyższe. Im ściślejszym jest związek pomiędzy Bogiem a człowiekiem, tem wyżej się podnosi, uświęca strona duchowa natury ludzkiej i tem bardziej stajemy się godnymi synostwa Bożego, jakie w całej pełni swojej przedstawia nam się w Chrystusie. Dlatego też chrześcianizm, który daje nam namaszczenie na takie synostwo, słusznie uważać możemy jako religią najwznioślejszą i najpiękniejszą. Boć jeżeli zadaniem religii jest zbliżać człowieka do Boga, to już w takim razie najbliższym jest stosunek synostwa Bożego, którego poczucie ma się wyrabiać w człowieku przez poznanie prostej i nieomylnej drogi, jaką właśnie wskazuje mu chrześcianizm. Jest to nauka bez wątpienia wielka i wzniosła sama w sobie, ale niekoniecznie takimi są ludzie, którzy się mienią jej szafarzami i kapłanami. Chrześcianizm jest nauką bosko-człowieczą i bosko-duchową, bo ją objawia Bóg wcielony w człowieka, a zatem Bóg-człowiek jest słowem, z którego się buduje i wyrabia bosko-synowski duch w człowieku. Jest to oraz duch prawdy, jest to czysta i sama prawda, jest to sam Chrystus, który tem bardziej wciela się w człowieka i w świat ten, im wyżej człowiek prawdę jego, jako prawdę żywota, obejmuje i ceni. Przyjąwszy tę prawdę do serca, przyjmuje człowiek z nią już i namaszczenie na synostwo Boże, i objawia się w świecie zewnętrznym i w zetknięciu się z ludźmi niższych warstw i niższej wiary, jako istota z wyższego świata w sposób błogi i dobroczynny. Tą drogą zbliżamy się coraz więcej do spełnienia ewangelii w życiu, które tem piękniejszem i większem się staje, im bardziej wpływają w życie jej zasady, im bardziej jej słowo staje się czynem. A jako wszelkie czyny wypływają z ducha, tak i nie będą one nigdy nagannemi ani dobru powszechnemu szkodliwemi, skoro ten duch jest oczyszczony i podniesiony przez zbliżenie się do boskiej doskonałości i prawdy. Ale skoro mniej powołani szafarze o duchowem i religijnem przeznaczeniu ludzkości zbyt ciemne, ciasne i naciągane mają wyobrażenia, to i mniej zdołają oni się przyczyniać do spełnienia się chrześcianizmu w świecie, i raczej za zasługę to sobie poczytywać będą wobec Boga, by więzić i krępować ducha ludzkiego, który bez ich pomocy i o własnych siłach wznosi się i idzie naprzód. Bo duch ludzki pragnie postępu i szuka go wszędzie we wszelkim kierunku, a więc i w kierunku religijnym. Nie rad on temu, jeżeli go zbyt ciasne krępują formy, i te rozumowi jego za nadto małe zakreślają granice i przytem o Bogu zbyt świeckie i poziome każą mu mieć wyobrażenia. Nie można więc ludziom zabronić tego, by i w rzeczach wiary nie starali się oczyszczać i podnosić, i naprzód postępować na drodze zbawienia ile możności prostej i jasnej. Oraz nie godzi się potępiać tych ludzi, którzy i w religijnym względzie umieli niegdyś rozróżnić to, co wznioślejsze i bardziej boskie i chrześciańskie, od tego co ducha ludzkiego mniej zbawia, mniej zaspakaja, mniej buduje i mniej podnosi. A i w nas samych jakże inaczej spełnić się może chrześcianizm, jeżeli wiecznie trwać będziemy w średniowiecznych ciemnościach i obałamuceniu? Szanujmy pamięć przodków naszych, ale nie naśladujmy w niczem tych błędów, które nam po nich zostały w spuściźnie, bo raczej odradzać się nam potrzeba w wyższem życiu, w wyższych wyobrażeniach i w wyższym duchu wiary, niż podnosić to, co tak stanowczo przyczyniło się do naszego upadku, do zagłady naszego bytu i niepodległości naszej ojczyzny. Przodkowie nasi, którzy rodaków swoich pozwalali prześladować za wiarę, przekładając raczej ucisk ducha w swojej niewiadomości i niewczesnej gorliwości nad wolność i swobodę, stali się wspólnikami wielkiego grzechu przeciw duchowi św., — grzechu, który przed sądem Boga przebaczenia nie znajduje, jako grzech prowadzący do śmierci. Bo naród, który ducha w sobie nie uświęca i nie podnosi, ale go raczej tłumi i osłabia, prędzej czy później spotkać się musi z zasłużoną karą, i dać się zagrzebać w tym samym grobie, który sobie tem postępowaniem przygotował. Że zaś w narodzie polskim od Zygmunta III aż do ostatnich czasów panowania Stanisława Augusta duch się nie podnosił ale upadał, przekonać się można dostatecznie z odczytania dziejów tej epoki, jako ustępu z historyi, nad którym położono napis: „Polska upadająca.”

Upadek ducha w narodzie takim, który był silnym i zdrowym nie tylko na ciele ale i na duszy, uważać musimy jako wynikłość czynników zewnętrznych, jako owoc wieloletniej pracy tych panów duchownych, którzy jako silnie uorganizowana korporacya, okrywając płaszczykiem świętości to, co było grzeszne i nieczyste, umieli nadać taki kierunek duchowi narodu, jaki najwięcej odpowiadał ich widokom i zamiarom. I stanęli oni jako pośrednicy pomiędzy Bogiem a człowiekiem, zabraniając mu jednak myślenia o Bogu nie inaczej, jak tylko wedle ich ciasnych wyobrażeń i nauk, odnoszących się głównie do zewnętrznych form, intratnych obrzędów i światowych ceremonii, — by ile możności jak najdłużej korzystać mogli z ciemnoty, łatwowierności i ograniczonego rozumu, nie tylko warstw niższych i masy narodu, ale starali się przede wszystkiem wszelkiemi sposobami o to, ażeby mieć sobie i szlachtę podległą, — by duch w narodzie się nie podnosił i nie oświecał, by dozwołił im panować nad sobą jak najdłużej w sposób mniej duchowny i moralny, a więcej świecki i despotyczny. Były to czasy panowania księży nad narodami, co nadawało tym ostatnim cechę więcej teokratyczną i formę rządu zbliżało poniekąd do starożytnej teokracyi. Boć jako dawniej Bóg objawiał wolą swoją wybranemu przez siebie narodowi przez proroków, czyli mężów takich, którzy napełnieni byli duchem św., tak samo i księża w czasach późniejszych, mieszając się do rządów świeckich, czynili to w imię Boga i jakoby upoważnieni i wybrani słudzy Pańscy. I jeżeli papież, jako głowa kościoła i najwyższa władza duchowna, dążył do panowania nad światem, to już tem samem i świat o ile poddawał się takiemu panowaniu, o tyle wzmagała się nad nim władza pseudo – teokratyczna. Nie mogła zaś teokracya taka przynieść narodom zbawiennych owoców, bo reprezentanci jej w niczem nie byli podobni do proroków starego zakonu i nie byli to prorocy prawdziwi, ale fałszywi; gdyż widzimy, jak prorocy prawdziwi starego zakonu nie tylko nie zabijają ducha w narodzie wybranym, ale prowadzą go tak pewnemi i prostemi drogami do głównego celu, iż z narodu spodlonego i piętnem hańby niewoli nacechowanego wyrabia się naród wielki i potężny, wyrabia się państwo ludu bożego. Jeżeli zaś z nami przeciwnie się stało, jeżeliśmy nie urośli i nie spotężnieli, ale nawet zmaleli i upadli, to głównie dla tego, iż na prorokach fałszywych nie umieliśmy się poznać, a prawdziwych nie chcieliśmy słuchać. Przytem dbaliśmy więcej o to, aby być narodem rzymsko-katolickim, niż aby zastosować się do ducha chrześcianizmu i poznać, że ognisko potęgi narodu polskiego nie w Rzymie, ale w nas samych, w naszem własnem łonie i w tej religii było, której stolicę mogliśmy założyć w swem sercu, w swoim domu i w swej własnej ojczyźnie.

Nie mogła to być zatem wyłącznie tylko religia katolicka, ale szukać należało nam przede wszystkiem w czystem jej źródle zbawienia naszego, w czystym i niezamąconym duchu chrześcianizmu. Wiara polska stałaby się naówczas wiarą chrześciańską, a ta z natury swojej za nadto jest powszechną i ogólną, iżby w jej świątyni nie mogły pomieścić się zgodnie, różniące się w mniej ważnych kwestyach odcienia chrześciańskich wyznań. Ale Polska upadająca odwraca się ze wstrętem od tej jedynej drogi ratunku i zbawienia i tem bardziej staje się przez to upadającą a zgoła nie postępującą i nie wznoszącą się. Polska pod Zygmuntem III stanęła była na tym właśnie już punkcie, gdzie potrzeba jej było albo się odrodzić w wyższym duchu religijnej wiary, albo stać się satrapem rzymskiego papieża, rzymsko-katolickiej hierarchii, jezuityzmu, a to dla tego, by polska wiara była wyłącznie katolicką. O ile wszakże w narodzie polskim prócz wyznania katolickiego były jeszcze i inne chrześciańskie wyznania, o tyle nikt nie miał prawa wiarę katolicką uważać za wyłącznie polską, bo i chrześciańscy niekatolicy chcieli być i byli rzeczywiście nie mniej dobrymi Polakami, i nie mniej uczciwie służyli ojczyźnie swojej, jak i katolicy. W rzeczywistości, więc wiarę polską w ten tylko sposób pojmować należało, iżby w niej wszyscy Polacy-chrześcianie zgodnie pomieścić się mogli; zaczem nie mogła ta wiara zwać się katolicką, ani augsburgską, ale w ogóle zwać się była powinna wiarą polsko – chrześciańską.

W ten sposób naród polski połączywszy się wspólną wiarą w Bogu i w Chrystusie, byłby wstąpił na drogę wszechstronnego postępu i rozwoju, a te same potęgi, które go niszczyły i osłabiały, zwróciłyby się były przychylnie ku niemu, i połączywszy się z nim węzłem braterstwa i wspólnej wiary, przyczyniałyby się były tylko do ustalenia bytu jego, do wzrostu i powszechnej pomyślności państwa. I niebyłoby potrzeba obawiać się ani wojny z kozakami wewnątrz, ani inwazyi Szwedów. W najgorszym więc razie, wiara chrześciańsko-polska, byłaby wszystko wewnątrz tak dobrze umiała pogodzić, iżby w każdej potrzebie znalazłyby się były dostateczne siły na odparcie wszelkiej napaści. Wiara polsko-chrześciańska wpłynęłaby i na szlachtę i na rycerstwo polskie, dając mu wyższy polot ducha, wyższe światło rozumu, większą powagę i praktyczniejszy kierunek w życiu codziennem i publicznem. Byłaby ona czynną tam wszędzie, gdzieby szło o powszechne i najwyższe dobro, a szlachta polska, jako duchem wyższej wiary namaszczona, służyłaby reszcie narodu, jako kwiat rośliny, zbawienne tylko dla dobra ogółu wydając owoce. Starałaby się przytem wobec młodszej swej bratni zachować wszędzie i zawszę przewagę moralną, która nie wypływa z zewnątrz tego świata i z świeckiej tylko arystokracyi, ale polega na duchu podniesionym wewnątrz naszego jestestwa, na wzbogacającem się sumieniu.

W państwie wolnem, gdzie dobro powszechne wszystkich powinno zarówno obchodzić, szkodliwą jest wszelka dążność do takiej arystokracyi, która mniej zważa na wartość moralną i wewnętrzną a polega więcej na ostentacyi i wspaniałości zewnętrznej. Państwo wolne musi koniecznie szukać żywiołów moralnych w narodzie, musi ile możności takowe podnosić, bo one właśnie stanowią podstawę jego bytu i potęgi. Strona moralna narodu jest to jego strona duchowa, strona ducha i sumienia. Nad duchem i sumieniem unosi się wiara religijna, przez która człowiek Bogu poleca swe sumienie i swego ducha, aby raczej Bóg był jego duchownym sędzią, niż świat. Podobnie też jak wartość moralna każdego pojedyńczego człowieka zależy od jego zasług, a summa zasług stanowi mniej lub więcej bogate sumienie, tak i w państwie, gdzie siła moralna kieruje całym jego organizmem, wszystko polegać musi na zasługach, a tem samem i na powszechnem bogactwie sumienia. Zasługi są to uczynki, które wypływają z dobrej woli, z miłości i wiary w dobro powszechne, jako też i z wiary religijnej, która to sprawia, iż nie szukamy zasług jedynie dla przypodobania się światu i otrzymania świeckiej nagrody, lecz przede wszystkiem dla przypodobania się Bogu, by znaleźć zadowolenie w własnem sumieniu.

Im mniej zaś wiara religijna ducha podnosi a bardziej krępuje go formami i najmniej do udoskonalenia i podniesienia duszy ludzkiej potrzebnemi wiary subtelnościami, tem mniej korzystać z niej może i powszechność narodu. Otóż i tem mniej staje się stosowną przestronna forma wolna dla narodu, którego wiara religijna nie jest dość wzniosłą, dość przestronną, dość swobodną i wyrozumiałą, a przy tem szczerą, prawdziwą i gorącą. Niepotrzebną i zbyteczną jest forma wolna tam, gdzie w narodzie ciasny i ciemny panuje, duch, któremu owszem takie zakreślać potrzeba granice, jakich wymaga jego natura. Im bardziej zaś rozwija się, rozprzestrzenia i wzrasta duch ludzki, tem bardziej staje się mu potrzebną i pożądaną forma przestronniejsza. To i rozszerzyć się muszą zbyt ciasne granice, które wstrzymują myśl ludzką, by nie szukała prawdy i Boga wszędzie i we wszystkiem. Nie godzi się zaś wstrzymywać ducha ludzkiego, by i na polu religijnem nie rozprzestrzeniał się i nie wznosił, bo im doskonalsze jest wyznanie religijne, tem prostszą jest droga żywota, którą do celu zbawienia narodom zmierzać potrzeba. O ile zaś mniej lub więcej doskonałem zwać się może jedno lub drugie wyznanie chrześciańskie, zależy od tego, o ile mniej lub więcej zbliża się do owej prawdy, która jako objawiona i religijna, zowie się także i prawdą boską. Im bardziej człowiek zbliża się do takiej prawdy, która w nim z Boga początek swój bierze, tem piękniej zakwitnie jego żywot i tem zbawienniejsze wydawać będzie owoce. Ewangelia, która stanowi podstawę wiary naszej, jest także i owem źródłem, z którego poczynamy już tu na ziemi czerpać natchnienie życia nadziemskiego, a wszakże w takiej tylko cząstce, jaką objąć jest w stanie mniej lub więcej podnosząca się dusza nasza. Jakoż aby być chrześcianinem w ścisłćm słowa tego znaczeniu, potrzeba mieć na to wyższe namaszczenie, potrzeba czuć w sobie powołanie na kapłaństwo. A jest to kapłaństwo duchowe, które nas pędzi do pracy duchowej, do wyrobienia się na wieszczów prawdy, na apostołów chrześcianizmu.

W wiekach średnich, gdzie życie narodów chrześciańskich opierało się na gruncie religijnym w takim stopniu, iż każde rzucone ziarno duchowe znajdywało swoją rolą, i mniej więcej sprzyjające warunki w jego rozkrzewieniu się, zejściu i wydaniu owoców, potrzeba kapłaństwa była tem większą, im bardziej wykrzywiano znaczenie boskiej prawdy, im bardziej człowieka oddalano od Boga, a prostą prawdę, jako drogę żywota, przed nim zamykano. Wielką też była i zasługa takowego apostolstwa w ogóle, a mianowicie w ojczyznie naszej, gdzie jak wszędzie tak i u nas żywo zajmowano się duchowością i sprawami religijnemi. Ale powszechność narodów nie mogła się w duchu religijnym podnosić wyżej, niż byli podniesieni ci, którym szafunek słowa Bożego byt powierzony. A jeżeli nauczyciele i ministrowie religii nie wyrobili sami w sobie ducha wiary dość przestronnego, by prawdziwie chrześciańskim namaszczeniem mogli się odznaczać, to i służba ich mniej mogła być apostolską i boską, a więcej stawała się świecką. Wyższe namaszczenie jako duch wyższego żywota spływać musi na naród z góry przez kapłaństwo i apostolstwo, a duch ten musi być przestronny i swobodny, bo inaczej wyrabia się tylko materyalizm i egoizm, a stąd też powstaje i wszelka forma, która tem jest ciaśniejszą i tem bardziej świecką i poziomą, im niższe przykładały się do jej utworzenia duchowe czynniki.

Materyalizm i egoizm nie zgadza się bynajmniej z ideą chrześcianizmu, gdzie dla miłości prawdy i Boga i tego wszystkiego co stanowi powszechne i najwyższe ludzkości dobro, poświęcać potrzeba wszelkie niższe i egoistyczne względy. Tu musi duch miłości powszechnej panować nad ciałem i nad wszelkiem życiem indywidualnem, które jako cząstka należąca do całości, służyć jej musi z dobrej woli, przekładając sprawę powszechną nad interes własny. Otóż i naród chrześciański szukając bodźca do czynów szlachetnych i poświęcenia się dla sprawy powszechnej w swej wierze, w swym duchu i w swem sumieniu, spełni posłannictwo swoje tem pewniej i rychłej, im mniej zasklepiać się będzie w ciasnych choć wygodnych bo gotowych już ramach i formach, a zdoła w razie danym wydobyć się z nich i przez czujną pracę w winnicy pańskiej osiągnąć to stanowisko, które zdobyć musi, byle się tylko nie zatrzymywał, lecz wciąż szedł naprzód.

Prawda, że w duchu mowy polskiej wiarusem być, znaczy nie tylko być obrońcą ojczyzny i swobód politycznych, ale przede wszystkiem i wiary religijnej, przez którą uczymy się powszechne i społeczne dobro pobożnie i religijnie miłować; ale nie mniej i to jest prawdą, że wiara religijna może być wyższą i niższą, w miarę jak duch nasz mniej lub więcej do niej się podnosi. Nie jest więc żadną zasługą stawać w obronie wiary niższej i niższych wyobrażeń religijnych, aby nie dopuścić, by jaśniejszy promień światła z podniesionej nad ziemią krainy ducha spłynął na nas, i oświecił wszystkie kręte ścieżki i manowce, których bynajmniej trzymać się nie potrzeba, aby trafić do ostatecznego celu żywota. Taki błąd popełnili też i ojcowie nasi, iż nie korzystali z reformy religijnej i nie tylko dali się zbałamucić księżom i jezuitom, że w nich uwierzyli jakoby w prawdziwych proroków i apostołów Chrystusa, ale służyli im oraz jako narzędzia do uciemiężenia swobody ducha w narodzie i do powstrzymania wszelkiego postępu na drodze wyższych religijnych dążności i oczyszczającego się chrześcianizmu. Błąd ten pociągnął za sobą wielkie następstwa, bo stał się niejako kamieniem węgielnym wszystkich klęsk i nieszczęść, jakie nawidzały ojczyznę naszą najbardziej w tych czasach, gdzie zasiane ziarna intolerancyi, prześladowania za wiarę i w ogóle fanatyzmu królów i szlachty, zaczęły dojrzewać i wydawać owoce. Okazuje nam to jasno ustęp z historyi polskiej z czasów panowania Jana Kazimierza; chociaż i późniejsze łata, aż do ostatniej chwili bytu naszego, stanowią tylko ciąg dalszy następstw i skutków, które z jednych i tych samych wypływają przyczyn.

Przewaga władzy duchownej nad władzą świecką raz już okazała się zgubną dla wielkości Polski po wygnaniu mianowicie Bolesława Śmiałego; przez co gdy powaga królewska zastała poniżoną i rozchwianą, podniosła się tem wyżej powaga duchowieństwa, co nic mogło długo utrzymać państwa w jedności, i Polska rozdzieloną została pomiędzy synów i dalszych potomków Bolesława Krzywoustego. Owóż gdy arcybiskup gnieźnieński podnosi się w znaczeniu swojem wobec zwaśnionych książąt i przebiera poniekąd rolą zwierzchnika państwa, rządy duchowne nie mogły utrzymać ani dawnej rozległości granic, ani zamożności i tej siły wewnętrznej, która stanowiła potęgę Bolesławów. Wszakże nie były one tak zabójczemi jak w późniejszych czasach; chociaż i wtedy już uroszczenia duchowne należały do najzgubniejszych czynników wewnętrznych, z któremi równie jak i z nieprzyjaciołmi zewnętrznymi podnosząca się Polska, pod przewodnictwem potomków Chrobrego, przeszło pół wieku bój staczać musiała, by odwrócić grożące narodowi niebezpieczeństwo zagłady, do jakiego zmierzał przez wewnętrzne rozpadanie się, przez nierząd, i ścieranie się z sobą książąt, przez nadawanie przywilejów exemcyjnych nie tylko panom świeckim ale i duchowieństwu, któremu zawsze zależało na tem, by stanowić ile możności oddzielne państwo w państwie. A kiedy właśnie starożytna Polska dobijała się o swoją wielkość i całość, była już znacznie nadwątloną i zanieczyszczoną napływem cudzoziemczyzny, przewagą duchowieństwa w kraj naprowadzonej, co niemałą w podźwignieniu się narodu polskiego stanowiło tamę.

Na łonie też swojem wypiastował sobie naród polski najstraszliwszego wroga, Krzyżaków, którzy podówczas byli najwierniejszymi wyobrazicielami wpływu i potęgi duchowieństwa. Wezwał ich do Polski mazowiecki książę Konrad, by wojować Prusaków; co gdy im się udaje przy polskiej pomocy, obracają później swój oręż przeciw własnym swoim protektorom i występują do walki przeciw podźwignieniu się Polski. A był to przecież zakon duchowny, zakon rzymsko-katolickiego wyznania, który bronią świecką usiłował jeżeli nie podbić zupełnie, to osłabić przynajmniej Polskę; podobnie jak później zakon jezuitów podbijał ją bronią duchowną. O ile ta późniejsza, duchowna broń skutkowała i w jaki sposób nie tylko jezuityzm, ale i katolicyzm w ogóle powszechnej sprawie narodu szkodził, i nareszcie do upadku narodowego głównie się przyczynił — starałem się wedle możności sił moich a z pomocą boską tym szanownym rodakom, którzy to czytać zechcą, szczegółowo okazać, i wedle najściślejszych prawideł logiki i filozofii pogodzonej z wiarą czysto-chrześciańską przeprowadzić. Przyjemniej byłoby mi niezawodnie na przyczyny upadku naszego zapatrywać się ze stanowiska czysto-katolickiego, jako ze stanowiska wiary ojców moich, ale lat kilka przedtem poświęcając się studyom religijnochrześciańskim, nauczyłem się rozróżniać ducha i prawdy chrześcianizmu od jego zewnętrznej powłoki, od jego form i ceremonii. Gdy zaś rezultat studyów tych przedsiębranych w pokorze ducha, a z modlitwą w sercu i na ustach, nie wypadł na korzyść katolicyzmu jako wiary ojców moich, to i nie mogłem przez wzgląd na głos sumienia przyłączać się do obrońców tego wyznania, które dało nam w owocu zniedołężnienie, a zrodziło takich excentrycznych i zagorzałych fanatyków, jakich znosić nie może długo forma rządu wolnego, a co najmniej zgadza się z powagą i świętością przybywać w nas mającego ducha namaszczenia boskiego w Chrystusie i w powszechnem chrześciańskiem braterstwie.

Owóż prawda dziejów naszych nie da się wyjaśnić ze stanowiska wyłącznie katolickiego lub jezuickiego, lecz musi być to stanowisko nad katolicyzm i jezuityzm podniesionem, nie potrzebując wszakże być przeto stanowiskiem bezwzględnej negacyi i lekceważenia wszelkiej religijności. By temu wymaganiu zadosyć uczynić, potrzeba nam szukać punktu oparcia się w czystym i bezwzględnym chrześcianizmie. Boć wraz z postępem i dojrzewaniem narodów chrześciańskich i pojęcia religijne muszą się oczyszczać i wytrawiać, byśmy ze stanowiska wiary wiekowi dojrzałemu i wytrawionemu bardziej odpowiedniej na przeszłość naszą zapatrywać się mogli, jako mąż na ubiegłe swe lata młodzieńcze, gdzie widzi jak w zwierciedle wszystkie przeszłości swej błędy, z których wszakże oczyściwszy się, posunął się wraz z wiekiem na stopień wyższej doskonałości. Tak też i naród cały musi postępować w każdym kierunku, musi wszechstronnie się oczyszczać i zwracać swe kroki ku powszechnemu szczęściu i zbawieniu, co mu wskazują, idąc za głosem wyższego powołania, jego kapłani i apostołowie słowa, które jest słowem podnoszącem ducha, słowem prostującem ścieżki i drogi żywota ludzkiego.

Źródło: „Dawna Polska ze stanowiska chrześciańskiego”



Kategorie:Historia, Wiara, Źródła

Tagi: , , , ,

1 reply

Trackbacks

  1. O różnicy między „lewicą” i „prawicą” czyli… kto w demokracji ma większe prawo prowadzić lud na barykady by realizować scenariusz grabieżczo-rozbiorowy zwany czasem solidarnością | Łódź Odysa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: