Oto
triumfalnym wierszem turkocze na bruku wóz,
pocałunki blasków na stawie jak rymy,
dźwięczy wśród wody złoto,
dźwięki zaciera szmer łóz,
od łóz wiatr dymi…
Poezjo, jakie Twe imię?
Ze strychu po spróchniałej drabinie
zeszła otulona tajemnicą noc.
Odepchnęła moje sny od oczu,
tylko jeszcze myśli się mienią,
wysadzając razem z sercem moc.
Poezjo,
święta niewolnico,
krzyżowana liryką chwil.
Już na wylot mnie zapał przeświecił!
Rozumiem!
Upraszczano twój nurt kolorowy drzew jednostajnym szumem,
kazano się tobie uśmiechać zmysłowemi wargami kobiet,
duszono Cię w każdym wierszu zapachem astrów i lilii!
Oto jestem na Twoim pogrzebie,
ręce opieram na sile –
– krzyczę:
Kwiaty mówcie po polsku!
Niech szelest drzew się zapadnie w wilgotnej od tęsknot ziemi,
niech z niej młodość oczami zaświeci
i wiatr porżnie na karzący rzemień!
Pościnać te lilie i astry!
W oberek rozprysnąć rosę!
Niech jak pięścią poezja uderzy
eposem!
Zrozumcie, że wieczność żyje na każdej kościelnej wieży,
że słońce wschodzi Ojczyzną!
Biegnę,
biegnę duszony liryką wieczornych wyznań.
Niech te słowa w echa werblem uderzą,
niech rozejdą się jak sny apostolskie!
Poezjo, klękam przed tobą, bo wierzę,
że będzie w Polsce jeszcze więcej Polski!
Źródło: „Prosto z Mostu”, 12/1936
Skomentuj