Marta Dąbrowska – „Poszłam do coacha od kariery” [2017]

careercoach

Ładne mieszkanie, jasne. Tu się może pani powiesić. Dobre. Równie dobre jak słyszane nieraz w Krakowie: tu się mogą państwo rozpłaszczyć. Mówione bez cienia uśmiechu, więc nie wiadomo co zrobić z takim tekstem. Pomijasz go więc milczeniem i się potulnie rozpłaszczasz.

Wymieniamy mocne uściski dłoni, obydwie doskonale wiemy z poradników savoir vivre, że to podstawa wywierania pierwszego wrażenia. Dobrego rzecz jasna. Pojawia się we mnie nagle chęć zobaczenia jej sauté. Kiedy płacze i w dupie ma mocne ściskanie dłoni. Kiedy pieprzy wszystkie mądre słowa czytane po nocach i ma ochotę zniknąć.

Pani się uśmiecha. Wskazuje fotel w kwiaty. Robi niedobrą kawę, co zbija mnie z tropu. Jak można splamić tak dobre pierwsze wrażenie tak niedobrą kawą. Przecież aż się prosi o latte. Wybaczam.

Rozglądam się po mieszkaniu. Oceniam. Przecież zawsze oceniamy, żeby ułatwić robotę naszemu umysłowi. Żeby mógł wrzucić delikwenta czy sytuację do odpowiedniego folderu, np. „perfekcyjna pani domu i moja ciocia Terenia w jednym”. Albo „w smaku jak kurczak, tylko dłużej się żuje”. Potem już umysł się odpręża i może zająć się konwersacją, chociażby.

Widzę więc te białe ściany, regały z książkami, świeczkę Le Petit Trou, obiekt mych westchnień. I myślę, że jeśli jej życie wygląda jak ten pokój, to ja nie chcę się z nią dzielić moim bałaganem. Moim zagraconym kątem ze śmierdzącą pościelą, poplamionym dywanem i okruszkami w łóżku. Z „takimi” ludźmi rozmawia się przecież używając słów: kardigan, pieczywo, pomarańcz. A nie bułka. Nie pomarańcza.

Mimo wszystko trudno jest zetrzeć pierwsze, dobre przecież wrażenie, zostaję więc w fotelu w kwiaty.

– Z czym Pani do mnie przychodzi?

Naprawdę. Naprawdę chciałabym udzielić jej rozsądnej odpowiedzi, ale z tyłu głowy słyszę tykający zegar i pobrzękiwanie srebrników w mej, pustej już wkrótce, sakiewce. Słyszę więc swoje słowa, nie moje jakby. Słyszę jej potakiwanie, jak dławienie się indyka u mojej cioci na wsi. Nie wspomnę już, że pod koniec „sesji” sama tak gdaczę. Jestem bardzo wpływową osobą. Mimo że powinno mówić się: łatwo ulegam wpływowi.

Mówię, bo już nie mogę. Bo studia to już mnie nudziły po pierwszym roku, ale trudno rzucić. Nie lubię, nie lubiłam, ale trwam, nie wiem czemu. Bo nie chcę rozmowy z rodzicami, mimo że niedługo trzydziestka to się nadal boję co powiedzą. Godzę się na ten terror w pracy, tak, zawsze dobrze się uczyłam, wszystkiego co trzeba było. Nie, nic mnie szczególnie nie interesowało, lubiłam być sama i sobie fruwać w przestworzach. No tak, tańczyłam, nawet dobrze mi to szło, ale przecież nie można żyć z pasji, trzeba się na śmierć zaharować, przecież takie jest życie. Przecież tak mi mówili, zdobądź zawód, bądź notariuszem. A ja zawsze grzeczna byłam, wolę zginąć w walce. Ładnie będzie na nagrobku wyglądać. Już nawet zgadzam się grzebanie w dzieciństwie, rób co chcesz, tylko błagam powiedz mi, rozkaż żebym rzuciła tę pracę i nie myślała o tym, że ZMARNOWAŁAM 7 lat życia. I nie bała się odpowiedzieć na pytania: to po co Ci to było? Tyle lat, tyle wysiłku! Wszystko do kosza.

– No dobrze, mówi. Pani i tak już decyzję podjęła, z tego co widzę.

Pewnie że podjęłam, od pół roku na lewo zwolnienia biorę i choruję już chyba na wszystko, moim ulubieńcem jest rwa kulszowa. Nikt nie pyta co to jest, nikt też nie wie.

– Takich jak pani, trzeba po prostu popchnąć, żeby skoczyli. To ja panią popchnę, bo aż się prosi. Niech się pani zajmie tym co pani chce, bo tylko z tego pieniądze będą. A do życia to nam dużo ich nie trzeba, tak naprawdę.

Takie to proste.

I choć mówią, żeby nie robić gwałtownych ruchów po obejrzeniu inspirującego talku na Tedx, wizyty u psychologa, przeczytaniu książki albo po tych krótkich filmikach motywacyjnych na youtubie, to tego samego dnia rzucam pracę. Po latach zastanawiania się i czołgania się przez życie. Składam wniosek o roczną przerwę w odbywaniu mojego szkolenia, które miało mi dać „zabezpieczenie na przyszłość, bo nigdy nie wiadomo”.

Wieczorem wracając do domu czułam, że wyrosły mi małe, nieśmiałe skrzydełka a ja sama znów miałam 7 lat.

Krótko mówiąc, poszłam do coacha od kariery.

Źródło: poszlam.wordpress.com



Kategorie:Artykuły, Teksty, Źródła

Tagi: ,

10 replies

  1. Cenię ludzi, którzy wiedzą, czego chcą. Niech te skrzydełka rosną. Wzmacniają się. Jest takie buddyjskie przysłowie, które doskonale to ilustruje. Jeśli stoisz nad przepaścią i chcesz polecieć, musisz skoczyć. Nie zsuwać się po zboczu, nie czepiać się korzeni, tylko skoczyć,

    • Dokładnie. Czasem jednak potrzeba kogoś, kto nas popchnie. Pozdrawiam!

      • A jak nas już popchnie to wtedy wiemy czego chcemy? Czy może raczej robimy to na co popychający liczy?

        Warto więc nie kierować się „przyjemnością lotu” (odlotu). Choć to analogia wniosła i uwodzicielska to nic poza tym („dobrym samopoczuciem, najczęściej chwilowym i mylnym kiedy się już wyląduje) za sobą nie niesie. Liczy się więc coś innego. Kto, do czego i dlaczego nas popycha 🙂

      • Zazwyczaj wiemy, czego chcemy. Więc łatwiej, gdy nas ktoś do tego, czego chcemy, popchnie 🙂

      • Aaaa… Pani ma na myśli leni… A to insza inszość 🙂

      • „Robert Frost: „Szczęście nadrabia krótkość trwania wysokością wzlotu”. W tym też tkwi sukces wszelakich guru od samopomocy, mówców motywacyjnych, charyzmatycznych coachów itp. – w kontrolowanych warunkach wywołać u pacjenta (lub, co jeszcze łatwiejsze, grupy), stan euforii, w których łatwo uwierzyć w przebudzenie swojego wewnętrznego olbrzyma. Sęk w tym, że nigdy do końca nie wiadomo, co właściwie wtedy budzisz.

      • zgrabnie napisane… „Szczęście” słowo klucz wyłączające rozsądek (wszelkie reklamy aż puchną od tego, „znanych i lubianych” seriali/filmów nie wymieniam bo to też reklama)

      • Pewnie, że na tej euforii opiera się ich sukces. Ale przecież żaden zdrowo myślący człowiek nie podejmuje „życiowych” decyzji w oparciu o chwilową ekstazę, wywołaną czyimś przemówieniem czy poradą (mimo, że tak właśnie napisałam w artykule ;-).
        A to, że jest wiele ludzi nie myślących zdroworozsądkowo to już inna kwestia.

  2. Cóż za zbieg okoliczności bo właśnie o „rozwoju osobistym” (czyli nie wiadomo czego) nie tak dawno z kimś rozmawiałem.
    Zostawię więc link pod „kontrowersyjnym” tytułem (dlatego radzę najpierw wysłuchać przed ewentualnym napisaniem odpowiedzi 🙂 )… o „sensie postanowienia” i „pracy nad sobą”.
    Mikołaj Kapusta „Dla Boga jesteś BEZNADZIEJNY”

Trackbacks

  1. Poszłam do coacha od kariery

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: