Przemysław Piętak – „O powieść z orłem w koronie”

dynastia

Jan Maciejewski w najnowszym wydaniu „Plus Minus”, weekendowego magazynu „Rzeczpospolitej”, pisze:

„Miłosz chce, aby inteligencja polska dogoniła Zachód. Jest wyrazicielem powojennego polskiego zrywu w kierunku »europejskości« i »nowoczesności«. A ja, szlachcic hreczkosiej panie święty starej daty, wyciągam rękę i powiadam: »Z wolna! nie tędy droga! po diabła wam to?«” – pisał w „Dzienniku” Witold Gombrowicz. (…) Nadrabianie dystansu do mitycznego „Zachodu” ma może sens w gospodarce, ale już najmniejszego w kulturze. Takie podejście wiąże się nierozłącznie z poczuciem, że nasz własny głos jest słabszy, mniej znaczy, potrzebuje uwierzytelnienia z zewnątrz. Również z zewnątrz region, w którym żyjemy, bywa postrzegany jako kłopotliwa nierówność terenu między Niemcami a Rosją. (…) To jedno z tych miejsc, w których polityka i literatura wzajemnie się przenikają. Odebranie sobie prawa do własnego głosu w kulturze, wypowiedzenia swojego doświadczenia i określenia własnej tożsamości prowadzi do politycznej bezbronności. Jeżeli sami odmawiamy sobie znaczenia, prawa do odmienności, to dlaczego ktokolwiek inny miałby nam je przyznać?

To kwestia, której świadomi byli najwybitniejsi polscy pisarze. Mickiewicz, Słowacki czy Wyspiański nawiązywali do słowiańskiego dziedzictwa polskiej kultury. Wiedzieli bowiem, że to, co odróżnia nas od innych narodów, nie jest obciążeniem, tylko wartością, na której można budować samoświadomość wspólnoty politycznej.

Kontekstem dla powyższej refleksji autora jest planowane przeniesienie na telewizyjny ekran sagi o Wiedźminie, ale sądzę, że poruszony w felietonie temat ma wymiar znacznie szerszy. Jan Maciejewski ma bowiem oczywiście rację, ubolewając w swoim tekście nad obserwowanym współcześnie upadkiem polskiej „literatury narodowej”. Nie zauważa wszakże – lub może nie stawia po prostu kropki nad i – że ten upadek, jak powiedziałby Kisiel, „to nie kryzys, tylko rezultat”.

Po upadku (na cztery łapy) ustroju socjalistycznego, i zastąpieniu go ślepo naśladowanym turbo-kapitalizmem na wzór zachodni, jedną z pierwszą ofiar „transformacji” stała się polska kultura narodowa. Jeżeli czytelnicy Magazynu Zapisz mieli okazję oglądać telewizję na początku lat 90-tych, pamiętają zapewne, co było najbardziej wyraźnym symbolem zmiany ustroju. Były nim, mianowicie, amerykańskie opery mydlane, najgorsza szmira w rodzaju „Dynastii”, „Santy Barbary” i „Powrotu do Edenu”. Dla nas, biednych sierot zza wschodniej strony żelaznej kurtyny, owe kolorowe obrazki stały się żywą reklamą kapitalistycznego raju. Kilkanaście milionów Polaków uwierzyło nagle, że owym nowym, wspaniałym świecie wszyscy mogą być Carringtonami. Symbolem statusu stał się amerykański dom z basenem i samochód w garażu. Problem tylko w tym, że – o ile mnie pamięć nie myli – w żadnym odcinku „Dynastii”, Carringtonowie nie przeczytali chyba ani jednej książki.

Przez ponad ćwierć wieku wmawiano nam, że szczytem polskich aspiracji powinno być jak najszybsze upodobnienie się do krajów Zachodu, jak największe roztopienie się w paneuropejskim tyglu, zostanie uznanym za jednego ze „swoich”, choćby za cenę całkowitego wyrzeknięcia się swojej własnej, indywidualnej tożsamości. Nawet tak powszechna obecnie nad Wisłą kultura grilla nie wzięła się przecież znikąd, tylko z amerykańskich filmów, w których rodzinka spędza radośnie weekend przy BBQ. Może tylko z tą różnicą, że w naszych rodzimych warunkach, amerykańskiego hamburgera zastąpiła swojska kiełbasa i karkówka.

Wszystko, co rdzennie polskie – a już w szczególności literatura – stawało się natychmiast symbolem przaśnego obciachu, buraczanej zaściankowości. Wystarczy przejrzeć listę laureatów nagrody Nike, przyznawanych w ostatnich dekadach przez „Gazetę Wyborczą”, samozwańczą i naczelną strażniczkę europejskości w naszym kraju, by zrozumieć, co przez lata kryło się pod hasłem „pedagogika wstydu”, za którego publiczne wypowiedzenie groziła natychmiastowa anatema i wyrzucenie sążnistym kopniakiem z Salonu (tolerancyjnego, ale przecież bez przesady), z dożywotnią łatką „prawicowego oszołoma”.

Ćwierćwiecze minęło, transformacja się skończyła, po ostatnim rozdaniu mamy nową władzę, która słowo „narodowa” odmienia przez wszystkie możliwe przypadki. Ale literatury prawdziwie narodowej, prawdziwie polskiej, a nie tylko pragnącej rozpaczliwie stać się „taką, jak na Zachodzie”, na horyzoncie jakoś wciąż nie widać. Jeżeli jakiejś jej przebłyski widać może jeszcze w poezji (Rymkiewicz, Wencel, Dakowicz, Różycki), to w prozie wciąż dominuje nurt, za którego typowych przedstawicieli można uznać Olgę Tokarczuk i Andrzeja Stasiuka. A zatem, autorów bardzo literacko poprawnych, bardzo zgrabnie napisanych książek, z których absolutnie nic nie wynika.

Przynajmniej od czasów „Ferdydurke” (1937), nie mamy w Polsce książek-bomb, książek rzucanych na półki w księgarniach jak butelki z benzyną, książek, po których przeczytaniu będziemy chcieli dyskutować aż do krwi. Być może, kiedyś takiej się doczekamy. Tylko kiedy?



Kategorie:Artykuły, Farrago rerum, Źródła

Tagi: , ,

1 reply

  1. Carringtonowie i ta druga rodzinka to przy takim Janie Zamoyskim (o ks. Skardze nie wspominając) nędzarze (nie tylko intelektualni) … Mamy wzorce i przykłady autentycznego sukcesu i poważnej myśli (polskiej właśnie) i naprawdę nie musimy się głowić nad rozrywką w postaci oszukanej bajki o karierze od pucybuta do niewiadomokogo/spekulantaaferzysty. Wystarczy się „cofnąć” do czasów kiedy o „Ameryce” nikt nawet nie słyszał i wyciągnąć z tego wnioski, nie wspominając o poważnych badaniach geologicznych we własnej ziemi 🙂 No ale przecież nie możemy się cofać bo to „obciach”, a szlachta (jedyna elita jaką mieliśmy) już nie wróci bo po pierwsze wbito Polakom do głowy że „to przez nich straciliśmy państwo”, a po drugie ma być „równość” i ta no „sprawiedliwość społeczna” (najlepiej bez własności prywatnej żeby nie daj Boże Polak mógł poważnie wybierać z czegoś innego poza „wspólnym rynkiem”, a jeszcze gorsze nie daj Boże sam sobie zrobił „Amerykę”)
    Zachłystujemy się więc dziecięcym (ciągle rewolucyjnym) romantyzmem rodem z Rymkiewicza/Wencla, podlanym dętym i opacznie rozumianym „patriotyzmem” (którego istotą jest „zginąć w obronie” cudzych interesów i obcej idei), aby tak naładowani mieć siłę na uczepienie się ferdydurkowego awangardowego bełkotu, by zasłużyć na zaliczenie nas w poczet „postępowych”, po to tylko by „dorosnąć” (w oczach innych) do dyskusji nad „polskim antysemityzmem” i „warcholstwem”, gdyż bez tego nie będziemy w stanie zrozumieć „głębi” skandynawskiego kryminału (Bonda/Tokarczuk niepotrzebne skreślić).
    Przecież to są wszystko naśladowcy obcych „wzorów” robiących zawrotną karierę dzięki promocji z budżetów jeśli nie naszego państwa to finansowanych przez „obcy kapitalizm”. W dodatku popularność ww pokolenia twórców oparta jest na takim samym zakompleksieniu odbiorców (wbitym do głowy Polaków przez komunę i starannie pielegnowanym do dziś), jak to które było udziałem oglądaczy „Dynastii” – brak poczucia własnej tożsamości i wstydu nie wiadomo za co. Cały sukces tej propagandy obliczony jest na wywoływanie jeszcze bardziej niezdrowych emocji jak te które wywoływały tasiemce z lat „transformacji ustrojowej”. Nie będzie więc nad tą „nową” i „obiecującą” ofertą żadnych poważnych dyskusji… bo nad fałszywymi i zmyślonymi historiami nie ma sensu dyskutować. Jak śpiewa klasyk „niech się wstydzi ten co robi, nie ten co widzi”, a ci co mają ambicję rzucać butelkami z benzyną niech się dobrze zastanowią w jakim celu to robią, z czyjej rafinerii ta benzyna, i czy się sami od tego nie zapalą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: