Józef Mackiewicz o Witoldzie Gombrowiczu [1969]

 

mackiewicz

Pragnąć uczcić w możliwie niekonwencjonalny sposób pamięć Witolda Gombrowicza, „Wiadomości” rozpisały ankietę, skierowaną przede wszystkim do tych współpracowników, o których wiedzieliśmy że interesowała ich żywo twórczość zmarłego pisarza. Pytania ankiety brzmiały:

  1. Który utwór i jaką cechę sztuki Gombrowicza uważa Pan/i za jego największe osiągnięcie?

    „Ferdydurke”.
  2. Gdyby Pan/i pisał/a historię literatury polskiej (od jej początków po dzień dzisiejszy) takich rozmiarów, że jednemu pisarzowi można by poświęcić najwyżej 20 stron – na ilu stronach omówił/a/by Pan/i twórczość Gombrowicza?
    Na pół stronicy.
  3. Czy Gombrowicz był pisarzem niedocenionym przez swych rodaków? Jeśli tak – dlaczego?

    Pytanie trzecie postawione jest w sposób jawnie tendencyjny. W obiektywnym ujęciu powinno by brzmieć: „… czy był niedocenionym? … czy był przecenionym…?” – Stanowczo był przecenionym. Źródłem tej przeceny stała się duża reklama, jaką Gombrowicz potrafił sobie wyrobić w międzynarodowych sferach literackiego establishment, czyli kumoterstwa popieranej przez pewne koła amerykańskie, tzw. awangardy. Zbliżonej, lub czasem identycznej z pojęciem „Lewicy Intelektualnej”, która w dzisiejszej Demokracji w odniesieniu do spraw intelektualno-artystycznych spełnia, mniej więcej tę funkcję jaką za czasów carskich spełniała Prokuratora św. Synodu w odniesieniu do spraw Cerkwi prawosławnej. Czyli miarodajną funkcję. Nasi ojcowie tego rodzaju manipulacje w dziedzinie ducha nazywali z przekąsem: „kazionszczizna”; w tamtych, dawnych czasach, gdy awangardy nie bywały jeszcze subsydiowane przez kancelarie państwowe. Rozgłos i powodzenie, jakie udało się Gombrowiczowi osiągnąć w tych rządzących dziś Duchem Czasu, literaturą i sztuką, najbardziej miarodajnych sferach, zaimponowało rodakom.

    Tymczasem tajemnica powodzenia Gombrowicza jest, moim zdaniem, dosyć prosta. Gombrowicz nie umiał pisać i nie miał nic do napisania. Zastosował więc chwyt, jakiego używają malarze, którzy nie umieją malować i nie mają nic do namalowania: ukrycie treści, a raczej jej braku, pod niezrozumiałą dla otoczenia formą. Czym mniej treści, tym bardziej niezrozumiała forma. Trzeba się tylko nie obawiać absurdu. Czym większa rozpiętość pomiędzy rozumieniem i utworem, tym większym durniem okazuje się czytelnik, tym większym geniuszem autor utworu. Bo „łatwiznę” potrafi zrozumieć każdy. „Rzeczy trudne” natomiast – wyłącznie elita umysłowa. Jest to formuła prosta i tym razem zrozumiała. A któż chce być durniem!

    Rzecz oczywista że nie każdemu taki trik się udaje, lub udać może. Pomijając zakulisowe okoliczności, o których tu mówić nie będę, wymaga swoistego talentu. I talent w tym kierunku należy Gombrowiczowi niewątpliwie przyznać. Byłoby też grubą przesadą twierdzić, że powodzenia i sukcesy uzyskują tylko rzeczy bez treści, że lansowane są wyłącznie bezwartościowe itd. Karierę robią też utwory znakomite. Z drugiej strony jesteśmy świadkami jak międzynarodowe i narodowe jury największych państw i najludniejszych miast dopuszczają do wystaw i nagradzają – a więc w rezultacie za pieniądze podatkowe – takie dzieła „sztuki” jakie opisał w swym doskonałym eseju w „Kulturze” paryskiej Paweł Hostowiec („Kłopoty awangardy”, październik 1968). Sam oglądałem na pewnej wystawie, subsydiowanej przez miasto o wielkiej tradycji malarskiej, gumowe talerze przyklejone do krzesła z podpisem: „Proszę na nie usiąść, aby uzyskać lepszy kontakt ze sztuką”: stare pończochy damskie przybite gwoździami do ściany; kawałek znalezionej na ulicy deski, z pietyzmem ułożony na cokole. Wszystko nieoprotestowane przez podatników, którzy boją się przyznać do własnej ignorancji w dziedzinie sztuki współczesnej. Jest to jedna z wielkich, choć najmniej szkodliwych, afer masowej sugestii wieku totalizmu.

    Gombrowicz otrzymał wysokie nagrody międzynarodowe, a omal nie dostał nagrody Nobla. Jego sztuki musiały być wzięte pod uwagę przez najpoważniejsze teatry europejskie. Niektóre powstrzymały się od wystawienia, tłumacząc iż rzecz okazałaby się za trudna dla widzów. W rzeczywistości, ani dyrektor teatru, ani reżyser takoż nie rozumieli ani słowa. Otrzymałem ciekawy opis przedstawienia teatralnego w Rzymie. Po sztuce Gombrowicza zainaugurowano na widowni dyskusję. Każdy mówił co innego, bo każdy zrozumiał inaczej, albo wręcz odwrotnie niż przedmówca. W sumie nie zrozumiał nikt. Nikt się do tego nie przyznał. Poszli do domu z przekonaniem że tak właśnie powinno być.

    Rodacy cieszą się, naturalnie, z międzynarodowej sławy uzyskanej przez rodaka. Jest to poniekąd obowiązkiem patriotycznym, zgodnym w tym wypadku z wrodzonym snobizmem. Stąd wielu pisarzy na emigracji wysilało się aby „odgadnąć” Gombrowicza i odpowiednio go zinterpretować. Przeważnie udało się im to znakomicie, gdyż interpretacja nie istniejącej pod zewnętrzną formą treści daje najszersze pole do rozwinięcia dowolnej, własnej inwencji i własnego talentu pisarskiego. Sądzę że te liczne pochlebne recenzje o Gombrowiczu to najcenniejsza po nim spuścizna.

  4. Czy ma Pan/i zasługujące na utrwalenie wspomnienia osobistych lub korespondencyjnych kontaktów z Gombrowiczem?

    Żadnych.

 

Źródło: „Wiadomości” 40/1969

Fot.: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Członkowie redakcji dziennika „Słowo”, od prawej strony: Bolesław Wit-Święcicki, Witold Tatarzyński, Józef Mackiewicz, Kazimierz Luboński, Hartung.



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , , ,

12 replies

  1. Bardzo dogłębna i przenikliwa analiza twórczości jednego z najpoczytniejszych autorów polskich za granicą!
    Same konkrety, i jakże sumienne badanie języka i konstrukcji dzieł! Aż prosi się o wycofanie ze szkół, razem z tym równie niepoczytnym, niemniej bełkotliwym Mrożkiem. Ciekawe, że obaj autorzy diagnozują w swych utworach niebezpieczeństwa, jakie niesie tak zwana nowoczesność, co – jako że forma jest przecież nieprzystępna – może umknąć wnikliwemu konserwatyście przywiązanemu do romantycznych świętości.
    Wreszcie, ujmująca jest rzetelność, z jaką w tej wypowiedzi kreowany jest obraz literackiej awangardy za pomocą błyskotliwej metonimii, pozwalającej skojarzyć pisarstwo rzeczywiście intelektualnie wymagające
    z wybranymi najwyraźniej losowo prowokacjami przedstawicieli sztuk plastycznych.
    Brawo za tę wyśmienitą próbę odczarowania recepcji autora, którego z takim zapałem czytają Francuzi czy nawet Argentyńczycy (patrz: Cortázar). Jak widać, uznanie przez czytelnika danego dzieła za „bełkotliwe” upoważnia do bełkotliwej tego dzieła krytyki.

    • Niedługo, dla przeciwwagi, artykuł Gombrowicza o Mackiewiczu. Na razie tylko, jako zapowiedź, odpowiedź Mackiewicza. Swoją drogą, aż szkoda że współcześnie nie mamy takich literackich sporów, pewnie dlatego, że nie za bardzo jest się komu z kim spierać…

      „W artykule „Karpie w proszku” (Wiadomości, nr.1153) p. Witold Gombrowicz tak pisze o sobie: „… nie znoszę snobizmu, pozy, zarozumiałości, pretensjonalności, mętniactwa, megalomanii, będąc z natury i z kultury istotą zrównoważoną, trzeźwą, zdyscyplinowaną i nie pozbawioną zdrowego rozsądku”.

      – I zapytuje: „Czy p. Mackiewicz kiedyś to zauważy. Wątpię”.

      I ja też wątpię. Józef Mackiewicz ( Monachium)”

      • Rzeczywiście, jest za czym tęsknić. Dawniej przynajmniej zawiść zdolna
        była przykuć czyjąś uwagę do wielkiego twórcy, dziś nie ma już takiego
        zainteresowania, chociaż, jak pokazuje powyższy tekst, nie trzeba przecież
        czytać zbyt wnikliwie. Niepokoi mnie to, że ktoś może potraktować wypowiedź
        Mackiewicza całkiem poważnie. Z jednej strony, należałoby się temu najwyżej
        uniesienie brwi i pobłażliwe milczenie, wszelako z powodu wymienionego
        powyżej milczeć nie można. A o czym nie należy milczeć, o tym należy
        mówić.

      • Karol Krzyżosiak

        A czemu Pana niepokoi że ktoś potraktuje tę prostą do weryfikacji analizę poważnie? Przynajmniej jest się nad czym zastanowić, a przystępny i prosty język w jakim została wyrażona umożliwia to praktycznie każdemu. Powinien się Pan raczej modlić o to (dla dobra awangardy 🙂 )

        Przecież teraz wystarczy wziąć do ręki „todzieło” i przeczytać kilka „scenek” z ferdydurke by zweryfikować jedno z drugim i wyciągnąć z tego jakiś wniosek – najlepiej taki że nie wszytko należy uważać za sztukę dla dobra samej sztuki. Jak dziś inaczej potraktować styl prezentowania „rzeczywistości” przez Gombrowicza, kiedy nawet z Freuda już się śmieją… Wszyscy którzy się tym tematem interesują a nie poddali się terrorowi „tolerancji” wiedzą że to są jaja z ludzi i zwykłe oszustwo. A rzesze pospólstwa i tak mają to gdzieś… To se ne wrati, To już tylko przymus podatkowy i szkolny trzyma tę kupę na powierzchni.
        Awangarda żeby iść do przodu musi już dziś zacząć myśleć o wypróżnianiu się na scenie w czasie rzeczywistym, bo inaczej społeczeństwo pogrąży się w płytkim dekadentyzmie wieszania i robienia laski figurze papieża. Kto pierwszy ten lepszy… reszta będzie bowiem marnymi naśladowcami nawet jeśli każda kolejna kupa będzie inna i „wyjątkowa”.
        Historia pokazuje że to wszystko już kiedyś było, a swój dzisiejszy sukces awangarda może opierać wyłącznie na krótkiej pamięci, która dzięki internetowi wydłuża się coraz bardziej… Ciężkie czasy dla artystów nadchodzą skoro wszystko może być sztuką i każdy może „tworzyć”, a „krytycy” jeszcze tego bronią i nie ma dla nich żadnej granicy… Proponuję cytować i czytać Mackiewicza póki nie jest za późno 🙂

    • Przejawem zakompleksienia jest ewidentnie pretensjonalna próba zawijania własnego „talentu” (zwanego coraz częściej „prowokacją”) w papierek „cytajozagranico”. I naprawdę nie byłoby nic złego w tym że jakiś „artysta” próbuje wcisnąć swój bełkot ludziom którzy „nierozumiejo” gdyby nie fakt że często i gęsto wciska się im to coś za publiczne pieniądze, wyrwane im wcześniej bez pytania o zgodę.
      Idź Pan na rynek z tym ferdydurkę i spróbuj go opylić zwykłym ludziom, albo najlepiej udaj się do Argentyny, niech „zagranico” ponoszą koszty tego wymagającego intelektualnie (ciekawe czego konkretnie) „języka i konstrukcji”.

      PS… Kto to jest konserwatysta przywiązany do „romantycznych świętości”? Że niby Mackiewicz? 🙂

  2. „Przejawem zakompleksienia jest ewidentnie pretensjonalna próba…”

    Znów mocne słowa. Dużo słów, a jakich wyszukanych!
    Lubię widzieć język w użyciu, żywy i ognisty, kiedy tak kogoś emocjonalnie poniesie,
    żeby rzucić jakimś przenikliwym frazesem, osnutym wokół sprawczego czasownika „jest”,
    który każdą opinię czyni bezsporną. Pan, jak rozumiem, „zakompleksienie” wziął
    z psychoanalizy, połączył to z urzędową ontologią słowa „ewidentnie”, by wreszcie
    zakleić wszystko deprecjonującą „pretensjonalnością”, zapewne dlatego, że pasowała
    tu liczbą sylab. Zgrabnie.

    A kiedy jeszcze w jakże dwornych słowach wysyła się mnie na rynek, ażebym frymarczył
    cudzą powieścią (jak gdyby popyt stanowił o wartości dzieła!), aż mam ochotę udać się na
    jarmark w podskokach i subsydiowane prowokacje rozdawać za darmo.

    • Emocjonalnie? A skąd taki wniosek?
      Pan mi tu nie mydl oczu „wartością dzieła” jakbym nie przykładał do tego wagi, tylko wytłumacz o czym świadczy finansowanie takiego „dzieła” z zabranych ludziom pod przymusem pieniędzy. Do potrafiących sprzedać swoje wypociny na rynku nie mam żadnych uwag

      • Wnioskuję z nacechowanego języka, doboru słów, rejestru…
        To język frustracji.

        A wszystko dlatego, że kilkadziesiąt lat temu jakiś darmozjad artysta
        otrzymał dotacje od państwa i najwyraźniej potrafił je wykorzystać.
        Czyli jednak przedsiębiorczy!

        Pan brzmi jak wolnorynkowiec, zatem raczej się nie dogadamy.
        W temacie inwestowania przez państwo w tzw. sztukę, mogę
        jedynie podzielić się krótkim a ciekawym wykładem sprzed kilku lat,
        wygłoszonym przez pewnego pisarza:

        Trochę o miejscu sztuki w funkcjonowaniu społeczeństw, proponuję
        wytrzymać do statystyk, choć one tylko potęgują ironię.

      • Prosze Pana, jeśli Pan myśli że sprawa dotyczy jednego darmozjada sprzed kilkudziesięciu lat to jest Pan daleko w tyle nie tylko z matematyką, ale również z własną „wyobraźnią”.
        Możliwe że Pan sam wierzy w to co pisze i dlatego próbuje „swój punkt widzenia” uargumentować „językiem frustracji”, albo Jest Pan niedoinformowany, albo robi sobie jaja jak Gombrowicz na którego Pan się nabrał i teraz musi cmokać i odwracać uwagę żeby nikt nie zauważył przekrętu o którym napisał Mackiewicz.
        Tu nie chodzi o wolnorynkowe brzmienie ale o czystą przyzwoitośc i uczciwość względem siebie i odbiorcy. Nie ma takiej sztuki która uzasadniałaby złodziejstwo lub wyłudzenie.
        Postępując w ten sposób „artyści” sami sobie szkodzą, a najbardziej tej tzw. „sztuce”. W ramach statystyki proponuję porównać tzw. „wydatki na kulturę” z kradzieżami pospolitymi… to jest dopiero ironia która może Pana „oświecić”. Tymczasem żegnam

  3. Co do tego powyżej: taka diagnoza szeroko rozumianej awangardy jest jak najbardziej trafna,
    skądinąd oczywista i mało odkrywcza.
    Nie rozumiem tylko, skąd taka rozpacz – awangarda jest czymś nieuniknionym.
    Ja też się wkurzałem na współczesną sztukę, bo pisałem jedynie sonety. Ale to mój problem,
    nie awangardy. Jak mówi Asnyk, „tacy poeci, jaka jest publiczność”.

    A kto każe się poddawać „terrorowi tolerancji”? (rozumiem, że względem sztuki, bo przecież
    mało kto w Polsce ulega jakiemuś innemu terrorowi tolerancji, to pewna)

    Ja nie mam żadnych względów dla sztuki, którą bym uznał za bezwartościową. Nie udaję,
    że rozumiem, nie powstrzymuję się od krytyki. Co nie znaczy, że trzeba od razu wszystko,
    co awangardowe, wrzucać do jednego worka, czyniąc sobie widmowy worek bokserski,
    papierowego potwora, którego można bezkarnie opluwać. A tym grożą frazesy na temat
    „nieczytelności” Gombrowicza: usprawiedliwieniem ignorancji.

    Zresztą, uczepili się tego Gombrowicza, jak, nie przymierzając, pijawki. Gombrowicz
    jest tylko przejawem większego procesu. Nie jest on bardziej nieczytelny od, dajmy na to,
    Joyce’a czy Faulknera. I co, mamy wymazać z pamięci kilkadziesiąt lat literatury, bo
    te książki się trudno czyta? Nie wątpię, że i Norwid był swego czasu trudnym dla niektórych
    czytelników, a i dziś nie jest łatwy. Czy upoważnia nas to do odmówienia poecie jego zasług?
    Zarzut bełkotu łatwo jest postawić, a najgorsze, że postawić każdy może.

    Tymczasem bezcelowe jest w ogóle całe to wartościowanie. Sprowadzono problem recepcji
    utworu do finansowania przez państwo. Pięknie. A mnie to co najwyżej bawi, proponuję
    więcej dystansu, to oszczędza bólu, jak to ładnie mówi młodzież, w pewnych partiach ciała.

    • No właśnie… Trafna jak w mordę strzelił… Dziękuję za uwagę i pozdrawiam

    • Zachowaj Pan właściwy dystans do cudzych pieniędzy zabieranych pod przymusem i będzie git… Czego gorąco życzę każdemu artyście…Niech zarabiają na chleb własnymi siłami i talentem/użytecznością swoich prac. Jeśli tego nie potrafią to niech przynajmniej nie zasłaniają się „niezrozumieniem publiczności” bo to żałosne jest i nie różni się niczym od pospolitego złodzieja który zasłania swoje wybryki niepoczytalnością… Więzienia są pełne niedocenionych artystów, i czasem się zastanawiam czy tych właściwych bo pieniądze to rzecz nabyta, a gwałt na duszy i wolnej woli to zbrodnia dużo poważniejsza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: