Stefan Napierski – „Portrety imaginacyjne” [1931]

Napierski

Ileż tchórzostwa ze strony Edwarda mieścić się będzie w tej decyzji, kiedy odda swój głos na rewolucjonistów: nieodrodny bankrutujący mieszczuch, sprzyja on zwycięzcom przyszłości.

Edward jest słaby i pociąga go wszelka przemoc: pociesza się tym, że kto inny jest ordynarny. Uprawia on bezwiedną regenerację; ciągle pragnie się odnowić; dlatego nie przestaje chwytać idei, wiszących w powietrzu: jest to dlań zastrzyk świeżej krwi. Jednocześnie tworzy sobie przeciwwagę; wyznaje, kaja, zwierza się, obnaża się publicznie: jest to spustoszenie idei. Wtedy czuje się tak, jakby łuszczyła się na nim stara skóra, odpadał trąd: jest wybielony w sposób bezwstydny, pokrzepiający i straszny. Edward jest w ogóle powołany do godzenia sprzeczności; ogniskują się w nim samym – i rozrywają mu pierś.

*

Henryk roił o wielkości, kiedy był bardzo młody; potem i dla niego nadszedł fatalizm mieszczaństwa: wir drobiazgów.

*

Wieczorem, przed zamknięciem oczu, pomyśl, Lucjanie, jakbyś miał umierać, o Bogu i miłości: nie wierzysz w oboje…

*

Wincenty: gdyby zginął, zmiażdżony wagonem, może by szkoda było jego mózgu, – ale nie żal sprzecznego serca.

*

Marceli ma dziwny, trochę niebezpieczny, dar mimowolnego pobudzania innych do wyznań; jest czymś w rodzaju katalizatora psychicznego, – tym czynnikiem spajającym, którego było im brak. Lecz nie jest-że to aby dokumentem klęski? Czyż ktoś, kto jest zupełnie sobą, mógłby odgrywać tę rolę? Czy nie traci się zbyt wiele siebie – najżywszego tchu – kształtując innych? Czy nie pozostaje się wtedy na marginesie życia, „wieczyście wygnanym”, z poniżającą dumą samotności?

*

Wszystko można wiedzieć (jako artysta) i niczego nie przyjąć za swoje; oto Bartłomiej. Nie lubi on i nie poważa myśli, które „wynikają z serca”: są zbyt łatwe. Ale ile też kosztuje go jego „brutalność”! Życie, które prowadzi, jest pełne pasji, kapryśne, szaleńcze, wyzbyte sensu, – życie bardzo puste. A losem Bartłomieja jest (rozważa to czasem nie bez ironii): błąkać się po podejrzanych uliczkach, – po tarasach, gdzie sztuczne kwiaty prześwietlone są lampionami, – po brudnych hotelikach jakżeż romantycznych przedmieść – pod wiaduktami, drżącymi w szarej mgle (sterczą jak gnaty widma), – i wieczorem czytywać kobietom wiersze o miłości bezpłodnej i o „wyższości piękna”…

*

Bernardowi, jednemu z głośniejszych i wybredniejszych poetów, podczas rozmowy nos czerwieni się ze zdenerwowania. – Jest on bardzo wyrozumiały; ale ze wszystkiego najsmutniejsza jest ta pobłażliwość; tak, jest to opuszczenie rąk. Przy tym w stosunku do ludzi ma Bernard bezmierną nieludzką pogardę; dlatego go nienawidzą lub lekceważą; jest to z ich strony instynkt samoobrony; samoobrony mierności, to znaczy niwelacji przyrodniczej; Bernard nie walczy z tym, gdyż wie, że jest to obrona gatunku. Łagodność natomiast, uległość, bierność (kobiet) prowokuje go do brutalności, budzi w nim uśpionego sadystę; wtedy musi on wynagrodzić sobie z okładem… cudze braki. – Bernard na zewnątrz robi wrażenie silnego, nawet nieulękłego, ale wie, że należy do ginącego świata; rozumuje w ten sposób: nie chciałbym należeć do burżuazji, która się broni, ani tej, która ulega i wreszcie poddaje się; nie chciałbym należeć do burżuazji w ogóle, bo jestem skazany wraz z nią; chyba, że odrzucę to pojęcie: ale wtedy niepodobna przecież odrzucić faktów.

*

Joachim pełen jest wdzięku osobistego, który udziela się najmniej wrażliwym: więc wdzięk ten szarżuje, jak gdyby nim można się było obronić przed życiem i wymigać od śmierci, kiedy udaje się to tak rzadko, że w ogóle nie warto o tym mówić. Joachim jest w miłości zupełnie nieodpowiedzialny, gdyż każda miłostka jest to dlań wielka miłość i jedna luzuje drugą; przez to charme jego bardziej jeszcze jest podejrzany. – Niestety, Joachim posiada urok, właściwy ludziom erotycznie złożonym, i coś z mnicha; jakiś bezsilny sadyzm, okrutną, nieludzką potrzebę doskonałości, on, który zawodzi przy każdej okazji. – A przy tym, jeśli jest anarchistą, to dlatego tylko, że jest wytworem starej bardzo rasy, arystokratą na wskroś. Ma on nonszalancję ludzi, których niegdyś palono na stosie.

*

W Robercie jest coś z kurczowej brawury, jak we wszystkich ludziach nieśmiałych. Jego, który uosabia apologię słabości, ciągnie do krajów sadystycznych – do Sowietów, do Italii, do Hellady – gdzie żyje się z zaciśniętymi zębami. Robert śni o sławie, pieniądzach, chłopcach i kobietach; poufały, o oczach mglistych; kanciasty, o ruchach zaczepnych i bezsilnych; bezwładny, smutny, beztroski, nieogolony; w wagonie trzeciej klasy czytujący Gide‘a.

*

Niektóre przywary Rudolfa są bezecne, ale każdą z tych wad usiłuje legitymować: jest to zaszczepione mu poczucie prawa, sankcja a posteriori, dziedziczna obłuda, która umożliwia resztkę szczęścia. – Ale nie myślcie, że Rudolf jest powierzchowny: nie zadowala się byle czym, jeśli nawet szuka jeszcze usprawiedliwień; wie on, jak się nurkuje, nie tracąc oddechu; to jedyna jego wiedza

*

Cóż można powiedzieć o Borysie? Miał on coś z małpki, dziecka i tancerki, – był fascynująco ładny.

*

Cyryl przechadza się w żółtych butach, mlecznych rękawiczkach, w meloniku koloru palonej kawv; wczoraj zgubił rajtpajczę; a jednak nie sjest bookmacherem.

*

Kamil ma lat trzydzieści i jest tak, jakby wszystkie gwiazdy sprzysięgły się przeciwko niemu; coraz trudniej doczytać mu książkę i coraz niemożliwiej kochać

*

Fortunat ma czaszkę ascety, głowę coraz surowszą, coraz „niezłomniejszą”, coraz bardziej sadystyczną; i on, popularny prelegent i myśliciel estradowy, teraz dopiero z lękiem odkrywa właściwe swoje powołanie.

*

Klemens, głęboko zaglądając w oczy przechodzącym młodzieńcom, jakżeż niechętnie przystaje na życie!

*

Mateusz, dwudziestoletni młodzieniaszek o płomiennych czarnych oczach, ofiarowywał ojcu kunsztowne krawaty, zszyte z wstążek, pozostawianych przez przygodne kochanki na prowincji (wyłudzał je pieszczotą: miał wilgotne wiśniowe usta); ojczulek za każdym razem dziwił się nieco, że „plastrony” bywały splamione.

*

Edmund czesze lnianą czuprynę drobnym grzebykiem kochanki; jest to jakby amulet: z włosami, odczesanymi na czoło, łatwiej zdobywać inne.

*

Ewaryst jest na tyle subtelny, że potrafi być nawet gruboskórny; rozumie „wszystko” więc jest straszliwie samotny; lubi ceremoniał towarzyski, nie znosi żywych ludzi; boi się cudzych realności: one zbytnio uwydatniają mu jego samego; kiedy jest zakochany, nie wie, czy się kocha, czy też kocha swą miłość; do niektórych ludzi, godnych zainteresowania, i pięknych książek nie ma przekonania: po prostu ich nie czuje; upodobał sobie udrapowane słowo: gest, – może dlatego, że jest odpowiednikiem pustki; a mógłby przejść obok człowieka, który umiera i nie spostrzec go, – zapatrzony w siebie czy w gwiazdy…

Myśli czasem: wyrosłem ponad żywych… I myśli: mógłby to być koniec powieści.

Kiedy indziej mówi: widziałem rzeczy okropniejsze od śmierci (ale wie, że mógłby to o sobie powiedzieć każdy człowiek).

W czytaniu starych, przez nikogo nie czytywanych książek, przejawia się cała przewrotność umysłowa Ewarysta. Ma on w ogóle niechęć do książek, które potęgują jego skomplikowanie; pojmuje zamiłowanie pisarzy do romansów kryminalnych; Ewaryst nie znosi akceptacji.

Ewaryst czuje solidarność z wszystkimi pokrzywdzonymi; lecz nie jest to dobroć: to jego słabość.

Ewaryst odczuwa niechęć niewytłumaczoną do osoby hrabiego X: przypomina mu dezynwolturę jego ojca, nieodpowiedzialność światowca.

Mógłby też powiedzieć o sobie: spójrzcie na mój wszechstronny księgozbiór: oto jest tragizm eklektyka.

Ewaryst wie, że myśli jego poruszają się w próżni, w socjalnej próżni, którą zaludnia wyobrażeniami: że chwytają się szczątków realności.

*

Hieronim jest jednym z tych ludzi, którym wydaje się, że nieszczęścia dzieją się u innych; o Bogu mawia: „wesoły chłop”, jak dzikus, antropomorfizuje go, co więcej, upodabnia go sobie; jest w ogóle chorobliwym optymistą. Nie rozumie on w świecie niczego, co nie jest nim samym. Jest to wspaniałe zmysłowe zwierzę, które jednak nie może pogodzić się z nieskończonością (która mieszka w nim samym): nie przestaje się przeciw niej buntować. Hieronim, jak wszelki zmysłowiec, jest czuły, a przy tym brutalny: ma on uczuciowość prymitywną, ale jakżeż natężoną, w bezustannym napięciu.

Kulturę traktuje Hieronim (i wogóle świat cały) jako swoją „sprawę prywatną”: nie przywiązuje do nich większej wagi.

*

Adolf ma swoją „manię prześladowczą”: jest nieśmiały; zatem obniża innych, w ten sposób podświadomie wygrywając siebie. Jest taktowny: pocieszał swego ojca, zaprzeczał jego przeczuciom, pewnym, jak wiara, gdyż wiedział, że śmierć jego i tak jest nieuchronna i bliska. Adolf nie jest sybarytą i nie lubi sobie dogadzać; lecz rozmyśla: przyglądając się ładnym rzeczom, czyż się nie żyje?

*

Wszystko, co w Michale jest dobre i wszystko, co jest złe, zawiera się w granicach drobnomieszczańskiej prawości i przyzwoitości: lojalność, szacunek dla idei, bezstronność, ta osławiona bezstronność! Michał jest przy tym plotkarzem i intrygantem; lecz, nie przekraczając nigdy swego kanonu, sądzi, że jest szczęśliwy.

*

Wacław powiedział kiedyś do przyjaciela, oglądając swoją książkę, pisaną przed pięciu laty: ach, jakże byłem szczęśliwy, kiedy to pisałem!…

*

Cyprian jest smutny, samotny i – niesprawiedliwy. Jest to jakby miniatura Musset‘a. Ale dzisiaj przechadza się z dobermanem i udaje sportowca.

*

Szczęście, Władysławie, ty jeden posiadłeś bez trudu: jesteś przyjacielem bez wyobraźni.

*

Jerzy ma osiemnaście lat; szuka kochanki, a zadowala się książkami.

*

Justiana nazwać by można żebrakiem miłości; niema chyba młodzieńca równie spragnionego życzliwości i równie zniecierpliwionego. Justian bowiem należy do bardzo starej rasy, chociaż najchętniej zapomniałby o tym: kiedy podnosi brwi, ma obłąkane oczy swego umierającego ojca.

*

Maciej nie istnieje jako taki: należy do ludzi, którzy skazani są na przyjaciół.

*

Eustachego można polubić: jest wesoły na drwiąco, pobłażliwie – ironiczny, jak diabeł.

*

Ryszard urodzony jest koło r. 1900; nie poszukuje aprobaty, jest piękny i skazany na bezpłodność; postępuje w myśl zasady: jedyne, co pozostało memu pokoleniu, to umrzeć z godnością. A w rzadkich chwilach szczerości i starannie maskowanej desperacji myśli: to, że jestem taki, jaki jestem, że urodziłem się z pewnego plemnika, może bez miłości, może z wyczerpania…? A przecie mogło być inaczej.

*

Mikołaj kontroluje najprostsze, codzienne swe gesty: lecz jest w tym położeniu, że właściwie nie ma się czemu przyglądać. Konstatuje: wrzucam list do skrzynki, jak gdybym naprawdę żył. Bynajmniej nie unika wykolejeńców, wszystkich tych, którzy zakończyli porachunki z życiem: potwierdzają mu jego własne możliwości na przyszłość.

*

Emil jest poetą: za każdym wymijającym jego uśmieszkiem kryje się pragnienie realności.

*

Rajmund jest kolekcjonerem i tym pociesza się, że mieszkać musi na prowincji; ale wszelkie dziwactwo pozbawione jest wielkości. I to jest główne cierpienie Rajmunda.

*

Jan jest głośny i powszechnie znany. Lecz za jedyny pożytek sławy uważałby, gdyby ziściło się jego marzenie: na „cichej wsi” zamieszkać w małym domku (z idylli) i żyć sobie nieznanym nikomu.

*

Ludwik – to cudny efeb; ma białka wybałuszone, jakby z trupiej porcelany.

*

Może jedynym naprawdę użytecznym czynem w życiu Longina było uratowanie kucharki od śmiertelnego zakażenia krwi, – na wsi, przez sprowadzenie na czas bryczką lekarza. Ale czy po to warto żyć trzydzieści lat?

 

Źródło: Stefan Napierski – „Pusta ulica”, 1931



Kategorie:Proza, Źródła

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: