Maksymilian Rębisz – „Skład żywności” [2017]

bowers

Silny, mroźny wiatr wyciskał z bystrych oczy Bowersa łzy. Ślepota śnieżna dawała się mocno we znaki. Wszędzie dookoła biało, wciąż biało, bez żadnych zmian. Czy nie pomylili drogi? Czy nie zabłądzili w śnieżycy? A wreszcie, czy skład został wystarczająco dobrze oznaczony? Wszakże dowódca kazał wbić w szczyt wysoką, czarną chorągiewkę, ale czy to wystarczy?

Uprząż sanek wbijała się niemiłosiernie w biodra, tamując oddech, nie pozwalając krwi dotrzeć do zmęczonych nóg, które ledwo wlokły się do przodu. Osłabienie graniczyło z rozpaczą. Naraz atak ostrego kaszlu wstrząsnął Bowersem. Czyżby to koniec? Już nie ma nigdy ujrzeć rodziny?

Zaropiałe, zaczerwienione oczy wodziły po horyzoncie, zmuszając opuszczoną smętnie na piersi głowę do podniesienia się. Czy mu się zdaje czy… Gdzieś daleko, w oddali majaczył czarny punkt.

– Tam! – krzyknął, przerywając ciszę, która panowała pomiędzy nimi od rana. Wszyscy, jakby otrząśnięci z letargu, podnieśli głowy, zasłaniając oczy od wiatru grubą rękawicą.

– Otchłań Rozpaczy – wyszeptał Scott, wspominając nazwany tak obóz, a jednocześnie przez pamięć przemknęły mu bolesne wspomnienia sprzed roku. Twarz, nie do rozpoznania pod grubą warstwą brudu i odmrożeń, przebiegły zmarszczki. Więc obliczenia nie zawiodły, i tym razem zdołali odnaleźć schowek. Jak dużo pozostało w nim żywności? I czy oby baniaki z naftą nie ucierpiały?

Jak najszybciej, popędzani myślą o bliskim odpoczynku, zmierzali w stronę składu. Każdy gwałtowny krok był przyczyną wielkiego bólu, ale teraz nie mogli się z tym liczyć. Teraz istotna była tylko szybkość.

Niczym zjawa senna, z mgieł i podmuchów śniegu wynurzał się otępiały, ponury kopiec. Czarna flaga, żałośnie łopotana przez lodowaty wicher, była cała w strzępach. Dookoła poukładane puszki, miały odbijać światło i służyć jako reflektor. Nie na wiele się przydały.

Niczym psy na mięso, tak oni rzucili się i gołymi rękami zaczęli odgarniać zmartwiały, zmrożony śnieg. Dopiero potem dobyli łopaty i kilkoma machnięciami odrzucili na bok lodowe bryły. Szczęk metalu był najpiękniejszym dźwiękiem, jaki tego dnia usłyszeli.

A więc jest nafta, Scott potrząsnął baniakiem. Bogu dzięki, pełny. Gumowa uszczelka wytrzymała mrozy. Ale kolejne chwile przynoszą rozczarowanie. Duży zapas koniny, którego Scott spodziewał się w Obozie, zniknął. Na dnie skrzynki leżała porcja sucharów i suszonego mięsa, zaledwie na tydzień. A więc nerwowa gonitwa do następnego składu?

Uratować nas może tylko szybkość – przemknęły mu strzępy dziennika Shackletona. Który przemierzał tę samą trasę przed kilku laty. Na samym dnie czekolada. Zamrożona, jedyna. Z trudem łamie czekoladę i podaje po kawałku towarzyszom.

Z chęcią rozpłakałby się, znowu, na ramieniu Wilsona, jak to było na biegunie. Czy życie zawsze będzie go tak ciężko doświadczać? Nie mógł jednak pokazać swojej słabości, właśnie wtedy. Teraz musiał być autorytetem, utrzymać ducha walki, przetrwania. Mimo woli podziwiał zdolności Shackletona, który chciał ongiś odebrać mu tytuł zdobywcy bieguna.

Usiadł na skrzyni, rozprostował nogi i w milczeniu żuł swoją czekoladę. Apatia dowódcy udzieliła się wszystkim. Nikt nie powiedział żadnego słowa, nikt nie chciał przerwać milczenia. Tylko Bowers, niestrudzony, rozłożył aparat i zaczął pomiary astronomiczne.

Wilson usiadł obok Scotta, ze wzruszeniem patrzył na przygnębioną twarz przyjaciela. Nie mógł mu ulżyć w cierpieniu, on, lekarz ekspedycji. Okrutny biegun zabijał powoli, zabijał wszystkich. Czy mało to okupu zebrał w ostatnich latach?

Spod poły kurtki wyjął papierosa, ostatniego, przechowywanego na sam koniec. Bez słowa podał go Scottowi, ten bez słowa, ale z wyraźną wdzięcznością chwycił go, zapalił i patrzył w milczeniu na obłok dymu.

Nie mógł w tej chwili myśleć o wszystkich troskach, zrzucać na siebie brzemienia odpowiedzialności za wszystkie błędy, zawsze tak robił, ale nie tutaj. Powoli zdjął rękawiczki i starał się rozruszać skostniałe, sine, pokryte bruzdami palce. Chwycił ołówek i zaczął uzupełniać dziennik. Na sam koniec spojrzał na załogę i powiedział:

– Koniec na dzisiaj.

c.d.n…



Kategorie:Proza, Źródła

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: